Wawrzyniec Smoczyński

III RP rozsypała się kilka lat przed wygraną PiS. Trzeba się zmierzyć z gniewem, który wyniósł tę partię do władzy

Wawrzyniec Smoczyński (ur. 1976) założyciel i dyrektor zarządzający Polityki Insight, która zajmuje się analizą gospodarczo-polityczną na potrzeby firm, rządów i organizacji międzynarodowych. Wcześniej dziennikarz i redaktor tygodnika Polityka. Członek Europejskiej Rady Spraw Zagranicznych, absolwent Leadership Academy for Poland.

...Transformacja była nie do zaplanowania, po części niekontrolowana, prowadzona z dobrymi intencjami i wedle dostępnych wzorców. Ale była teżeksperymentem na żywym organizmie - zbiorowości Polaków, grupach zawodowych, społecznościach lokalnych, rodzinach, wreszcie na pojedynczych ludziach. Są silne podstawy, by uważać polską transformację za moralnie słuszną i dziejowo nieuniknioną można w niej widzieć triumf demokracji i sukces kapitalizmu; ale nie zmienia to tego, że była przede wszystkim transformacją społeczną i jako taka miała bilans w losach ludzi. Były miasta, które skazała na upadek, grupy zawodowe, które zepchnęła w bezrobocie, i rodziny, którym odebrała nadzieję na przyszłość.

W tym tkwi niezawiniona skaza III RP: państwo zrodzone z transformacji nie umiało krytycznie spojrzeć na przemiany, bo musiałoby wówczas zakwestionować własny sens istnienia. Brak krytyki transformacji był niezbędny, by to państwo mogło wypełnić swoją misję, ale zarazem stał się przyczyną jego upadku. III RP nie obalił Jarosław Kaczyński - ona rozsypała się kilka lat przed wygraną PiS wskutek wyczerpania celu, wygaśnięcia wartości i zużycia elit. Kaczyński uchwycił ten moment i połączył urazy różnych grup w całościową krytykę nowej Polski. To, że akurat on zaprzągł owe urazy do własnego projektu politycznego, nie podważa prawdziwości ani zasadności tych odczuć. Zlekceważenie ich leży u żródeł konfliktu społecznego w Polsce.

Uraz przemian

Zacznijmy od tego, by przestać nazywać rok 1989 "transformacją". To pojęcie ze słownika technokracji - określa przemianę jednego systemu w drugi. świetnie ujmuje mechanikę zmian w polityce i gospodarce, ale kompletnie rozmija się z tym, co spotkało ludzi. Nie spotkała nas transformacja, bo nie jesteśmy robotami transformersami - doznaliśmy szoku. Stawiam tezę, że każdy, kto żył w 1989 r., wskutek samej nagłości i skali przemian doznał większego lub mniejszego urazu. Ci, którym przemiany przyniosły awans i dobrobyt, mogą dziś nie pamiętać tamtej niepewności i lęku o przyszłość. Dla tych, którym przemiany nie przyniosły awansu lub dobrobytu, ta niepewność, lęk i żal po znikającym świecie stały się formacyjnymi doświadczeniami życia, czyli traumą.

Traumy były różne. Dla tysięcy robotników likwidowanych fabryk było to nagłe bezrobocie i brak środków do życia. Dla tysięcy urzędników, nauczycieli, zarządców państwowej gospodarki rok 1989 oznaczał degradację społeczną, często także bezrobocie. W tym miejscu nie ma znaczenia to, że ogromna większość po latach odnalazła się w nowym systemie, ani to, że jest on bez porównania lepszy niżPRL. Istotne jest to, co przeszliśmy w miesiącach przełomu 1989 r., i jak tamto doświadczenie rzutuje na nasze postrzeganie Polski dzisiaj. Traumy są nieporównywalne. To, co było dramatem w życiu jednego człowieka, dla innego mogło nim nie być - a mimo to tamten dramat nie podlega dyskusji. Jako przeżycie drugiej osoby zasługuje na szacunek i troskę.

Tego szacunku i troski my, Polacy, nie potrafiliśmy sobie nawzajem okazać. Nie okazywało go nowe państwo, bo przez lata nie było go stać na pomoc. Nie okazywały nowe elity, bo ich uwaga była skupiona na budowie instytucji, a własny sukces zaślepiał je na niedolę innych. Ale przede wszystkim nie okazywaliśmy sobie tego szacunku i troski jako pojedynczy ludzie - ja, ty, pan, pani. W pogoni za nową Polską zgubiliśmy zdolność pochylania się nad drugim człowiekiem - to, co katechizm nazywa miłością bliżniego, a psychologia określa mianem empatii. Po 30 latach obudziliśmy się w zbiorowości ludzi obcych, złączonych traumą, o której nikt nie chce rozmawiać.

Kaczyński i gniew

Osobą, która wniosła tę traumę do polityki, jest Jarosław Kaczyński. To nie przypadek, że człowiek odrzucony przez establishment III RP stał się jej najostrzejszym krytykiem - Kaczyński sam doświadczył traumy przemian, gdy jego środowisko, początkowo wpływowe, zostało z czasem wykluczone z obiegu władzy, uznania i dóbr III RP. Kaczyński uczestniczył w obradach Okrągłego Stołu, był szefem kancelarii Lecha Wałęsy, senatorem i posłem, ale jego idee miały znikomy wpływ na ład polityczno-gospodarczy po 1989 r. To uczyniło go zaciekłym wrogiem elit III RP, a potem rzecznikiem zbiorowej traumy przemian, gdy państwo transformacyjne zaczęło się wyczerpywać.

W oczach swoich wyborców Kaczyński jest nie tyle popularny, ile wiarygodny - zwolennicy niekoniecznie go lubią, ale uważają za moralnie uprawnionego do wyrównania wspólnych krzywd. Jako sposób na zmierzenie się z traumą Kaczyński wybrał to, co jemu samemu było najbliższe i jednocześnie zgodne z jego metodą polityczną: odwet na elitach, które go wcześniej odrzuciły, i likwidację państwa, w którego budowie miał ograniczony udział. Ten wybór można oceniać negatywnie, ale nie o naszą ocenę tu chodzi. Chodzi o odczucia samego Kaczyńskiego. Nawet jeśli to trudne, przyjmijmy na chwilę jego perspektywę i zobaczmy, z jakiego miejsca dokonał tego wyboru: z miejsca politycznego wykluczenia, w którym bezsilność rodzi gniew, a gniew daje siłę.

Ten gniew napędza od dwóch lat polską politykę - gniew Kaczyńskiego, a poprzez niego gniew tysięcy Polaków, którzy po raz pierwszy od 1989 r. odreagowują traumę przemian. Robią to po udanych rządach PO-PSL właśnie dlatego, że były one udane: pozwoliły w warunkach względnego dobrobytu spojrzeć wstecz na własne doświadczenie i dały poczucie bezpieczeństwa niezbędne do tego, by uzewnętrznić gniew. Kaczyński skierował go przeciwko III RP, a jego impet zaprzągł do własnego projektu politycznego. Ten gniew trzeba dostrzec i się nim zająć. Bez tego nie wrócimy do życia publicznego opartego na dialogu.

Gniew, empatia, wspólnota

Gniew uwalnia, ale gniew nie leczy. Niekontrolowany - niszczy. Demoluje nie tylko instytucje i ludzi, ale przede wszystkim wspólnotę. Największy dramat polityki ostatnich trzech lat nie polega na tym, że PiS podważa demokrację i atakuje ludzi zasłużonych dla kraju - przy całej powadze sytuacji Sąd Najwyższy da się odbudować, a zasług Lecha Wałęsy nic nie zmieni. Największym dramatem jest to, że gniew rozlany w życiu publicznym otwarł przepaści między grupami narodowymi, przeciął społeczności lokalne, skłócił kochające się rodziny i rozdzielił starych przyjaciół. Przy całej woli naprawy kraju - w której szczerość nie wątpię, choć odrzucam wizję Polski forsowaną przez Kaczyńskiego - na gniewie i rozłamach nie da się zbudować niczego trwałego.

Wyzwaniem polityki najbliższych lat nie będzie pokonanie PiS, tylko zaleczenie ran po 1989 r. Ktoś powie: to było 30 lat temu, nie dotyczy młodych wyborców, a weterani przemian są na emeryturach. Kłopot w tym, że traumy są dziedziczne, a trauma przemian jużprzeszła na kolejne pokolenie. Dowodem są szeregi młodych podzielających żądzę odwetu, nawet jeśli w 1989 r. nie było ich na świecie. Gniew, który zatruwa życie publiczne, nie przestanie się sączyć tylko dlatego, że ktoś inny przejmie władzę. Przestanie, gdy uda nam się objąć i wspólnie przetworzyć najważniejsze doświadczenie ostatniego pokolenia, czyli przemiany 1989 r. Tam tkwi żródło konfliktu społecznego w Polsce, a zarazem klucz do przyszłej wspólnoty.

Co znaczy objąć i przetworzyć? Objąć to znaczy uznać, że oprócz sukcesów przemiany przyniosły teżurazy. Dla skrzywdzonych jest to od lat oczywiste, dla beneficjentów przemian takie stwierdzenie będzie niezrozumiałe, a dla ich autorów wręcz bolesne - ale każdy z nas nosi w sobie lub swojej rodzinie doświadczenie 1989 r. i warto, by do niego wrócił. Zamiast rozliczeń potrzebujemy empatycznej rozmowy o tym, co wtedy przeżyliśmy - w naszych rodzinach, społecznościach lokalnych, grupach zawodowych. Rozmów najpierw prywatnych, a potem rozmowy publicznej - w której usłyszymy odmienne historie ludzi, wysłuchamy i zauważymy się nawzajem. Przywrócenie empatii to spóżniony akt fundacyjny wspólnoty demokratycznej w Polsce - i punkt wyjścia do nowej, lepszej polityki.