|
Antoni
Orzech NAKAZ
CZY WYBòR
W
przeprowadzonych pod patronatem OECD badaniach umiejętności
czytania i pisania w sześciu gospodarczo najbardziej
rozwiniętych krajach świata i w Polsce na wszystkich
czterech poziomach sprawności językowej najlepiej wypadli
Szwedzi.' Chociaż na tak dobry wynik Szwedów składa się
wiele różnych czynników (m. in. pisarstwo Astrid Lindgren
oraz plejady innych autorów literatury dziecięcej
i
młodzieżowej, niski procent rolników, cudowne biblioteki
szkolne
i publiczne, powszechne czytelnictwo gazet czy długa
tradycja wypełniania deklaracji podatkowych ... ), można
chyba założyć,
że należy do nich również system szkolnictwa,
a konkretnie nauczanie Języka szwedzkiego w szkole
podstawowej. Różnice systemów nauczania w Polsce i Szwecji
przemawiałyby zdecydowanie na korzyść Skandynawów. Bardzo
trudno porównać szkolnictwo obu tych krajów, ponieważ metod,
które dominują w jednym, zupełnie brak w drugim
i odwrotnie.
Przez pół wieku pedagogika polska odcięta od rozwoju
powielała ciągłe te same nieefektywne wzory. Dlatego nie
należy się chyba zbytnio dziwić, że nieśmiałe próby zmian
czynione przez autorki podręczników do języka polskiego pt.
To lubię! przyjęte zostały przez niektórych okrzykiem: "To
rewolucja!" (podkr. Redakcji).
Różnice celów
W
szkole szwedzkiej chodzi o to, by każdemu uczniowi stworzyć
jak najlepsze warunki pełnego rozwoju umiejętności
posługiwania się językiem ojczystym. Cel prosty i,
wydawałoby się, oczywisty. A jednak, aby konsekwentnie go
realizować, widocznie potrzeba kraju, o którym powszechnie
się mówi, że wszystko tu jest tym, czym ma być, a więc
samochód - samochodem, ulica - ulicą, dom - domem, przyroda
- przyrodą. W dyskusjach nad reformą nauczania języka
polskiego celem zasadniczym wydaje się być "lista lektur
obowiązkowych", "kanon z terminologią gramatyczną",
"ciągłość edukacyjna", a nawet "egzaminy wstępne do szkoły
średniej", "nauczanie języków obcych" czy "podmiot
liryczny". Już słyszę odpowiedź: przecież realizując te
drugorzędne cele, uczymy języka polskiego w sposób najlepszy
z możliwych. Czy rzeczywiście? "Przerabianie
lektur
i ćwiczenia gramatyczne to przecież nauka o języku. Na
dodatek nauka, która zatrzymała się jeśli nie na Grekach, to
na teoriach ojca strukturalizmu. Dzieci w szkole podstawowej
nie są w stanie mozolnie odkrywać struktur językowych,
pozostaje więc pośpieszne wykucie reguł (znajomość których
dla nauczycieli stanowi łatwy do oceny zbiór "twardych"
faktów). Tak przekazywany, przestarzały metajęzyk nie ma nic
wspólnego z rozwojem umiejętności posługiwania się językiem.
Ta "naukowa pedagogika" dominowała w Polsce przez cały czas
panowania równie naukowego systemu politycznego. W tym samym
okresie myślenie i praktyka nauczania w krajach rozwiniętych
przeszły kilka etapów ewolucji.
Teorie a praktyka
Jeśli za drogowskaz przyjmiemy wpływ teorii językowych na
praktykę pedagogiczną, to prace N. Chornsky'ego
uprawomocniły kompetencję językową, czyli umiejętność
posługiwania się językiem w konkretnym kontekście kulturowym
(co z założenia pomijał Saussure jako rzeczywistość nie
dającą się ująć w sposób naukowy). Badania
J.L. Austina
poszerzyły ten zakres o kompetencję komunikacyjną. Używając
trudnej terminologii (posługują się nią również w książce
dla nauczyciela autorki podręcznika To lubię!) angielski
filozof próbował odpowiedzieć na proste pytanie: co
właściwie robimy mówiąc?
Jego odpowiedzi zaowocowały w
praktyce szkolnej ćwiczeniami
- w
zdobywaniu i przekazywaniu informacji o faktach i
przekonaniach intelektualnych,
- w
wyrażaniu stanów emocjonalnych lub przekonań moralnych,
- w
technikach dialogu, dyskursu, przekonywania, negocjacji itp.
Próby nauczania tych, tak ważnych dla każdego, czynności
językowych znajdujemy na kartach wspomnianego podręcznika.
Lata
90. przyniosły nowe wyzwania, do których powinna
przygotowywać swoich uczniów szkoła z prawdziwego zdarzenia.
Komunikacja telewizyjna osiągnęła rozmiary globalne, a
przepływ informacji dzięki internetowi uzyskał wymiar
praktycznie nieskończony. Niezbędna jest umiejętność
samodzielnego wytyczania celów i związanych z nimi wyborów.
W tej sytuacji nowe sugestie teoretyczne pedagogowie
znaleźli u L.S. Wygotskiego, w jego genialnych refleksjach
nad prowadzonymi przez siebie doświadczeniami. Ich zakres
najlepiej oddaje tytuł tłumaczonej na język polski książki:
Myślenie i mowa.
Dla Chomsky'ego i Austina każde pojęcie
stanowiło niezmienną całość, atom mowy, najważniejsze były
funkcje i sposób użycia słów. Wygotski opisuje kilka etapów,
na których dziecko w różny sposób buduje poszczególne
pojęcia swojego języka. Jest to swoisty i długotrwały proces
myślenia, bez którego uczeń, używając wyuczonych wyrazów
w
poprawnej nawet komunikacji, czyni to bez pełnego ich
rozumienia.
W praktyce pedagogicznej ten niezbędny proces
konstytuowania pojęć ma miejsce przede wszystkim podczas
samodzielnego dostrzegania, rozumienia, formułowania i
rozwiązywania problemów. Procesu tego nie zastąpi nauczanie
definicji i reguł, a nawet i umiejętności komunikacji.
Definicje, reguły, zasady
Praktyka szkoły polskiej w dalszym ciągu pozostaje na
pierwszym
z naszkicowanych tu czterech etapów ewolucji. W
czasie ferii świątecznych w Zakopanem syn gospodarzy jako
zadanie domowe w klasie czwartej "komputerowym" głosem
recytuje definicję związku zgody i rządu. Przykładów nie
umie podać. W Krakowie mój siostrzeniec z klasy piątej, w
ostatni wieczór po przerwie, przynaglany przez mamę,
wypełnia tabele z odmianą liczebników zbiorowych i w
roztargnieniu odpowiada na abstrakcyjne pytania o
bohaterstwie chłopca
z podręcznikowej czytanki. Podobnie z geografii i z
biologii: definicje, reguły, zasady. Obawiam się, że to nie
są wyjątki. Uczniowie ci,
w miejsce opisu pasjonującej nauki
jazdy na nartach, wywiadu z nowo poznanym kolegą lub
zbadania problemu zanieczyszczenia powietrza
w Zakopanem,
czyli zamiast próby ujęcia w słowa przeżytych doświadczeń, o
których warto pomyśleć (co nie wyklucza przecież ani
związków rządu i zgody, ani liczebników zbiorowych),
odrabiają prace,
w których celem jest jedynie powierzchowna
i wymuszona poprawność.
Przed paru laty jedna z klas szwedzkich korespondowała z
rówieśnikami w Polsce. Już w klasie pierwszej różnice
okazały się szokujące. Listy dzieci polskich są do siebie
podobne jak dwie krople wody: nazywam się ... , mam brata
... , nasza klasa jest kolorowa, a pani dobra. Jednolity
jest również charakter pisma. I odwrotnie, każdy list ze
Szwecji różni się od pozostałych. Jedne napisane bez
linijek, a każda litera odmienna, inne pismem już
wyrobionym. Pełne pytali i konkretów; Marie po krótkim
wstępie wyznaje: Jag ar kar (Jestem zakochana), a chłopiec
obok kilku rysunków napisał tylko jedno zdanie: Jag ar
tramsig (Ja jestem kopnięty). Dzieciom tym pozwala się na
wyrażanie siebie i swoich myśli
w odpowiedni im, a więc
często zaskakujący sposób, mimo iż są to "listy
zagraniczne". I to jest najważniejsze w rozwoju języka.
Porządek osiągną później, świadczy o tym przecież wszystko w
ich kraju, a będzie to porządek głębszy, bo osobisty, czyli
z wyboru.
Jak
przekazywać wartości?
"Ale
przecież trzeba przekazać tradycję, muszą więc czytać i
przerabiać lektury, dokładnie te ustalone przez komitety (w
których zapewne brak chociażby jednego reprezentanta
uczniów), muszą poznawać doskonałe wzory! Jeżeli zaczną
wybierać z trzydziestu proponowanych
w podręcznikach To
lubię! książek, zamiast czy-
lać
10, słownie: "dziesięć" lektur obowiązkowych, zapanuje chaos
jak po wypędzeniu Adama i Ewy z raju" - mówią oponenci
reformy. Według Biblii chaos panował przed stworzeniem raju.
(Czy Stary Testament ni, należy do lektur obowiązkowych?)
Ale żarty na bok ... W kręgu kultury wywodzącej swe korzenie
m.in. z Księgi, po wiekach prób i tragicznych niekiedy
błędów, wypracowano trzy główne cele edukacji:
przekaz wartości (tradycji)
rozwój osobowy ucznia
przygotowanie do życia w społeczeństwie
Te
trzy cele muszą być realizowane równocześnie, jeśli
zamierzamy osiągnąć którykolwiek z nich. Mówienie tylko o
przekazie tradycji sprowadza się w praktyce do nakazu, a
przecież nie można nakazać. Zresztą czy dziś uczniom w
szkole cokolwiek można jeszcze nakazać, skoro dookoła
dominuje wybór? Nie czytają lektur obowiązkowych,
a więc cóż
- jeszcze więcej nakazu?
Rozwiązanie szwedzkie jest znów zarazem proste i trudne. W
odstępie około 10 lat, po ogólnokrajowej dyskusji, centralne
władze szkolne wydają program, który zawiera jedynie ogólnie
sformułowane cele nauczania i kryteria oceny. Ostatni taki
dokument, z r. 1994, dla wszystkich rodzajów szkół i
przedmiotów (w tym i przedszkola) zmieścił się na 36
stronach zeszytowego formatu. Za realizację tych celów
odpowiada nauczyciel. To on przecież jest profesjonalistą od
metod nauczania odpowiednich w danej klasie, w stosunku do
konkretnego ucznia. Wspólnie z nauczycielami swojej szkoły i
przedstawicielami władz politycznych opracowuje on również
plan lokalny, który podkreśla
i rozwija niektóre punkty
programu centralnego. Z kolei z innymi nauczycielami swego
przedmiotu układa konkretny plan pracy. Jakich pomocy i
materiałów będzie używał - ustala to wraz ze swoimi
uczniami. Jeśli chodzi o język ojczysty - mało
prawdopodobne, aby korzystał
z jednego podręcznika, gdyż ma
on do wyboru możliwości
kopiowania
różnych materiałów, w tym również uczniowskich. Niektórzy
posługują się głównie literaturą piękną (młodzieżową), inni
uczą tylko przy pomocy gazet. Chociaż każdy nauczyciel
wypracowuje metody, do których jest najbardziej przekonany,
pewne ich cechy są wspólne, np.: jak najwięcej wyboru.
Oblicza się, że wprowadzenie
w życie nowego programu nauczania zajmuje około 10 lat,
czyli gdy tylko nauczyciele uporają się
z jednym programem,
natychmiast otrzymują nowy do opracowania. Wymaga to od nich
ciągłej nauki, nie mniejszej niż oni żądają od swoich
podopiecznych. I na tym chyba polega rozwój.
---------------------------------
1
Wojciech Staszewski, Polak potrafi, "Gazet Wyborcza" 28 XII
1995. Pełne wyniki badań zostały ogłoszone w lutowym numerze
miesięcznika „Res Publica Nowa"
2
Autor
artykułu od r. 1981 pracuje jako nauczyciel języka polskiego
w Szwecji. Każdy uczeń posługujący się w domu innym językiem
niż szwedzki ma prawo do nauki tego języka w szkole (2
godz. tygodniowo w grupach co najmniej 5-osobowych).
|