rzechy antoniego

 
 
 

ŚLEPY

(Jakub) Odra  1999 nr 6

 

 

Antoni Orzech    ŚLEPY

 

Słońce wschodzi. Głaszcze moje czoło. W nocy wlazło we mnie tyle zimna. Siedziałem nieruchomo, by nie rozlało się z piersi po całym ciele i powtarzałem: - Byle do słońca.

Gdy ptaki zaczynają śpiewać wiem, że to już niedługo. Aby nie przespać tej chwili, siadam pod murem i czekam. Kiedyś zapytałem Kulawego:

- Jak wygląda słońce?

- Jak brzoskwinia - odpowiedział, roześmiał się i pokuśtykał stukając drewnianą nogą. W tej chwili jest ono dokładnie naprzeciwko mojej twarzy i roztapia we mnie lód.

 

 *

 

Najpierw chowałem się, ale gdzie może się schować ślepy? Znajdywali mnie natychmiast. Nic nie mówią, słychać tylko sapanie. Jest ich czterech, a może pięciu. Ustawieni w koło, popychają mnie między sobą. Gdy któryś odstąpi na bok, upadam. Czekają, aż wstanę. Bawią się. Krzyczę do nich:

- Kim jesteście? Czego chcecie? - Nic, cisza i tylko sapanie coraz głośniejsze.

W końcu padam na ziemię. Wtedy mnie kopią. Jeden po drugim obchodzą dookoła, wybierają miejsce. To nie jest ból. Jakaś błyskawica. Boli czekanie. Uderzą w golenie? Między nogi? W twarz? Jeśli znam światło, to właśnie stąd; rozbłyska wewnątrz coraz częściej, aż w końcu zapala się cała moja nieskończona noc.

Gdy przytomnieję, czołgam się nad jezioro.

W takie dni nie chcę słyszeć ludzi. Szukam cienia nad brzegiem jeziora. Jeśli zobaczą mnie rybacy i doniosą Szymonowi, że znów pobito ślepca, przychodzi, przemywa moje rany. Ma twarde, wielkie dłonie. To one powstrzymują mnie przed pójściem w wodę. Z daleka słyszę, jak ciężko stąpa po piasku. Pachnie jeziorem. Gdy skopali mnie pierwszy raz, przywlokłem się tutaj i płakałem (Moje ślepe oczy umieją płakać):

- To za dużo, za dużo. - Chciałem pójść w jezioro, gdy czyjeś dłonie ujęły moją głowę.

- O Boże - powiedział, umył mnie i nakarmił.

 

 *

 

Z wszystkiego, co dotykałem, najmilsza jest woda. To nie ja jej dotykam, lecz ona mnie. Obejmuje dokładnie i czule. Słyszę, jak cieszy się, gdy wchodzę. Zanurzam moje biedne, puste oczy, niech poczują jej chłód. Jej jednej nie pragnę zobaczyć. Nie wiem, jak wygląda, ale mówią, że w niej widać niebo, drzewa i ryby. Powiedziała mi wszystko o sobie i być może ja, ślepy, znam ją lepiej niż wy.

 

 *

 

Poprosiłem Kulawego: - Opowiedz o kobiecie.

- Dotykałeś jej chociaż? - zapytał. - Gdy ją widzisz, zapominasz

o drewnie…

- Jakim drewnie? - nie zrozumiałem. Tupnął tylko kulą i mówił dalej:

- A gdy jej dotkniesz, topisz się jak woskowa świeca.

- Nie wiem, jak się topi świeca.

Znów tupnął nie odpowiadając:

- Jej skóra jest jak ... - zamilkł. chodząc tam i z powrotem - jej skóra jest jak brzoskwinia.

- A więc jest podobna do słońca! – zawołałem, ale on zapomniał, że sam tak powiedział i rozgniewany odszedł.

 

*

 

Bez słońca nie byłbym ślepcem.

Gdy nadejdzie noc, chodzę po pustych ulicach i dotykam ścian. Nikt mnie nie potrąca. Idę na wzgórze, gdzie rosną cedry. Obejmuję drzewo. Stoi mocno i prosto. Chropowata kora przez palce obrasta najpierw ręce i nogi, a potem mnie całego. Jestem drzewem. Słyszę szelest i szum. Wyciągam ku niebu rozcapierzone konary, korzeniami wpijam się w ziemię. Sto nieruchomo, bo przyleciał ptak. Trzymam go w dłoni. Ciepły

i kruchy, drapie pazurkami. Szybko puka maleńkie serce. Pióra ma miększe od wody, a w tym wszystkim ostry, twardy dziób jak lejek. Zduszone w grudkę życie. Czuję się niepotrzebnie olbrzymi. Jeśli nawet mam tyle życia co on, rozlało się po całym ciele i pewnie wydaję mu się niezdarny jak to drzewo. Odfrunął, ale wystarczy, że złożę dłoń, bije w niej małe serce, pióra miększe od wody, lejkowaty dziób. Grudka życia.

 

*

 

Znów się przewróciłem. Cały mój świat noszę ze sobą, każdy dotyk kamienia i drzewo. Nauczyłem się go po nocach i ciągle powtarzam od nowa, by nie zapomnieć. Środkiem jest róg ulicy, gdzie żebrzę. Wiem,

w którym kierunku ruszyć nad jezioro albo na wzgórze cedrowe. Dokładnie pamiętam, co mam mieć pod stopami; kiedy kamienistą drogę, piasek, trawę czy rów, Zmieniają się zapachy i odgłosy. Sprawdzam, czy jest to drzewo, które powinno być na zakręcie, ale wystarczy, że ktoś przesunie kamień, wykopie dół, postawi stągiew z wodą i przewracam się. Przewraca się ze mną mój świat i rozlatuje na kawałki. Nie ma jeziora, wzgórza ani rogu ulicy. A przez chwilę nawet nie wiem, gdzie jest ziemia. Chociaż ona zawsze przyciągnie mnie do siebie. Nie ma świata. Aż usiądę. Niech tylko choć jedną czarną nić złapię, tę, która dokądś prowadzi.

 

*

 

Mógłbym nigdzie nie chodzić. Godzinami potrafię wpatrywać się w tę moją noc bez granic. Przerażała mnie. Trzymałem w dłoni kamyk

z jeziora, gładki i chłodny, jak woda, W najczarniejszą noc powtarzał:

- Nie bój się. Jestem ja, jest woda, a w niej ryby. Jestem już i będę jeszcze tak długo, że nie masz się czego bać.

Dzięki niemu i ja byłem. Chociaż wiedziałem, że powstał przede mną,

a zostanie po mnie - zaniosę go z powrotem do jeziora - nie czułem się mniej trwałym od niego. A teraz nie jest mi niezbędny. Mogę patrzeć

w tę noc bez strachu. Dawniej widziałem - tak, ja ją widzę - tylko nieruchomą noc, aż spostrzegłem, że ona płynie dokądś jak czarna woda, a ja w niej zanurzony. Dokąd płyniemy? Do drzwi ciemności? Do Szeolu? Tak myślałem płacząc, że nigdy nie zobaczę ani liścia, ani kobiety, ani słońca. A teraz? Teraz jest podobnie jak przed porankiem;

w piersiach cieplej, siedzę pod murem i czekam.

 

*

 

Zielony kolor to trawa. Biały - kamyk. Niebieski jest jak woda, żółty - ciepły, a czerwony to ból. Jednego nie trzeba dotykać, jest sam, pierwszy od początku, przed słońcem - czarny.

 

*

 

Nazywają to żebraniem. Dziwne słowo. Siedzę i liczę was. Już wiem, dziś będę głodny.

Są dni, w które mnie nie widzicie. Coś was oślepia. Coś wpadło wam w oczy. A przecież ja po to tu siedzę, żebyście widzieli. I ślepy musi jeść. Niewiele, ale musi. Dwie figi, kawałek podpłomyka. Może to ciągle ci sami dzielą się ze mną i dzisiaj nie pójdą tędy? Nie, nie boję się głodu. Nie pójdę na wzgórze. Zmarznę w nocy, brzuch poburczy, uspokoi się krew. A może najem się we śnie? Figi leżą tam na brzegu a jezioro, śmiejąc się, wyrzuca mi rybę i zaprasza:

- Jedz!

Ja we śnie też nie widzę, ale nie jestem ślepy; idę dokąd chcę, mogę biec lub latać jak ptak. Najbardziej jednak lubię być rybą. Pływam we wszystkie strony tak zwinnie, aż woda szemrze:

- Zuch z ciebie. Wiedziałam o tym.

Wtedy zginam się wpół (robię tak, gdy chcę być ptakiem), wyskakuję z wody wysoko.

Ryby rozdziawiają paszcze i kręcą głowami:

- To niemożliwe, on nie może być rybą. Kim on jest?

Szybuję chwilę nad jeziorem, które patrzy na mnie swoim wielkim okiem

i spadam w dół, coraz głębiej i głębiej.

 

*

 

Czas wracać do tego świata, w którym jestem ślepcem. Burczy brzuch. Niedaleko szczekają dzikie psy. Zimno. Jeszcze pamiętam jak latałem i co mówiła woda, lecz to nie jest trwałe. Woda jest ta sama tu i tam, ale ja jestem inny. Bo tak naprawdę to jestem rybą i ptakiem, a nie tylko drzewem. W głowie noszę jeden świat. Ludzie są tam bez oczu, nie widzą, tylko są i drzewem, i trawą, i rybą, i ptakiem, i swoim jedynym imieniem. Oczy to cudowne okienka, ale gdy wyciągam rękę po chleb wiem, że widzicie to, co widzicie, a nie to, co jest. Jest was tak wielu,

a tylko jeden Szymon mnie zobaczył.

 

*

 

Kulawy mówi, że ślepi są gorsi od kulawych. Pytam go, a on z trudem zamienia na słowa to, co widzi: moje kulawe oko. Nazywa mnie: "Ślepy", a z psem to było całkiem co innego. Gdy szliśmy, biegał tam

i z powrotem - nigdy nie pojął, że ja nie widzę - i szczekał:

- Jakub, co jest z tobą? Taki długi, a tak się wlecze!

- No już idę, idę - odpowiadałem - ty masz cztery nogi, a ja dwie, mnie łatwiej się wywrócić.

Ale on myślał, że go nie rozumiem, uderzał nosem po moich łydkach

i szczekał:

- Jakub, bo ugryzę, jak się tak będziesz wlókł.

Lubił udawać, że gryzie, łapał za palec, tarmosił aż do bólu, jakby chciał powiedzieć: - Widzisz, mogę odgryźć, ale nie robię tego,

Wieczorem, by nie powiedzieli: "ślepy zwariował", bawiłem się z nim. Skakaliśmy na siebie warcząc, zbici w kłąb, tarzaliśmy się po trawie. Zapominał, że nie jestem psem, zaciskał zęby na mojej szyi:

- Widzisz, mogę zagryźć!

Nie mógł. Wybrał mnie na pana, Nie miałem pojęcia o panowaniu, dlatego on poszczekiwał na mnie, a ja udawałem psa, Nazwałem go Kuba. I co ze mnie za pan, który karmi okruchami, albo pestką, a bywa, że to on przywlecze coś na stół. W nocy dzielił się ciepłem i pchłami. Nie wiem, skąd przyszedł. Gdy dzikie psy podchodziły zbyt blisko, słyszałem jak warczy, gotów na śmierć. Chciał, żebym był jego panem. Mógł odejść w każdej chwili. Próbowałem rozkazywać:

- Kuba przynieś! Kuba, chodź tutaj!

Słyszał, że więcej w tym prośby niż rozkazu i nie przychodził. Ja nawet prosić nie umiem, a cóż dopiero rozkazywać Po chleb wyciągam rękę bez słowa. A tu pies chce mnie zrobić panem zupełnie bez powodu. Jeśli byłem czegokolwiek pewien, to że wszystko jest mi dane za darmo. Wszystko, nawet ślepota. Kulawy niewiele jest lepszy ode mnie, ale jaki on pewny siebie! O słońcu mówi, jakby je sam ulepił. Czy wszyscy widzący są tak pewni siebie? Może dlatego, że widzą, nie mogą pojąć, że widzenie dostają za darmo.

O, widzieć! Chociażby słońce, jak zwycięża noc; trawę, uległą pod moimi palcami i kolor, który nazywają "zielony", kobietę - głos jej roztapia lód w mojej piersi, nawet ten, którego słońce roztopić nie może; wodę - jak to możliwe, że powtarza obraz wszystkich stworzeń, nie zasłania i jest tak łagodna; a nade wszystko oczy - gdy je dotykam, to tylko dwie kulki, jak one mogą ogarnąć świat?

Kuby już nie zobaczę! Na przednówku, gdy brak chleba, głodu najbardziej boją się syci. Ja też oszczędzam, chodzę tylko na żebry i z potrzebą. W nocy siedzę między kamieniami, bo dzikie psy podchodzą coraz bliżej. W taką noc Kuba ujadał gotów zginąć, tamci odpowiadali mu podobnie. Czułem już ich oddech, gdy skoczył. Zakotłowało się, szczekanie przeszło w skowyt.

Nasłuchiwałem głosu Kuby, ale tylko czarna kula toczyła się to bliżej, to dalej.

Próbowałem wstać, gdy zrobiło się cicho. l to był koniec mojego Kuby. Powlokły go gdzieś w ciemność, poszczekując, pewnie o zdradzie, a ja utonąłem w noc. Nie było mnie. Nie wiem, jak długo. Usłyszałem głos Kulawego, mówił:

- Jedz.

Zjadłem i znów mnie nie było. A potem wszystko zaczynałem od nowa.

 

*

 

Myślałem; najgorsze to nie mieć oczu, ale ich nigdy nie miałem. Kuba przyszedł, był i nie ma go. Ale najgorsze jest to, że teraz ja też chciałbym tak jak on. Nie nauczyły mnie tego drzewa ani woda. Ludzie też nie. Jak ja to zrobię, przecież jestem niczyj. Kto zechce być panem Ślepego. Szymon odszedł. Woda? Kocham ją jeszcze bardziej. Jest podobna do Kuby, tylko cicha i nikt nie może jej zabić. Ale ona nie potrzebuje mojego życia.

- Kuba, lżej było mi przedtem, gdy nie wiedziałem, po co żyję. Teraz boję się, że zatrzasną się drzwi Szeolu i nie zrobię tego.

Moja noc płynie coraz szybciej. Siedzę i nasłuchuję; krzyki, stukot sandałów, śmiech kobiet. Tak było i tak będzie. Wstać i pójść? Dokąd? Nie nauczę się już innego świata. Znów tysiąc upadków?

 

*

 

Wstał powoli. Postukał dookoła laską i wydeptaną przez siebie ścieżką ruszył w kierunku jeziora. Wszedł do wody, usiadł na kamieniu.

- Przyszedłem się pożegnać - powiedział, zaczerpnął wody dłonią i obmył twarz.

- Widzisz - zwracał się tak do każdego - muszę odejść. Nie urodziłem się, by żebrać.. Byłaś dla mnie dobra - zamilkł - i znów przemył twarz, ale ty mnie nie potrzebujesz. Nikt mnie nie potrzebuje ... A ja wiem, po co żyje człowiek ... Może już się nie zobaczymy - uśmiechnął się- ty jesteś wszędzie, tylko nie ta sama. Wiesz, że pływam lepiej niż ryby

i latam jak ptak.. Muszę już iść. - Ukląkł i zanurzył twarz w wodzie. Potem wstał i powrócił na drogę.

Nigdy nie wychodził tak daleko. Stukał laską mocniej niż zwykle i śpiewał psalm.

Nagle przystanął, wydawało mu się, że ktoś woła go po imieniu. Usłyszał miarowy stukot, po którym zawsze poznawał Kulawego. Po raz pierwszy imię "Jakub" wypełniło ciemność i głęboko w nim odbiło się echem.

- To po tamtej stronie nocy - powiedział do siebie. - Jakie jest jego imię? Zawrócił do Kulawego, który nie mógł już iść i z trudem łapał powietrze. Siedzieli w milczeniu.

- Jakie jest twoje imię? - zapytał.

- Kulawy.

Jakub dotknął jego ramienia, odnalazł głowę i palcami zaczął błądzić po twarzy, mokrych bruzdach czoła, ostrym łuku nosa i długiej, zmierzwionej brodzie.

- Wystarczy imię i twarz - powiedział.

- Noga też by się przydała - roześmiał się tamten. - Mówią, że odchodzisz. Sam chciałem nieraz, ale o jednej nodze daleko nie zajdę. Są lepsze miejsca do żebrania. Wiem, powiesz, że człowiek nie żyje,

by żebrać. I tego nauczył cię pies. Gdybyś ty widział świat, może nie pytałbyś, po co żyć. Pewnie źle opowiadałem, ale słońca nie da się opowiedzieć. Ani kobiety. Tu masz brzoskwinię i trochę placków.

- Jakie jest twoje imię? - Jakub powtórzył pytanie.

- Nikt nie wie. I dobrze. Nie wolno kpić z praojca. On urodził się silny

i mądry, a ja bez nogi...  Jeżeli znajdziesz coś, to przyjdź i powiedz.

Wstali, by się pożegnać. Całując Jakuba Kulawy wprost do ucha szepnął:

- Dawid! - odwrócił się i szybko pokuśtykał w stronę miasta.

Ślepy stał i słuchał stukania drewnianej nogi, a gdy przepadło, z całych sił, głębiej niż noc, zawołał:

- Dawid! Dawid!



*

 

Potem chodził od miasta do miasta. Spał na drzewach, wychudł,

i pochylił się jeszcze bardziej, a nogi pokryła zakrzepła krew.

Nad strumykami i przy sadzawkach długo rozmawiał z wodą.

Tego popołudnia siedział pod sykomorą czekając, aż słońce pozwoli

mu iść dalej. Poprzedni dzień był gorący, szedł w nocy, do miasta było niedaleko, więc teraz drzemał, chociaż cień się wydłużył. Obudził go gwar. Pobliską drogą przechodził tłum. Głosy już się oddalały, więc przewracając się pobiegł za nimi. Dopędził ostatnich.

- Kto to jest? - zapytał wskazując na człowieka, za którym szli wszyscy.

- Jezus z Nazaretu.

- Ja go widzę! Widzę go!

- Nic krzycz! Ślepy zwariował.

Popchnięty, wywrócił się i wtedy zaczął wołać jeszcze głośniej:  Panie, zaczekaj na mnie!

Człowiek idący na przedzie zatrzymał się. Jakub wstał i biegł prosto ku niemu, powtarzając:

- Ja go widzę, ja go widzę. Widzę!

 

 

Antoni Orzech

--------------------------------------------

 

 

Autor opowiadania mieszku w Szwecji. Publikował m. in. prozę i wiersze w londyńskich  „Wiadomościach", paryskiej "Kulturze", eseje w „Znaku",