rzechy antoniego

 
 
 

 

 

 

 

 

Leszek Kołakowski,

Jezus ośmieszony

 

Leszek Kołakowski napisał esej "Jésus ridicule. Un essai apologétique et sceptique" po francusku w latach 80. Nigdy go nie ukończył i w żadnej formie nie opublikował. W papierach profesora znalazła go żona Tamara Kołakowska. Z posłowiem ojca Jana Andrzeja Kłoczowskiego wydał go właśnie krakowski Znak. 
 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Jezus ośmieszony

Leszek Kołakowski

Droga Krzyżowa w Jerozolimie

Ale my wiemy, że On ma rację. Wiemy, że przynajmniej dla części wielkich problemów ludzkości nie ma rozwiązań czysto technicznych czy organizacyjnych, że wymagają one tego, co Jan Chrzciciel nazwał metanoją, przemianą duchową. A tej przemiany z definicji nie można wywołać w sposób techniczny.
 
Leszek Kołakowski napisał esej "Jésus ridicule. Un essai apologétique et sceptique" po francusku w latach 80. Nigdy go nie ukończył i w żadnej formie nie opublikował. W papierach profesora znalazła go żona Tamara Kołakowska. Z posłowiem ojca Jana Andrzeja Kłoczowskiego wydał go właśnie krakowski Znak. 

O Jezusie przeczytać można, co tylko się chce.

Po pierwsze, że nigdy nie istniał. Albo że, owszem, istniał, ale nie został ukrzyżowany; ktoś inny zawisł na krzyżu zamiast Niego. Albo że został ukrzyżowany, ale nie umarł na krzyżu; ocknął się w grobie, skąd wyszedł, by umrzeć kilka dni później. Albo że ożenił się z Marią Magdaleną i miał dzieci. Albo że, jeśli przyjrzeć się bliżej, był trockistą lub zwolennikiem Fidela Castro. Albo że był po prostu tylko żydowskim nacjonalistą. Albo że był przybyszem z innej galaktyki. Albo że był homoseksualistą, a święty Jan Apostoł był jego kochankiem. Albo że był Murzynem. Albo że nie miał określonej płci, tylko był jednocześnie mężczyzną i kobietą (a więc, prawdopodobnie, hermafrodytą). Albo że był istotą bezcielesną.

***

To wszystko zupełnie mnie nie interesuje. Pomijam w dodatku wszystkie badania historyczne prowadzone w ciągu ostatnich dziesięcioleci, wszystkie uczone analizy Ewangelii, ich języka, ich wiarygodności i różnic w ich treści.

Myślę o Jezusie jako o elemencie składowym cywilizacji europejskiej, myślę więc o Nim takim, jaki był postrzegany przez wieki, zgodnie z wyobrażeniami i stereotypami, które znane są nam wszystkim nie tylko z lektury Nowego Testamentu, ale także z niezliczonych obrazów, figur w kościołach, kazań, kościelnej tradycji, a nawet kolęd. Myślę więc o Jezusie takim, jaki jest obecny w pamięci nas wszystkich, którzy wierzyliśmy i żyliśmy w tej kulturze. Myślę, by tak rzec, o micie, nie zakładając jednak, że "mit" oznacza historię nieprawdziwą, fikcję, wytwór wyobraźni (określenie "mityczny" dotyczy sposobu postrzegania i nie ma to nic wspólnego z prawdziwością jakiejś historii). Unikam pytania, jak w narracji ewangelicznej odróżnić prawdziwe od wyobrażonego, to, co jest do przyjęcia, od tego, co niepewne.

Myślę o Jezusie prawdziwym, a to znaczy: prawdziwie, rzeczywiście i niezbywalnie obecnym w naszej historii. (...) Chodzi (...) o pewną wiarę w obrębie kultury. Jeśli idzie o wiarę religijną, ją również pomijam. Odsuwam także teologię - chrystologiczne spory są fascynującym tematem historycznym, ale nie muszę ich rozważać, kiedy zastanawiam się nad moimi pytaniami. 

Te pytania można sformułować krótko: czy nasza kultura przeżyje, jeśli zapomni Jezusa? Czy wierzymy, że jeśli Jezus zostanie wygnany z naszego świata, ten świat przepadnie? Dlaczego potrzebujemy Jezusa?

Kiedy mówię o "zapomnieniu", nie rozumiem tego dosłownie. Jego imię nie jest zapomniane. Jezus jako osoba nie jest nawet znienawidzony czy atakowany; rzadko zdarza się, żeby ktoś głosił nienawiść do Jezusa, bardzo często natomiast ludzie powołują się na Jego imię, żeby udowodnić, że to On mocno wspiera ich sprawy publiczne czy prywatne, polityczne czy religijne. Czasami jest ośmieszany (Nadstaw drugi policzek! Daj bandytom więcej, niż żądają! Módlcie się za tych, którzy was uciskają i nienawidzą! Śmiechu warte, prawda?), ale - częściej - ludzie się Nim posługują. A jednak to, że jest zapomniany, nie wymaga udowadniania; każdy, kto przeczyta Ewangelie i zastanowi się nad życiem, jakie nas otacza i jakie prowadzimy, dojdzie do takiego wniosku. Czy był Bogiem? Nie mam pojęcia. Ale jeśli jakiś Boży człowiek żył kiedykolwiek na tej ziemi, to był nim On.

W przesłaniu Jezusa jest przynajmniej jedna rzecz, która nie wzbudza wątpliwości i nie jest kontrowersyjna: to, że całe Jego życie i całe nauczanie toczy się w cieniu dnia ostatniego, dnia nieuchronnego Sądu. Bez tego apokaliptycznego oczekiwania niczego w chrześcijaństwie nie da się zrozumieć. Tak jak święty Jan Chrzciciel Jezus nie tylko zapowiadał Królestwo i przypominał ludziom, żeby okazywali skruchę i przygotowywali się do Paruzji w pokorze i z nadzieją: On to Królestwo zaczął budować. Ku zrozumiałej zgrozie kapłanów żydowskich oskarżających go o uzurpację prawa, które ma tylko Bóg, przebaczał grzechy. Przebaczał grzechy nie w sensie osobistym, nie tak jak każdy z nas może przebaczyć innym zniewagi i zranienia, których od nich doznał, ale w takim, że je znosił, unieważniał, wymazywał z życia. "Remittuntur tibi peccata tua"*. Kto mógł tak powiedzieć? Fałszywy Mesjasz lub Mesjasz prawdziwy; szaleniec lub Christos - Pomazaniec, szatański uzurpator lub Boży wysłannik; bluźnierca lub ten, kto ma klucze do Królestwa. Unieważnić grzechy nie znaczy wyrzec się prawa do kary albo do uczucia gniewu i oburzenia. Nie, to coś więcej niż akt moralny i prawny - to akt ontologiczny, jeśli można tak powiedzieć, równy aktowi stworzenia ex nihilo; to unicestwienie świata takiego, jaki był przed przebaczeniem, zbrukanego i pogrążonego w zamęcie przez grzech - nieważne, jaki grzech, choćby tylko jeden grzech - i odtworzenie świata w jego czystości; jest to powtórne stworzenie wszechświata. Ten, kto ma tę niezwykłą moc, musi być pełnomocnikiem Stwórcy, jeśli nie Stwórcą samym. 

Jezus nie tylko więc zapowiadał Królestwo - On je przynosił. I właśnie dlatego, że je przynosił, mógł powiedzieć z pewnością, że wszystko, co robimy i myślimy, musi być podporządkowane sprawie Końca, który się przybliża. Dla drogocennej perły Królestwa, pretiosa margarita, trzeba nam sprzedać wszystkie dobra, jakie posiadamy (Mt 13, 45-46). Wszystkie nasze ziemskie strapienia, wszystkie pragnienia, namiętności, wszystko, co mamy, nasze doczesne nadzieje, wszystko to blaknie, a nawet znika w obliczu tej najważniejszej troski.

Zbliża się Koniec, straszliwa katastrofa poprzedzająca nowy świat, świat, który zostanie na nowo stworzony. Kiedy nastąpi? Jezus oczywiście nie określił żadnego dokładnego terminu Sądu Ostatecznego, powiedział nawet wyraźnie, że nie zna tego dnia (Mt 24, 36) i że zna go tylko Ojciec. Ale dość jasno dawał do zrozumienia, że ten dzień jest bliski, bardzo bliski, że żyjące wówczas pokolenie po okresie straszliwego ucisku (Mt 24, 34) ujrzy Syna Człowieczego przychodzącego na obłokach niebieskich z aniołami, którzy zgromadzą wybranych z czterech stron świata (Mt 24, 30-31).

***

A jednak ta ostateczna godzina nie nadeszła i kolejne pokolenia chrześcijan znalazły się wobec przykrego dylematu. Czy to możliwe, żeby Jezus się pomylił? Tego pytania nie dało się uniknąć. Niektórzy odpowiadali: kiedy Jezus zapowiadał nieuchronny Koniec, nie myślał w kategoriach ludzkich - czyż święty Piotr nie powiedział w swoim liście, że u Boga tysiąc lat jest jak jeden dzień? "Wkrótce" w sensie boskim może znaczyć równie dobrze "dziś wieczór", jak "za dziesięć tysięcy lat"; jednak prawdą jest, że wraz z przyjściem Chrystusa Królestwo zaczęło już powstawać, że od chwili Jego śmierci ludzkość w swej istocie jest zbawiona.

Inni mówili: Jezus jako człowiek nie był ani wszechwiedzący, ani wszechmocny (dowodem na to, że nie wiedział wszystkiego, jest właśnie przyznanie, że nie zna terminu tego wielkiego dnia). Można przyjąć, że nie był nieomylny co do faktów (takich jak data Sądu), to jednak nie zmniejszało ani nie zubażało jego godności Syna Bożego.

Jeszcze inni mówili: głównym przesłaniem Jezusa wcale nie jest oczekiwanie wielkiego wydarzenia. To raczej afirmacja teraźniejszości jako początku Królestwa, to obecność Boga, który, ukryty, odsłania się za pośrednictwem swego Syna. Niepotrzebne są więc spekulacje na temat ostatniego dnia. Chrześcijaństwo to radość z teraźniejszej obecności Bożej objawionej w Jezusie. Jakkolwiek by było, okazało się, że chrześcijanie są zdolni zarówno do przyjęcia wiary w misję Zbawcy, jak i idei Sądu Ostatecznego.

Nie umieli jednak postrzegać swoich trosk i swego życia w boskiej wizji czasu, tak więc istniało ryzyko, że apokalipsa, odsunięta w przyszłość całkowicie nieokreśloną i niedającą się określić, straci wszelkie uchwytne znaczenie. (...)

***

Czy (...) głoszona przez Jezusa apokalipsa, nieunikniona, ale o niedającym się określić terminie, istnieje nadal dla nas, w naszej epoce, w świetle naszej zdemitologizowanej (i to jak!) świadomości? Co może nam dać w życiu, jak wpłynąć na to, o co zabiegamy? Czy jej potrzebujemy?

Moja odpowiedź brzmi: bardziej niż kiedykolwiek. Przyswojenie sobie apokaliptycznego sposobu patrzenia na świat jest prawdopodobnie warunkiem, aby rasa ludzka mogła przeżyć i uniknąć apokalipsy samozagłady, wielkiego Końca, który sama sobie przygotowuje.

 
Nasza ziemia nie jest wieczna, pewnego dnia przestanie istnieć. 

Egzystencja człowieka na jej powierzchni też nie jest wieczna, a każdy z nas żyje w cieniu swojej apokalipsy prywatnej, nieuniknionej i w gruncie rzeczy nieodległej: własnej śmierci. 

Przesłanie Jezusa było takie: w obliczu nieuniknionego Końca wszystkie dobra i rzeczy ziemskie są jeśli nie bezwartościowe, to w każdym razie drugorzędne i względne, nigdy nie powinny uchodzić za dobra same w sobie, a tym bardziej za wartości absolutne. Myśleć inaczej to idolatria, to oddawanie najwyższej czci temu, co nietrwałe, bez znaczenia, pozbawione wagi.

Nie, On nie zalecał surowej ascezy, umartwienia, nienawiści do ciała i tego, co należy do świata. Jadał zarówno z uczniami, jak z wielkimi grzesznikami, rozdzielał chleb, ryby, wino, błogosławił gościom weselnym, chwalił w swych przypowieściach ciężką pracę rolników i robotników, popierał przezorność, uzdrawiał chorych, pozwalał oddawać cesarzowi, co cesarskie. Ale choć nie miał pogardy czy nienawiści do tego, co cielesne, sprowadzał je na właściwe miejsce: nigdy nie jest warte tego, by je czcić czy kultywować dla niego samego.

Jest tylko jedna rzecz godna bezwarunkowego pragnienia: to Bóg i Jego Królestwo; jest tylko jedna rzecz, która jest złem absolutnym: utrata duszy, jej nieodwracalne zepsucie.

Chrześcijaństwo traci cały swój sens historyczny, moralny i religijny w momencie, gdy zapomni się o tej najważniejszej idei: że wszystkie wartości doczesne są tylko względne i drugorzędne. Znamy oczywiście w naszej epoce ludzi, którzy usiłują nas przekonać, że rdzeniem przesłania Jezusa jest taki czy inny system polityczny, egalitaryzm, rewolucja, upaństwowienie fabryk, zniesienie własności prywatnej.

Są też tacy - mniej liczni - którzy mówią, że przeciwnie: istotą Jego nauki jest zachęta do gromadzenia pieniędzy. Nie są oni chrześcijanami w żadnym uznanym sensie i nie ma potrzeby poświęcać im więcej uwagi.

Czy to najprostsze i naiwne przykazanie Jezusa, tyle razy ośmieszane, jest już przeżytkiem?

Czy zasługuje na pogardę? Mamy powody, by uważać, że potrzebujemy go bardziej niż pierwsi chrześcijanie, że w gruncie rzeczy to, że zapomnieliśmy o Jezusie i w rezultacie o Jego najbardziej znanym przykazaniu, sprawiło, że znaleźliśmy się tam, gdzie teraz jesteśmy - często zrozpaczeni, wiecznie zatrwożeni, pozbawieni znaków. Czyż nie jest tak, że - jak wszyscy widzą - nasza rozpaczliwa zachłanność, ciągle rosnąca spirala potrzeb, nasze oczekiwanie, iż wszyscy, łącznie z najbogatszymi, nie tylko mamy prawo, by mieć coraz więcej wszystkiego, ale rzeczywiście mamy coraz więcej - że to wszystko doprowadziło nas do punktu, w którym skumulowane napięcie spowoduje przerażającą katastrofę? Mówią to niektórzy nieliczni księża, to prawda - ale są ośmieszani; to znaczy:Jezus jest ośmieszany.

***

Tak, Jezus jest ośmieszany, ale wiemy, że ma rację, i nawet otwarcie tego nie kwestionujemy.

Jak to możliwe? Co więcej, są ludzie, którzy naprawdę praktykują cnoty chrześcijańskie, ale nigdy nie odważyliby się ich głosić. Ci, którzy się odważają - księża czy świeccy - głosić we własnym imieniu przykazania ewangeliczne na temat zachłanności i bogactw, współczucia i miłości, narażają się na kpiny - nie mówi się: "to nieprawda", lecz raczej: "to jest niepoważne, to śmieszne". Dlaczego? Czy dlatego, że to są komunały? Ależ powtarzamy przecież bezustannie, nie rumieniąc się, banały co najmniej równie zużyte, choć o wiele mniej ważne.

Krótko mówiąc: w wykształconych lub półwykształconych klasach naszych społeczeństw być chrześcijaninem to wstyd - nawet nie dlatego, że chrześcijaństwo nie cieszy się intelektualnym szacunkiem, lecz dlatego, że jest to moralnie śmieszne.

Być chrześcijaninem to wstyd. Można odnieść wrażenie, że na wydziałach teologii ostatnią rzeczą, o której się słyszy, jest Bóg: mówi się o symbolach religijnych, o sprawiedliwości społecznej, o zaangażowaniu, o wymiarze historycznym.

Cóż to za spektakl! Załamuje się wiek oświecenia i racjonalizmu, światła oświecenia gasną wszędzie, ale nie w Kościołach i u teologów.

Ale my wiemy, że On ma rację. Wiemy, że przynajmniej dla części wielkich problemów ludzkości nie ma rozwiązań czysto technicznych czy organizacyjnych, że wymagają one tego, co Jan Chrzciciel nazwał metanoją, przemianą duchową. A tej przemiany z definicji nie można wywołać w sposób techniczny.

Polega ona na uznaniu, że korzenie zła są w nas, w każdym z nas, zanim wrosną w instytucje i doktryny. Łatwo to powiedzieć, nie lubimy powtarzać takich banałów, zwłaszcza że bardzo trudno kierować się nimi w życiu. Otóż metanoja w takim sensie jest ściśle związana z przewidywaniem apokalipsy. I dlatego świadomość apokaliptyczna Jezusa nie tylko nie traci znaczenia dla naszego świata, ale jest fundamentem naszej nadziei na jego przetrwanie. Uznanie własnej winy jest według nauczania Jezusa podstawowym warunkiem metanoi, warunkiem życia w Bogu i, siłą rzeczy, warunkiem zbawienia.

Dodajmy: zdolność do poczucia winy jest warunkiem bycia człowiekiem. Ta zdolność czyni nas istotami ludzkimi, mówi Księga Rodzaju, i słusznie. Słusznie dlatego, że nie mamy żadnej znajomości dobra i zła, jeśli nie odczuwamy ich w sobie; tak więc doświadczać zła jako stanu własnej duszy to czuć się winnym.

Jeśli nie umiemy czuć się winni, nie jesteśmy zdolni do odróżniania dobra od zła. 

Nieumiejętność czynienia tego odróżnienia byłaby dla ludzkości samobójstwem. A kiedy mówię o "odróżnianiu dobra od zła", mam na myśli tylko takie odróżnienie, którego znaczenie, siła obiektywna, zniewalająca, nie zależy od nas; odróżnienie, którego nie możemy ani unieważnić, ani zmienić według naszej woli lub kaprysu, odróżnienie, które zastajemy gotowe, które nam się narzuca i które jesteśmy zmuszeni przyjąć jako prawdziwe.

 

Jeszcze jedna naiwność? Oczywiście to jedna z tych naiwności, które poważne doktryny, takie jak filozofia narodowego socjalizmu czy komunizmu, odrzucają.

Ale nie myślmy o doktrynach, które opowiadają się za ludobójstwem, czy o systemach, które je praktykują. Pomyślmy o nas samych, to znaczy o cywilizacji, która uważa się - i słusznie - za dość przyzwoitą, która głosi wiarę w prawa człowieka, która zapewnia nam wolności obywatelskie i dobrobyt nieznany dotąd w historii, która jest płodna technologicznie, której nauka się rozwija, która kultywuje sztukę, która wszystkim daje dostęp do edukacji, która zbudowała gigantyczne i efektywne systemy komunikacji i informacji, która toleruje pluralizm, różnorodność opinii, gustów, religii, filozofii, stylów i mód. Pomyślmy o tej cywilizacji i o tym, w jaki sposób odróżnianie dobra od zła w niej funkcjonuje, od kiedy wyzwoliła się - jeśli nie całkowicie, to przynajmniej w dużym stopniu - od śmiesznych chrześcijańskich przesądów. Owo wielkie wyzwolenie to, ściśle rzecz biorąc, wyzwolenie od grzechu, od poczucia winy, czyli od osobistej odpowiedzialności.

Jeżeli wyobrażam sobie, że grzeszę, muszę po prostu pójść do psychoanalityka, a on mnie wyleczy z tych urojeń. Jeżeli jestem zdrowy na umyśle, widzę jasno, że to "społeczeństwo", "system" (cokolwiek miałoby to znaczyć) są odpowiedzialne za wszystko i są źródłem wszystkiego, co uważam za złe, czyli to one są niezadowalające.

Wyobrażenie, że zło jest we mnie, w tobie, w nim, w niej, jest godne pogardy i infantylne.

Pomyślmy jak ludzie poważni: jesteśmy - każdy z nas - ofiarami tego monstrum, tego "społeczeństwa", i nikt z nas w żaden sposób nie przyczynia się osobiście do tego, co to monstrum wyczynia. Wyznajmy to: taka jest nasza codzienna filozofia, filozofia całkowitej niewinności jednostki, odrzucenie osobistej odpowiedzialności, zanegowanie zła i grzechu, a ostatecznie zanegowanie człowieka poprzez zapomnienie Jezusa.

Powiadacie, że ta cywilizacja, z wszystkimi wyżej wymienionymi zaletami, jednak jakoś funkcjonuje. Tak, funkcjonuje ze swoimi zaletami i wadami, które są nierozdzielne. Ponieważ naprawdę szybki proces tak zwanej sekularyzacji czy dechrystianizacji, czy paganizacji (to ostatnie słowo, być może, zawiera w sobie niesprawiedliwy osąd pogan, z których wielu było właściwie ludźmi religijnymi) trwał zaledwie około trzech dziesięcioleci, trudno ekstrapolować te tendencje na nieokreśloną przyszłość. Kto wie, jak długo będzie mogło przeżyć, nie ześlizgując się w Hobbesowski "stan natury", społeczeństwo, które nauczyło się i przyjęło, że nie istnieje żadne dane, gotowe rozróżnienie dobra i zła, a więc że poczucie winy jest chorobą lub reliktem starych przesądów? Kto może ocenić rolę, jaką chrześcijaństwo - o tyle, o ile przetrwało w formie rzeczywistej wiary czy pozostałości zasad moralnych - odgrywa teraz w cywilizacji europejskiej, zapewniając jej jakiś stopień wytrzymałości? 

***

Takich pytań nie zada socjolog, jeśli szuka odpowiedzi ilościowych - trudno wyobrazić sobie, jak siłę tradycji chrześcijańskiej można by przedstawić jako parametr ilościowy czy wektor pośród innych działających w naszej kulturze. Ale zdrowy rozsądek - który bardzo często, choć nie zawsze, okazuje się słuszny - nie pozostawia wątpliwości: istnieje ścisły i wzajemny związek między zapomnieniem tradycji chrześcijańskiej a tym, nad czym ubolewamy i co aż za dobrze znamy jako symptomy choroby naszej cywilizacji.

Nie chodzi tu - podkreślmy to wyraźnie - o konceptualną i abstrakcyjną wiedzę o różnicy między dobrem a złem. Nie wystarczy zaakceptować to rozróżnienie, a więc przyjąć, że istnieje prawo naturalne, którego oczywiście nie da się nigdy odkryć jako faktu empirycznego; ta wiedza jest mało pożyteczna, jeśli nie jesteśmy zdolni do odczuwania dobra i zła w nas samych. Ta zdolność ma korzenie mityczne i traci całą siłę, kiedy te korzenie obumierają.

Nie chodzi tu również o spekulację teologiczną. Prawdziwe korzenie naszej cywilizacji to narracja ewangeliczna i osoba Jezusa, Jego nauczanie jako słowo pochodzące od Niego, a nie wiedza abstrakcyjna, przedestylowana lub skodyfikowana w formie teologii moralnej. Do doświadczenia moralnego mamy dostęp tylko poprzez słowo przekazane osobiście - przez Boga, proroka, mistrza, kapłana, ojca lub matkę. Żadna teologia, żadna teoria nie może nam dać tu niczego poza konceptualnymi środkami wyrazu i nigdy nie prowadzi do doświadczenia zła i dobra jako własności naszej duszy. Nie idzie tu więc o "religię", jeśli przez "religię" rozumie się zbiór prawd teologicznych; chodzi o dostęp do Jezusa - człowieka lub Boga - zawsze osoby.

***

Często słyszy się, że nauczanie chrześcijańskie jest wysuszone. Ale nie chodzi o problemy techniczne języka, które można by rozwiązać przez zręczną manipulację. To prawda, że język teologiczny odziedziczony po scholastyce jest przestarzały i zużyty. Lecz żaden język wiary nie ma wartości bez wiary. Księża, którzy nie wiedzą już, czy w cokolwiek wierzą, i nie widzą już sensu w idei, że są odpowiedzialni poprzez obecność Jezusa w świecie, że są Jego kapłanami i apostołami, są bezsilni, nawet jeśli szczerze przywiązani do tradycji chrześcijańskiej, do Kościoła, nawet jeśli żywotność tej tradycji jest dla nich ważna.

Ileż to razy słyszy się takie uwagi: "Chrześcijaństwo chyli się ku upadkowi, bo okazało się niezdolne do tego, by uznać za własną taką czy inną sprawę świecką". Kościołowi udziela się rad: ma energicznie wspierać to czy tamto - feminizm, reformy rolne, rewolucje polityczne, prawa homoseksualistów, rozbrojenie - w ten sposób odzyska to, co stracił.

Złudzenia! Tak jakby chrześcijaństwo mogło uratować się jako chrześcijaństwo, przyjmując za swoją jakąś sprawę - nawet absolutnie słuszną - dlatego, że jest popularna. Oczywiście Kościół nie może uciekać od odpowiedzialności w kwestiach doczesnych; nie może milczeć - o ile sprawy te pociągają za sobą wybory moralne - pod pretekstem, że zajmuje się tylko zbawieniem wiecznym; nie może, ponieważ zbawienie wieczne osiąga się, działając w świecie, ponieważ byłoby szaleństwem utrzymywać, że Kościół mógłby się odgrodzić od konfliktów politycznych lub społecznych, w których jego głos może poprzeć sprawę moralnie słuszną.

Ale to nie brak wystarczająco wyraźnego "zaangażowania" szkodzi Kościołowi; przeciwnie - to szczególny sposób całkowitego identyfikowania się ze sprawą doczesną, tak że odnosimy wrażenie, iż Kościół zapomniał o zawsze i nieuchronnie względnym charakterze rzeczy ziemskich lub o różnicy między wsparciem jakiejś sprawy z powodów moralnych a przymierzem z siłą polityczną, ruchem, partią, które w danym momencie popierają tę samą sprawę.

***

Po co nam chrześcijaństwo, jeśli jest tylko politycznym lobby? Dla zachowania frazeologii, której ludzie już i tak nie traktują poważnie?

Chrześcijaństwo nie ma ani obowiązku, ani prawa angażować się w jakąkolwiek sprawę tylko dlatego, że jest modna, i dlatego, że w przeciwnym razie ryzykuje, iż jeszcze bardziej "wyalienuje się" z życia publicznego; nie ma ani obowiązku, ani prawa utożsamiać się z żadnym świeckim ruchem, nawet całkowicie godnym pochwały z moralnego punktu widzenia. Ma ono obowiązek i prawo wspierać we wszystkich konfliktach to, co odpowiada moralnie jego wymogom, ale jeśli za każdym razem nie kładzie nacisku na nieabsolutny charakter wartości doczesnych, działa samobójczo i traci znaczenie, ponieważ jego obecność w świecie jest ważna o tyle, o ile jest obecnością Jezusa Chrystusa, to znaczy trwaniem ponadczasowego w czasowym.

Nie jest też prawdą, że chrześcijaństwo traci siłę z powodu niewystarczającego zaangażowania w sprawy świeckie. Dlaczego Kościołowi miałoby zależeć na tym, by zachowywać w swym łonie tych, dla których jest on tylko narzędziem manipulacji i miałby służyć ich własnej sprawie - nawet godnej poparcia?

Jeżeli to nie Boga i Jezusa szukają ludzie w Kościele, nie ma on do wypełnienia żadnego specjalnego zadania. 

                                                           Gazeta Wyborcza 25-26 października 2014