rzechy antoniego        HISTORIA

 
 
 

 

 

 

 

 

 

wykres

1000 LAT

HISTORII

POLSKI

 

EKSPERYMENT Z DEMOKRACJĄ
Przemówienie wygłoszone

na uroczystości trzeciomajowej

w Malmo i w Lundzie 2000.

 

JAK  CHŁOPI 

STALI  SIĘ  POLAKAMI?

Notatki z prelekcji wygłoszonej na

trzeciomajowej uroczystości w Lundzie 2001.

 

PRZEMòWIENIE W KATEDRZE

na protestanckim nabożeństwie solidarności ze strajkującymi w Polsce.

Lund 1980

 

CZEGO MOŻEMY NAUCZYĆ SIĘ OD PAPIEŻA?

prelekcja Lund 2002

druk Biuletyn AK 12/2009

 

273. PIELGRZYMKA WARSZAWSKA

Audycja radiowa w j. szwedzkim

 

PRZED TRYPTYKIEM

Prelekcja  Lund  2003

 

EWANGELIA I PATRIOTYZM

Na spotkaniu "Dwójki" - absolwentów dominikańskiej "Beczki"  5 czerwca 2011

 

PANI JòZEFA

W MEDZIUGORJI

gazetka parafialna w Lund

 

KAPITAŁ SPOŁECZNY

prelekcja na spotkaniu

u Andrzeja

 

 

 

 

 

 

EKSPERYMENT

Z DEMOKRACJĄ


Przemówienie wygłoszone na uroczystości trzeciomajowej w Malmo i w Lundzie, 2000.

 

Szanowni Państwo


Obchodzimy dziś rocznicę uchwalenia Konstytucji 3 maja. Z tej okazji, chciałbym odpowiedzieć na jedno proste pytanie: dlaczego jako podstawę swojego święta narodowego, Polacy wybrali konstytucję, niewielki tekst, zaledwie 50 stron tej małej książeczki, tekst prawniczy, którego nikt z nas zapewne nie czytał, tekst, którego uchwały nigdy nie zostały wprowadzone w życie, ponieważ obowiązywały tylko przez jeden rok?
Chciałbym również uzasadnić jedno stwierdzenie, a mianowicie, że ta niezwykła książeczka, nieprzypadkowo została napisana w języku polskim. Nie spadła ona naszym praojcom z nieba.
Jest ona wynikiem 400-letniego eksperymentu, który oni, metodą prób i błędów, przeprowadzili, nierzadko płacąc zań życiem.

A wszystko zaczęło się w r. 1385 gdy z Węgier do Krakowa przyjechała jedenastoletnia dziewczynka aby zostać "królem". Jadwiga była wykształcona, pobożna, piękna, posiadała wybitny talent muzyczny i była zaręczona z księciem austriackim. Interesy Polski wymagały jednak aby wyszła za mąż, za ponad trzykrotnie starszego od niej księcia Litwy, Jogailę- tak wtedy nazywał się Jagiełło. Oczywiście, buntowała się, próbowała nawet uciekać z Wawelu lecz po tygodniach żarliwej modlitwy, przyjęła swój los. Polska połączona z Litwą stała się największym krajem w Europie, unią wielu narodów, języków i wyznań.

 

WIELOKULTUROWOŚĆ
Abyśmy lepiej uzmysłowili sobie jak wielką mozaiką była ówczesna Rzeczpospolita, podam kilka przykładów z bliskiej mi dziedziny, języka i szkolnictwa.
W Polsce obowiązywały oficjalnie 3 języki państwowe: łaciński, polski i staroruski (proszę nie mylić z językiem rosyjskim, który powstał w wieku XVIII). Oprócz tego, w granicach kraju, posługiwano się również językiem: ormiańskim, tatarskim, ukraińskim, białoruskim, estońskim, litewskim, pruskim, kaszubskim, niemieckim

i jidisz. Używano 4 różnych alfabetów:
łacińskiego, cyrylicy, hebrajskiego i arabskiego. Nawet czas nie był ten sam dla wszystkich mieszkańców kraju. Gdy Polacy-katolicy obchodzili święto uchwalenia Konstytucji 3 maja w roku 1791, prawosławni żyli ciągle jeszcze w kwietniu, dla Żydów był to miesiąc iyyar, roku 5552 a dla Tatarów ósmy miesiąc, roku 1205, epoki hagira.
W Rzeczpospolitej szczególną wagę przywiązywano do wykształcenia. Początkowo najlepsze były szkoły protestanckie, dlatego uczyła się w nich młodzież różnych wyznań z kraju i zagranicy. Wkrótce jednak jezuici otworzyli 50 szkół, których poziom był bardzo wysoki. Przyczyniły się one do zwycięstwa katolicyzmu-kontrreformacji. Znane w świecie były szkoły żydowskie religijne (jesziboty) jak

i świeckie (haskala). Działali arianie-Bracia Polscy. W Lesznie przez 30 lat uczył ojciec  współczesnej pedagogiki, uciekinier z Czech, Komeński. Gdy kanclerz Zamojski otworzył prywatną akademię, obok profesorów Polaków, wykładali tam także Ormianie, Turcy i Żydzi. Warto także przypomnieć Stanisława Konarskiego, który założył Collegium Nobilium w Warszawie, reformował przyklasztorne szkoły pijarów i jest autorem, czytanych szeroko w ówczesnej Europie książek : 

"O poprawie wad wymowy" i"O sztuce dobrego myślenia". Nie jest więc przypadkiem, że pierwsze na świecie ministerstwo oświaty, powstało właśnie  w Warszawie.

 

TOLERANCJA
Wszystkie te narody, języki i wyznania współżyły w miarę zgodnie razem, co w roku 1573 znalazło swój wyraz w niezwykłej na tamte czasy ustawie sejmowej

o tolerancji tzw. Konfederacji Warszawskiej. Posłuchajmy najważniejszego zdania

z tego tekstu:
   "...obiecujemy to sobie wspólnie (...) pokój między sobą zachować, a dla różnej wiary
   i odmiany w kościelech, krwie nie przelewać, ani się karać wzajemnie konfiskatą dóbr,
   pozbawieniem czci, więzieniem albo wygnaniem"
(Kridl i in."Polska myśl demokratyczna w ciągu wieków".Antologia.W-wa,1986.).
Warto również przytoczyć złotą myśl króla Zygmunta Augusta,
który powiedział: nie jestem królem waszych sumień.
50 lat po uchwaleniu ustawy o tolerancji, w Europie zachodniej wybuchła wojna trzydziestoletnia między katolikami a protestantami w której zginęła prawie połowa mieszkańców Niemiec.


SZLACHTA
Kim byli ci, którzy uchwalili tak niezwykłe prawo? Oczywiście, była to szlachta
Mówiąc niedawno o tych sprawach w języku szwedzkim, używałem słowa "szlachta"  nie tłumacząc go jako "adel". Dlaczego? Dlatego że "adel" oznacza stosunkowo nieliczną grupę bogatych obywateli państwa. We Francji odpowiednik polskiej szlachty to 1% wszystkich mieszkańców,  w Anglii 2%, a w Szwecji jeszcze mniej. Natomiast polska szlachta
osiągnęła aż 15% populacji a na niektórych terenach, jak np. na Mazowszu, stanowiła 1/4 ludności.Podobnie było z bogacwem. Wśród szlachty byli bogaci

ale część jej uprawiała pola tak jak chłopi,
                                        tylko że siermięgi
Nie noszą, lecz kapoty białe w czarne pręgi,
A w niedzielę kontusze. Strój także szlachcianek
Najuboższych różni się od chłopskich katanek:
Zwykle chodzą w drylichach albo perkaliczkach,
Bydło pasą nie w łapciach z kory, lecz w trzewiczkach,
I żną zboże a nawet przędą w rękawiczkach.
                                       "Pan Tadeusz", Zaścianek.


Większość szlachty nie posiadała żadnego majątku, tzw. gołota, i musiała szukać zatrudnienia u bogatszych współbraci. Pamiętają państwo film "Pan Tadeusz", iluż tam na dworze Sędziego podkomorzych, kluczników, rejentów i asesorów. Wszyscy oni jednak, nieżależnie od majętności, uważali się za równych sobie bo "szlachcic

na zagrodzie, równy wojewodzie". Między sobą używali zwrotu "panie bracie".

Do miasta zawsze jechali konno, chćby na kucyku i z szablą u boku nawet jeśli była to szabla drewniana. Zasada równości obejmowała również kobiety.
Gdy ojciec dzielił majątek, córki otrzymywały taką samą część jak i synowie, dlatego w Polsce wykształcił się typ samodzielnej kobiety, który trafił do literatury pod nazwą Herod-baba.
Ci z państwa, którzy widzieli film "Ogniem i mieczem", pamiętają ciotkę Heleny Kurcewiczównej, która rządziła nie tylko dworkiem, czterema nierozgarnietymi synami i Heleną ale nawet samym Bohunem.
Nie jest pewne pochodzenie stanu szlacheckiego. Jedna z teorii mówi, że to  potomkowie Sarmatów, którzy  w czasach prehistorycznych podbili te tereny, inna wywodzi go ze stanu rycerskiego.Każdy z kilkuset rodów szlacheckich, posiadał swoje godło,  dewizę-zawołanie i tajemniczy herb. Szlachcicem, można było zostać po spełnieniu pewnych warunków majątkowych, przykładem mogą być tu bojarowie litewscy lub też w nagrodę za waleczność jak chłop Bartosz Głowacki.
To właśnie ta elita narodu uchwaliła zasadę tolerancji i inne prawa, które zadziwiają swoją nowoczesnością, np: w r.1422-nemini bona confiscabimus-nie wolno karać konfiskatą majątku w r.1430-neminem captivabimus-zasada praworządności; nie wolno więzić bez sądu, w r.1505-konstytucję Nihil novi statuemus-nic o nas, bez nas i w r.1573-viritim.

 

KRÓLOWIE
Ostatnia z wymienionych ustaw mówiła, że każdy szlachcic ma prawo wyboru króla jak też i sam może nim zostać. Podczas elekcji, na pola pod Warszawą, przyjeżdżało 15 tysięcy przedstawicieli szlachty (zob.rysunek powyżej). Ustawieni rzędami przy swoich pawilonach regionalnych wysyłali delegacje, które jeździły dokoła aby zasięgnąć języka na kogo głosować oraz propagować swojego kandydata. Gdy osiągnięto jednomyślność, obwoływano nowego króla. Niekiedy jednak dwóch kandydatów otrzymało równe poparcie, wówczas elektorzy rozjeżdżali się do domów a kandydaci między sobą ustalali, najczęściej zbrojnie, kto powinien zostać królem.
Król polski zakresem władzy przypominał dzisiejszego prezydenta, był sługą swoich poddanych.
Podczas jednego z sejmów Stefan Batory, słusznie rozgniewany na przemawiającego posła, krzyknął: Tace nebulo! tzn. milcz błaźnie! Na co strofowany spokojnie odpowiedział: nie jestem błaznem, tylko obywatelem, który wybiera królów i obala tyranów.
Królowie elekcyjni stanowili dość przypadkowy zbiór różnych osobowości.

Na 11 władców, tylko 4 było Polakami. Pozostali to przybysze z Francji, Szwecji, Węgier i Saksonii.
Dwóch z nich było świetnymi wodzami, dwóch uciekło z kraju, jeden był wybitnym intelektualistą, którego książkę czytała Europa, jeden umarł z przejedzenia, jednen miał trzysta dzieci a inny do śmierci pozostał kawalerem. Bez wątpienia najlepszym królem był Stefan Batory.
A teraz zagadka historyczna: kto z Państwa poda imiona wymienionych przeze mnie królów, w nagrodę otrzyma ciekawą książkę J.Tischnera (zarówno w Malmo

jak i w Lundzie znalazła się osoba znająca imiona tych królów).
Mimo dużych różnic w sprawowaniu urzędu, żaden z królów polskich nie został pozbawiony tronu, nie mówiąc już o królobójstwie. Był to rezultat jednomyślności osiąganej podczas elekcji. Ta jednomyślność w sejmie miała zapewnić dobrowolne, a nie pod przymusem, przestrzeganie uchwalonych praw. Staszic odmawiał prawa nazywania się narodem tym, którzy słuchają tyrana.


KONFEDERACJA
Ostatni punkt zbioru praw szlacheckich "pacta conventa", mówił że szlachta ma prawo, a nawet obowiązek, zbuntować się przeciwko królowi o ile ten nie spełni któregoś z punktów przyjętych zobowiązań. Protest taki nazywano konfederacją. Była to zalegalizowana wojna domowa. Konfederacje miały miejsce niemal równie często jak i zebrania sejmowe i przypominały je także swoim przebiegiem. Niezadowoleni zbierali się w oznaczonym miejscu, spisywali w punktach przeciwko czemu protestują. Uchwały przyjmowano większością głosów. Następnie konfederaci przysięgali walczyć "przeciw wszystkim aż do śmierci". Konfederacja automatycznie ulegała rozwiązaniu w przypadku spełnienia żądań lub klęski konfederatów.
Doświadczenia w buntach przeciwko władzy, przydały się w następnych stuleciach powstańcom.

 

LIBERUM VETO
Ideał jednomyślności podczas głosowań sejmowych, przetrwał aż do roku 1652.
Był to czwarty rok wojny domowej z Chmielnickim. Po przepisowych sześciu tygodniach obrad sejmowych, zostało jeszcze kilka wniosków do przegłosowania.. Posłowie zmęczeni, marzyli o powrocie do domów. W sobotę po południu, marszałek zaproponował przedłużenie sesji. I wtedy jeden z posłów, cichym głosem powiedział "liberum veto" - "zgłaszam sprzeciw".
Nikt nie wiedział kto wyrzekł te słowa ani też przeciwko czemu protestuje.
Marszałek zarządził przerwę. Następnego dnia część posłów rozjechała się do domów z przekonaniem że sejm dobiegł końca. Pojechał również niejaki Siciński, który na polecenie
księcia litewskiego Radziwiłła, zgłosił sprzeciw.Tymczasem prawnicy sejmowi znaleźli protest Sicińskiego złożony na piśmie w kancelarii poselskiej i doszli do przekonania, że nie tylko przedłużenie sejmu jest niemożliwe ale również cały sejm jest nieważny. Tak niewinnie zaczęła się katastrofa Rzeczpospolitej. Sejmy zaczęto zrywać coraz częściej. Za króla Augusta II na 20 sejmów, zerwano 11. Za jego następcy przez trzydzieści lat, tylko jeden sejm był ważny. Niemożliwe stało się powiększenie armii, która liczyła 18 tysięcy żołnierzy, gdy trzy sąsiednie kraje posiadały armie stutysięczne. Niemożliwe było również zniesienie samego "liberum veto", ponieważ zawsze znalazł się ktoś, kto za pieniądze obcych władców, krzyknął:zgłaszam sprzeciw.

 

KONSTYTUCJA 3 MAJA
To błędne koło trwało 150 lat. Aż w roku 1788, po ustawowych sześciu tygodniach, umówieni wcześniej posłowie, przekształcili sejm w konfederację, która,

jak pamiętamy, przyjmowała ustawy większością głosów. Sejm ten, zwany  Wielkim, trwał aż cztery lata i na nim uchwalono Konstytucję 3 maja czyli  "Ustawę rządową", w której szlachta zdobytymi przez siebie prawami, dzieli się z pozostałymi stanami Rzeczpospolitej. A oto jak brzmi fragment dotyczący chłopów czyli,

jak ładnie powiedziano w tym dokumencie, "ludu rolniczego":
  "Lud rolniczy, spod którego ręki płynie najobfitsze bogactw krajowych źródło, który najliczniejszą w narodzie stanowi ludność, (?) tak przez sprawiedliwość, ludzkość i obowiązki  chrześcijańskie, jako i przez własny nasz interes dobrze zrozumiany, pod opiekę prawa i rządu krajowego przyjmujemy".

 

A wszystko zaczęło się czterysta lat wcześniej gdy do Krakowa przybyła jedenastoletnia dziewczynka, Jadwiga. Gdy umierała mając zaledwie 24 lat, mieszkańcy stolicy klęczeli dokoła Wawelu modląc się o jej zdrowie. Niedawno zaś, papież z Krakowa, ogłosił Jadwigę świętą.

 

Konfederacje również przetrwały do naszych czasów. Ostatnia z nich, pokojowa, zrzeszająca 10 milionów Polaków, nazwana Solidarnością, zmiotła z powierzchni Ziemi paranoję zwaną komunizmem.

 

                                                                      Antoni Orzech - maj 2000

 


-

 

JAK  CHŁOPI  STALI  SIĘ  POLAKAMI

 

Notatki z prelekcji wygłoszonej na trzeciomajowej uroczystości w Lundzie, 2001.

 

Na jednej z  poprzednich uroczystości trzeciomajowych, mówiłem o tym jak Polacy przez ponad 400 lat budowali demokrację. I. Rzeczpospolita była największym krajem w Europie, unią wielu narodów, języków, religii a nawet trzech, różniących się od siebie setkami lat, kalendarzy. Na wykresie angielskiego historyka Normana Daviesa, Polska znajduje się na trzecim miejscu pośród krajów, które wprowadziły system demokratyczny, przy czym te dwa pierwsze to mała Szwajcaria i Islandia.Warto również przypomnieć największe osiągnięcie w tej dziedzinie jakim jest ustawa z r.1573 zwana Konfederacją Warszawską, w której przedstawiciele różnych wyznań religijnych w Polsce, zobowiązali się między sobą ”krwie nie przelewać”. Na zachodzie Europy, pięćdziesiąt lat później, podczas wojny trzydziestoletniej między katolikami i protestantami, na niektórych terenach zginęła prawie połowa mieszkańców Niemiec. Mówiąc o tych sprawach używałem słowa ”Polacy”.

 

Kim byli ówcześni Polacy?

Otóż, najpierw trzeba powiedzieć, że było ich bardzo mało. W całej Rzeczpospolitej Polacy stanowili  najwyżej 15 % mieszkańców.

Następnie, ojczyzną Polaka  mogła być Litwa,  dlatego Mickiewicz  pisał „Litwo, ojczyzno moja!”, podobnie Rejtan, Moniuszko, Orzeszkowa, mogła być nią Ruś jak dla Krasickiego a także Prusy czy Inflanty.

Polak mógł  mieć rodziców litewskich czy ruskich jak nasz bohater narodowy Kościuszko (Kostiuszko). Nie musiał znać języka polskiego; generał Henryk Dąbrowski, o którym śpiewamy w hymnie narodowym, mówił  tylko po niemiecku. Tym bardziej Polakiem mógł być protestant (był czas kiedy połowa senatu była tego wyznania) ale także muzułmanin czy wyznawca judaizmu. Jedno tylko było niezbędne, Polak musiał być szlachcicem. Każdy, kto należał do szlachty, był Polakiem a kto nie był szlachcicem, nie był też Polakiem. To dopiero pod koniec XIX w. wymyślono, że liczy się pochodzenie, język, rasa czy religia. Za czasów

I Rzeczpospolitej mówiono „gente Lithuani (Rutheni), natione Poloni (z rodu Litwinów narodowości polskiej). A Mickiewicz ujął tę myśl obrazowo: „Litwin , Polak (Mazur) bracia są czyż kłócą się bracia o to że jednemu na imię Władysław a drugiemu Witowt? Nazwisko jest jedno, nazwisko Polaków”. (Księgi Narodu i Pielgrzymstwa...)

W I Rzeczpospolitej, pod koniec XVI wieku, na 8 milionów mieszkańców, tylko niecałe 1,5 miliona to byli Polacy. (Szwecja w tym czasie liczyła 1 mln. ludności).

A co z resztą?

 

Kto Polakiem nie był.

Obok większości Żydów i części, przeważnie niemieckiego mieszczaństwa, Polakami nie byli chłopi, którzy stanowili aż 70% mieszkańców kraju. Gdyby ktoś zapytał mieszkającego na ziemiach polskich chłopa kim on jest? Usłyszałby odpowiedź: 

„Ja tutejszy”, albo:„A juści, katolik jestem i chłop i nic więcej”. Chłopi sami nie uważali się za Polaków i nie byli za takich uważani przez szlachtę. Zaborcy dobrze zdając sobie sprawę że Polska szlachtą stoi,  starali się zmniejszyć jej liczbę.

W zaborze rosyjskim, każdy musiał  udowodnić swoje szlachectwo odpowiednim dokumentem oraz posiadaną ziemią, której większość tzw. gołota (hołota), nie miała. Władcy Prus, Austrii, i Rosji starali się również przeciągnąć chłopów na swoją stronę Przede wszystkim znieśli pańszczyznę i przeprowadzili uwłaszczenie chłopów. Dali chłopom ziemię, nic więc dziwnego, że ci uważali ich za swoich dobroczyńców, modlili się i śpiewali pobożne pieśni w intencji cesarza i cara a „Polski bali się niesłychanie, wierząc że z jej powrotem, przyjdzie pańszczyzna i najgorsza szlachecka niewola” (W. Witos). Wystąpienia zbrojne przeciw zaborcom, uważali

za niesłychaną zbrodnię. Pod koniec powstania styczniowego więcej chłopów współdziałało z Rosjanami niż z powstańcami. Częste były napady na dwory szlacheckie. A w r.1846, Austrii udało się podburzyć galicyjskich włościan, którzy pod wodzą Jakuba Szeli przeprowadzili rzeź szlachty za co przywódca dostał gospodarstwo na Bukowinie.

 

Aby zrozumieć takie nastawienie chłopów, trzeba przyjrzeć się warunkom życia

na wsi,  mentalności jej mieszkańców i stosunkom między dworem i wsią. Przede wszystkim chłop, zanim otrzymał ziemię od zaborcy, nie posiadał żadnego pola na własność. Za poletko dzierżawione od pana, całymi dniami musiał odrabiać pańszczyznę.

Prawie połowa wszystkich domów w Galicji (41%) składała się z jednej izby, często były to kurne chaty w których dym wydostawał się przez otwór w dachu a w zimie snuł się po całej izbie w której mieszkały również „bydlątka”. Jakość żywności nie była ważna. Liczyła się tylko ilość; czy wystarczy aby przeżyć.

Jedzono kapustę, groch, cebulę, kaszę, ogórki. Mięso, jedynie kilka razy do roku.

A ciągle straszył głód. Ponieważ nie widziano żadnego związku między uprawą roli

a plonami, wszystko zależało od pogody. Na przednówku trzeba było głodować

i jeść otręby, korę, kasztany czy żołędzie. W ciągu całego stulecia, Galicję 5 razy nawiedziła plaga głodu. W r.1846 zmarło 7% mieszkańców wsi. Osławioną powolność i lenistwo chłopa można raczej przypisać niedożywieniu skoro na wiosnę osłabione krowy trzeba było drągami podnosić aby wyszły na pastwisko.

Przy takim odżywianiu wypijano ogromne ilości alkoholu. Dziedzic miał prawo pędzenia wódki (propinacja) i korzystał z niego ponieważ mógł na tym zarobić. Nawet za pracę płacił wódką.

Z drugiej strony panowała powszechna akceptacja picia, które powinno być ”regularne i codzienne” ponieważ dodaje energii i ma właściwości lecznicze. Alkohol podawano nawet niespokojnym niemowlętom i zdarzało się, że chłopi nie wyszli do pracy, zanim pan nie postawił wiadra wódki. W połowie wieku w Królestwie Polskim było 30 tysięcy szynków czyli jeden na 158 osób! A Galicja w 40% zaopatrywała cesarstwo (Przedlitawię) w alkohol.

Brak higieny był, dla nas, dziś, niewyobrażalny. Na wsi, jedną i tę samą koszulę, noszono w dzień i w nocy przez kilka tygodni. Porządnie myto się tylko raz do roku przed Wielkanocą i to przede wszystkim ze względów religijnych. W końcu skóra od tego niemycia była pokryta grubą skorupą brudu. Dla porównania trzeba dodać że gdzie indziej nie było dużo lepiej. Przeciętny Paryżanin zażywał kąpieli 2 razy do roku a wyjątkowo czyści Duńczycy 8 razy. Nie znano też ubikacji. Ziemianie, jeśli wybierali się w podróż to jeździli z własnymi. Studnie płytkie, drewniane, używano również do prania i pojenia bydła ; nikt nie słyszał o jakichś tam bakteriach. Chorobę czy zarazę, uważano za karę boską, której nie należy się sprzeciwiać a jeśli już leczono, to wodą, miotłą, kwiatem lipowym,  rozgrzanym owsem czy tłuszczem. Chyba że kogoś dopadła choroba weneryczna, wtedy zakopywano go w nawozie końskim po szyję i w taki sposób, za karę, niechybnie umierał.

O wszystkim co ważne na wsi decydował pan. On wybierał męża dla chłopskich dziewcząt a potem, z rozkazu zaborców, wybierał spośród wiejskich synów, rekruta do służby wojskowej, która w Rosji trwała aż 15 lat. Przeważnie jednak żył w dworku z dala od wsi, w innym świecie, zajęty swoimi sprawami czyli ucztami, polowaniem, grzybobraniem, procesami z sąsiadem na którego od czasu do czasu napadał z szablą w ręku czyli urządzał zajazd. Takie właśnie pasożytnicze życie, mogliśmy obejrzeć w ekranizacji Pana Tadeusza. Dobrze to świadczy o Mickiewiczu, że podczas ślubu Zosi i Tadeusza, każe panu młodemu podjąć decyzję

o uwłaszczeniu siedzących przy stole, czyściuteńkich chłopów. Ale tak naprawdę, na Litwie wydarzyło się to 50 lat później i dokonał tego nie kto inny, jak tylko sam car Aleksander II.

 

Chłop był więc takim wielkim dzieckiem. Bał się pana, czapkował mu, padał do nóg, całował po rękach a w sercu nienawidził go, gotowy nawet zabić. Bał się każdej nowości, gdy pojawiły się kosy to wolał tradycyjnie żąć sierpem. Ziemniaki, które nieraz ratowały go od śmierci, początkowo nazywał paskudztwem heretyków. Bał się też Pana Boga który (po soborze Trydenckim) był surowy, wymagający i za byle co mógł  ukarać. Religię przyjmował jako odziedziczoną po ojcach. Wierzył też w duchy  i w czarownice ; ostatnie pławienie odbyło się pod Stanisławowem w r. 1872(!). Ale wierzył także w stałą obecność i opiekę bożą, stąd opowieści o Panu Jezusie chodzącym po świecie w przebraniu a także powszednie, często powtarzane pozdrowienia: „ostańta z Bogiem” , „Panie Boże, prowadź!” czy „Szczęść Boże!”.

Zaborcy  nadając chłopom ziemię i zmniejszając liczbę szlachty, liczyli na  szybką germanizację i rusyfikację ludu.

 

Stało się jednak odwrotnie. Ich perfidne działania w rzeczywistości sprzyjały polonizacji wsi. Likwidując stan szlachecki tym samym doprowadzili do powstania całkiem nowej warstwy społecznej inteligencji

a ta wykształcona, nastawiona patriotycznie, postawiła sobie za cel uświadomienie i wyciągnięcie z nędzy tego „gnoju ziemi” jak poetycko chłopów nazywała szlachta. Siłaczki i doktorzy Judymowie, którzy szli pracować na wieś, istnieli  naprawdę a nie tylko na kartach powieści Żeromskiego. Coraz więcej wśród nich było synów i córek chłopskich. Pomoc inteligentów wieś przyjmowała bez obawy ponieważ oni nie byli szlachtą.

Nie trzeba dłużej rozwodzić się jak wiele na tym polu zrobili artyści polscy chociażby S. Wyspiański, który nie tylko napisał dramat narodowy z wesela wiejskiego ale i sam również ożenił się z chłopką.

Na przełomie wieków ważną rolę  w polonizacji wsi  odegrali politycy tacy jak  R. Dmowski czy W. Witos. 

Decydujące znaczenie jednak miały język i religia, które zresztą zawsze szły ze sobą w parze; w sławnej Wrześni, to właśnie na lekcjach religii, dzieci za namową księdza, zaprotestowały przeciwko używaniu języka niemieckiego. Kościół w swoich modlitwach, pieśniach i kazaniach, przechował język polski a także dbał o przekazanie prawdziwej historii, organizując pielgrzymki w miejsca zarazem święte i patriotyczne, jak Częstochowa i Kraków.

 

Znosząc pańszczyznę car i cesarz mieli nadzieję na dozgonną wdzięczność wsi.

Tymczasem stało się inaczej. Do II. Rzeczpospolitej, wyzwolonej w r. 1918, chłopi  wkraczali świadomi swej polskości. I tak, po 130 latach, w pełni został zrealizowany zapis z Konstytucji 3 Maja  nadający prawa obywatelskie ludowi rolniczemu :

           „ Lud rolniczy, spod którego ręki płynie najobfitsze bogactw krajowych źródło, który najliczniejszą w narodzie stanowi ludność (...) tak przez sprawiedliwość, ludzkość i obowiązki chrześcijańskie, jako i przez własny nasz interes dobrze zrozumiany, pod opiekę prawa i rządu krajowego przyjmujemy (...)”

 

Na podstawie podręcznika A. Chwalby, Historia Polski 1795-1918, s.670. Kraków 2000. 

-------------------------------------

 

PRZYPISY

 

Przed rozbiorami "9/10 narodu czuło się obco i źle w rodzinnym kraju i stan ten utrwalił się dzięki temu, że klasa uprzywilejowana była dość liczna aby całą resztę utrzymywać w garści i wyzyskiwać. Cokolwiek się mówi o demokratyzmie dawnej szlachty, dla państwa lepiej byłoby mieć arystokrację mniej liczną i pozbyć się jej w drodze wewnętrznej rewolucji niż czekać pod rządem owych dwustu tysięcy, aż warstwa rządząca się przeżyje a kraj rozszarpią zaborcy".

                                                                               Władysław Konopczyński 1936

 

"...chłop utraciwszy poczucie swej człowieczej godności, utracił oczywiście wszelką inicjatywę i przedsiębiorczość i stał się martwą masą, której żadne choćby najdrastyczniejsze środki nie zdołały z odrętwienia poruszyć".

 

                                                                                 Michał Bobrzyński, Dzieje Polski w zarysie 1879

 

"...szczyt niewolnictwa i przesadna wolność zdają się walczyć o to, które szybciej zniszczy Polskę; szlachta może wszystko na co ma ochotę; ciało narodu tkwi w niewolnictwie".

                                                                                 Wielka Encyklopedia Francuska" XVIII w.

 

Chłop polski "jest niskiej postury i wygląda jakby przedwcześnie przestał rosnąć. Ma małe szare oczka, krótki nos, zazwyczaj nieco zadarty; włosy na ogół barwy żółtej, choć czasami ciemniejsze; oblicze również zółtawe, jakby mocno opalone - co latem odpowiada stanowi faktycznemu. Sprawia wrażenie przygnębionego i otępiałego; chód ma ciężki i pozbawiony życia".

                                                                                Anglik Georg Burnet XIX w.

 

"Chłop ma wygląd ponury, cerę prawie czarną od słońca, twarz wychudłą, głęboko osadzone oczy unikające ludzkiego wzroku. Twarz ta ginie pod zarostem. Jest średniego wzrostu, raczej przy tym niski niż wysoki, porusza się powoli - obcy mu wszelki pośpiech. Całkowita apatia czyni go nieprzystępnym zarówno radosnym uniesieniom jak i rozpaczy".

"...jemu samemu przypada w udziale krwawy trud i skąpe zbiory z pola, które może w każdej chwili utracić".

 

                                                            Francuz Hubert Vautrin XIX w.

-----------------------------------------

Rozbiory oznaczały dla Polski postęp i modernizację

Dorota Wodecka  08.11.2013 , aktualizacja: 08.11.2013 21:46 A A Drukuj

rys. Jacek Gawłowski

Dopiero zaborcy opodatkowują masowo szlachtę i konstruują mechanizm administracyjny. Znoszą pańszczyznę, wyzwalając "polskich" chłopów od Polaków. Reformują gospodarkę. Pod zaborami na terenie byłej I RP rozwija się infrastruktura i zmieniają się stosunki społeczne

Cały tekst przeczytasz w "Magazynie Świątecznym".

Dorota Wodecka: Czym był dla szlachcica patriotyzm? 

Jan Sowa: Miłością własną. Szlachta całkowicie utożsamiała Rzeczpospolitą ze sobą, mimo że stanowiła tylko 10-20 proc. ludności ją zamieszkującej. Trzeba jej pogratulować pomysłowości, konsekwencji i bezwzględności w realizowaniu własnego interesu grupowego.

Jan Kazimierz zrezygnował w 1668 r. z korony polskiej, bo nie był w stanie przeprowadzić reform umożliwiających skuteczne rządzenie państwem. Kilka lat wcześniej w mowie sejmowej przewidywał, do czego doprowadzi opór szlachty przeciw reformom. Mówił: "Moskwa i Ruś odwołają się do ludów jednego z niemi języka i Litwę dla siebie przeznaczą; granice Wielkopolski staną otworem dla Brandenburczyka (). Wreszcie Dom Austriacki, spoglądający łakomie na Kraków, nie opuści dogodnej dla siebie sposobności i przy powszechnym rozrywaniu państwa nie wstrzyma się od zaboru".

I tak właśnie się stało prawie dokładnie 100 lat później.

Co odpowiedziała mu wtedy szlachta? 

- Że takie są wyroki niebieskie: tak jak Chrystusa zamordowano, tak Polska musi upaść, ale zmartwychwstanie, bo opiekuje się nią Bóg. Późniejszy mesjanizm romantyczny jest w dużej mierze echem takiego myślenia szlachty.

Jednak dzieci szlacheckie kształciły się na Zachodzie. Nie przesiąkały duchem reformatorskim? 

- Kiedy w XVIII w. szlachta zauważa, że powracający z Francji czy Włoch młodzi szlachcice przywożą nowe idee, zgłasza projekt prawa, które zakazuje wyjazdów na Zachód. Żeby rozumów nie psuć.

Szlachta, która nie dawała sobie odebrać ani krzty wolności, sama chciała się ograniczyć, bo rozpoznawała w tym swój interes. Zdobywanie doświadczenia i najnowszej wiedzy za granicą zostało uznane za niebezpieczne dla tradycyjnego porządku. Przyczyniła się do tego antyintelektualna postawa szlachty, która rezonuje do dzisiaj w polskim dyskursie publicznym.

Wystarczy przypomnieć jeden z ikonicznych elementów projektu IV RP, kategorię "wykształciuchów". PiS odważył się na jej użycie, wiedząc, że większość temu przyklaśnie, bo w Polsce brak poważania dla inteligencji. To paradoks, bo z jednej strony badania świadczą o tym, że najbardziej prestiżowym zawodem jest profesor uniwersytetu, a z drugiej - jesteśmy kulturą głęboko antyintelektualną, która uważa, że zbytnia ilość spekulacji, wiedzy, namysłu, racjonalności jest szkodliwa.

Dziś w Polsce mały jest szacunek dla negocjacji, deliberacji i kompromisu. O ile Anglicy mówią o "wzniesieniu się do kompromisu", tak jakby mówili o zdobyciu górskiego szczytu (to reach a compromise), o tyle w Polsce kompromis kojarzy się z przegraną (pójść na kompromis). Dzisiejsze społeczeństwa są zbyt zróżnicowane, aby dać się zamknąć w jednomyślności. Jeżeli nie pozwolimy na wyartykułowanie antagonizmów w przestrzeni publicznej i nie zgodzimy się na ich starcie na poziomie symbolicznym, "jednomyślność" stanie się kołem napędowym dla ekstremizmów.

Cechą afirmowanej demokracji szlacheckiej był egalitaryzm. 

- Ale wyłącznie w obrębie jednego stanu - szlachty. Do tego egalitaryzm obecny w zawołaniu "szlachcic na zagrodzie równy wojewodzie" był tylko maską ideologiczną, bo różnice statusu czy wpływu między najbiedniejszym a najbogatszym szlachcicem były ogromne.

Już od XVI w. na zachód od Łaby poddaństwo chłopów powoli znika. Na wschód od Łaby wręcz przeciwnie. Powstanie styczniowe na Kresach przegrało w dużej mierze dlatego, że chłopi uważali, że to jest powstanie Polaków, czyli szlachty, która chciała bronić swoich interesów, m.in. prawa do wyzyskiwania chłopów. Dzisiaj dla nas powstanie Polaków znaczy: powstanie narodu polskiego, ale wtedy znaczyło: sprawa szlachty.

Rozbiory były jedyną szansą na utworzenie nowoczesnego państwa? 

- Rozbiory wypadają mniej więcej wtedy, kiedy ma miejsce rewolucja amerykańska i francuska - dwa wielkie triumfy nowoczesności. Moim zdaniem były trzecim triumfem - eliminacją resztek tego, co przednowoczesne i antynowoczesne.

Triumfem Polski? 

- Pod wieloma względami oznaczały postęp i modernizację. Oczywiście w każdym zaborze było inaczej, ale nie zgadzam się z tezą, że w rosyjskim była wyłącznie rujnacja i plądrowanie. Przecież obszar Warszawy i Łodzi był jednym z najlepiej rozwiniętych gospodarczo obszarów całego imperium rosyjskiego. To tu powstały pierwsze masowe, nowoczesne partie polityczne.

Dopiero zaborcy opodatkowują masowo szlachtę i konstruują mechanizm administracyjny. Dopiero oni znoszą pańszczyznę, wyzwalając "polskich" chłopów od Polaków. Reformują gospodarkę. Pod zaborami na terenie byłej I RP rozwija się infrastruktura i zmieniają się stosunki społeczne. Ale następuje też zmiana społeczno-kulturowa - nowoczesność kształtuje się jako siła antagonistyczna wobec tradycyjnej tożsamości polskiej.

Zaborcy przeprowadzają jednak te reformy ze względu na swój własny interes. 

- Zgoda. Dążyli do osłabienia polskiej szlachty, żeby skutecznie rządzić podbitymi terenami. Ale ze względu na pasożytniczą pozycję szlachty działania skierowane przeciw niej miały pozytywne skutki. Dla wszystkich.

W kontekście zaborów myślimy o sobie w kategoriach ofiary. 

- Tymczasem w dużej mierze sami to sobie zrobiliśmy, a właściwie elity państwa całej reszcie. Zwróćmy uwagę na mit rozpijania narodu przez zaborców i okupantów. Szlachta zrobiła to znacznie wcześniej. Tylko i wyłącznie ona miała prawo do produkcji alkoholu i nakładała na chłopów obowiązki dotyczące jego konsumpcji. I jeśli np. chłop się żenił, musiał kupić od pana określoną ilość alkoholu. Nie mógł pić w karczmie w wiosce, która nie była własnością jego pana, ale wyłącznie tam, gdzie zyski z jego picia czerpał pan. W interesie szlachty było rozpijanie chłopstwa. Pomyślmy, jaki był nasz własny wkład w ukształtowanie tego rodzaju rzeczywistości społecznej. To samo dotyczy rozbiorów, peryferyzacji Polski i jej upadku gospodarczego.

Bliska jest mi wizja Marii Janion, według której zjawy z przeszłości nawiedzają nas, a ich pozycja jest wręcz silniejsza niż żyjących.

I co by nam dziś te zjawy chciały powiedzieć? 

- Podpowiadają nam np. tzw. ideę jagiellońską, czyli przekonanie, że Polska powinna być regionalnym hegemonem, zwłaszcza na obszarze dawnych Kresów. Tymczasem zza naszej wschodniej granicy dociera do nas wiele sygnałów, że mieszkańcy naszego niegdysiejszego imperium nie tylko nie chcą w nas widzieć protektorów czy opiekunów, ale aktywnie nas nie lubią. Wskazuje na to opór wobec polskiej pisowni nazwisk i nazw miejscowości na Litwie czy niedawna afera z obrzuceniem jajkami Bronisława Komorowskiego na Ukrainie.

Zbyt łatwo zapominamy, że "idea jagiellońska" dla naszych wschodnich sąsiadów oznacza "ideę kolonialną". Co gorsza, jej zwolennicy w Polsce widzą w niej alternatywę dla integracji w obrębie Unii Europejskiej, gdzie nasze państwo nie ma szans na pozycję podobną do pozycji np. Niemiec. Tego typu rojenia o potędze były podstawą polityki zagranicznej PiS-u i Lecha Kaczyńskiego, stąd np. jego obsesyjne zainteresowanie Gruzją.

Zgodnie z tą logiką Polska prezentuje się zawsze wobec państw leżących na wschód od niej jako mediator między Wschodem a Zachodem.

To błąd? 

- To następstwo historycznego myślenia np. na temat roli Polski na Kresach i przekonania, że była państwem, które przynosiło lepszą kulturę. Tymczasem projekt kolonialny Polski był nie tylko etycznie wątpliwy (francuski historyk Daniel Beauvois pokazuje, że polska ekspansja na wschód oznaczała nasilenie się tam relacji o charakterze niewolniczym), ale też niewydajny.

Mamy historycznie głęboko zakorzenione przyzwolenie, żeby oszukiwać swoje państwo, bo ono nigdy nie było nasze. Jeżeli ktoś kantuje na podatkach, pobiera fałszywą rentę, idzie na lewe zwolnienie lekarskie, nie jest uznawany za oszusta. To jest emanacja postawy, że państwo to element pasożytniczy, który nam szkodzi i zagraża. I że im bardziej je oszukujemy, im więcej pieniędzy zostawiamy sobie w kieszeni, tym lepiej, bo państwo by je tylko zmarnowało.

*dr hab. Jan Sowa - ur. w 1976 r., socjolog i kulturoznawca. Adiunkt w Instytucie Kultury Uniwersytetu Jagiellońskiego. Wydał m.in. książki ''Ciesz się, późny wnuku! Kolonializm, globalizacja i demokracja radykalna'' (2008) i ''Fantomowe ciało króla. Peryferyjne zmagania z nowoczesną formą'' (2011)

Cały tekst przeczytasz w "Magazynie Świątecznym".