MANUELA GRETKOWSKA - FAWORYTY

 

Dorota Wodecka: Napisała pani książkę o trzech kochankach króla i o uwikłanym w romanse Stanisławie Auguście Poniatowskim. I o Polsce XVIII wieku. Jak pani przyszła ta opowieść do głowy?

Manuela Gretkowska: Chodziła mi po głowie od 20 paru lat. Po studiach, kiedy pojechałam do Francji, byłam przytłoczona bogactwem kultury tamtego kraju.

Jej największy rozkwit to panowanie Ludwika XIV i jego prawnuka Ludwika XV, który dostał za żonę Polkę Marię Leszczyńską. Biedną, dosłownie biedną, i nieco ograniczoną mentalnie w porównaniu ze stylem życia wersalskiego dworu.

Po powrocie z emigracji często odwiedzałam pałac w Łazienkach. Zastanawiałam się, czym zajmowały się polskie arystokratki w wieku XVIII, wieku Francji i kobiet.

 

 

Francuzki wsparły dobrze rokującego Moliera, pisały awangardowe powieści, chroniły Woltera. Prowadziły salony i żeby robić karierę, trzeba było im się przypodobać.

Prymitywny rębajło nie miał szans na powodzenie. Człowiek musiał być cywilizowany. Wykształcony, uroczy, dowcipny. 

Dlatego w mojej powieści przyjeżdża do Warszawy autentyczna postać – madame Geoffrin. Była mieszczką, nie arystokratką. Nie przeszkodziło jej to zostać XVIII-wieczną papieżycą kultury, prowadziła najsłynniejszy paryski salon, gdzie bywali twórcy Oświecenia. Namaszczała artystów i była patronką Stanisława Augusta, który wybudował kopię jej paryskiej kamienicy. Kazał podrobić meble, obrazy, byle słynna Francuzka została dłużej w Warszawie, dodając mu splendoru.

Tymczasem w polskiej kulturze, mam wrażenie, do XIX wieku, a może i dłużej wciąż aktualne było pierwsze zapisane w naszym języku, wypowiadane przez męża do żony zdanie: „Daj, ać ja pobruszę, a ty poczywaj”. No i tak my, kobiety, „poczywałyśmy” kulturalnym odłogiem, między jednym a drugim połogiem ku chwale ojczyzny i zadowoleniu Kościoła.

I przez 20 lat ta historia „Faworyt” siedziała w pani?

Wróciłam do niej zmęczona teraźniejszością. Chciałam uciec, ale kiedy zaczęłam pisać, zdałam sobie sprawę, że gonię w kółko, a nie uciekam. Zorientowałam się, że jesteśmy w błędnym kole, w podobnym historycznie momencie, tylko 300 lat później. Chwili politycznej degrengolady i nadchodzącego przełomu. Gdy mężczyznom u władzy wydaje się, że robią wielką politykę, a prą do katastrofy.

Dlaczego tylko mężczyźni? W polityce są również kobiety.

Kobiety w Polsce mianowane na stanowisko szefowej rządu czy kandydatki na prezydentkę są moim zdaniem politycznymi marionetkami w rękach facetów. Żeby rozgrywać w polityce, musisz mieć zaplecze. One go nie mają, dlatego cynicznie się je wykorzystuje i chowa za kulisy po zużyciu albo zmianie woli pana.

Od 1989 roku tylko jedna kobieta, Joanna Kluzik-Rostkowska, stworzyła własne zaplecze polityczne, i to tylko na chwilę, zakładając centroprawicową partię Polska Jest Najważniejsza. Gdy wykonała czarną robotę – wiem, co mówię, sama zakładałam partię i to jest robota 24/24 – gdy wszystko było zrobione, faceci z tej partii powiedzieli: „Joasiu, dziękujemy, ale masz dzieci, idź do domu, teraz my będziemy rządzić”. Nawet się nie wstydzili, mówiąc to wprost mediom. Nie byli bezdzietni, ale cóż, dziećmi zajmują się żony w domu, a mężowie to mężowie stanu, nie staników i pieluch.

Zastanawiała się pani, dlaczego polityczki godzą się na to?

W polityce grasz o władzę. Musisz być twardą zawodniczką, wchodzić w układy. Mocnym rywalem w grze, a nie czyjąś kukiełką. Jak dotąd żadna polityczka w Polsce nie miała nawet opcji na taką pozycję. Jak w amerykańskim serialu „Mrs. America” pokazującym walkę między feministkami a konserwatystkami w latach 70. Jedne i drugie były wykorzystywane przez męską politykę.

Na świecie to się powoli zmienia. Oprócz pojedynczych przypadków, Margaret Thatcher i Merkel, nadchodzi liczniejsza reprezentacja kobiet. Przykład Nowej Zelandii, Islandii, Finlandii napawa optymizmem.

To nie jest nasza wina, że nie stworzyłyśmy w parlamencie naszej reprezentacji?

To jakby winić kogoś, kogo nie stać na chleb, że nie je kawioru, zdrowszego od pieczywa. Uważam, że gdyby w Polsce po upadku komuny Kościół przy pomocy każdej partii nie zabierał kobietom przynależnych praw, praw człowieka, to PiS by tak łatwo nie zdeptał połowy społeczeństwa, nazywając ją gorszym sortem. Takie traktowanie kobiet oraz fakt, że one na to się godzą, a nawet głosują na swoich oprawców, obnaża prymitywny mental, w którym demokracja ma małe szanse.

Najprostszą odpowiedzią, dlaczego kobiety nie mają w Polsce głosu, jest to, że rządzi tu Kościół, największa z partii. A w Kościele kobiety się nie liczą. Szklany sufit to dla nich niebo, lepka posadzka jest do zmywania. Nie widziałam nigdy, żeby zajmował się nią kościelny.

Kochanki króla – Magdalena Sapieha, Elisabeth Lubomirska, Izabela Czartoryska – były ofiarami patriarchatu czy niezależnie myślącymi kobietami?

Nie były pudrowanymi cnotą aniołkami z portretów – bywały furiatkami, perfidnymi mścicielkami własnych krzywd, ale miały też polityczne ambicje. Realizując je, posługiwały się seksem, zdradą, intrygą. Walczyły jak faceci o wpływy. Posuwały się do okrucieństw, nie zważając na pokrewieństwo czy przyjaźń. Nie była to walka buldogów pod dywanem, raczej walka pudlic pod kołdrą królewską, nieraz w perwersyjnym trójkącie.

One mogły tylko marzyć o władzy, jaką miała w tamtych czasach caryca Zośka ze Szczecina, czyli Katarzyna Wielka. Ale ta była bezwzględną psychopatką, nieuwikłaną w rodzinne alianse. Władzę absolutną zyskała po uduszeniu męża degenerata.

Uważa pani, że współczesna Polka może zrealizować swoje ambicje polityczne?

Nadal wydaje się mi to niemożliwe. Jeśli żyjesz w prymitywnym patriarchacie (nie tylko dlatego, że rządzą dwaj mizogini w celibacie – Rydzyk i Kaczyński), to żeby zdobyć pozycję polityczną, potrzebujesz przywilejów z łaski mężczyzn. Przerastając ich wiedzą czy wykształceniem, i tak nie masz szans. Wysoką pozycję możesz zdobyć tylko na ich warunkach, rywalizując z innymi kobietami.

Jeszcze gorzej, gdy w takiej narzuconej rywalizacji kobiety same się poniżają. Przypomina to mitologiczny sąd Parysa. Kiedy olimpijskie boginie proszą zwykłego pastucha o rozstrzygnięcie sporu między sobą.

Smutne i niezrozumiałe, gdy nawet mając władzę, oddajemy prostakom decyzję o własnej.

Która z tych trzech arystokratycznych faworyt okazała się najsilniejsza i najbardziej wpływowa?

Paradoksalnie, najsłabsza, jak w bajce o Kopciuszku. Dostała od „dobrej wróżki” – zakochanego w niej Repnina, ambasadora Rosji – władzę nad królem i Polską.

Seksualność tamtej epoki wydaje się w pani książce nader wyzwolona.

To nie jest książka historyczna, tylko powieść w historycznym kostiumie. Nie mogłam napisać o tamtej libertyńskiej epoce, pomijając seks.

XVIII wiek był bardzo wyzwolony, wśród arystokracji jawnie rozwiązły. To nie miało nic wspólnego z moralnością chrześcijańską wyznawaną przez maluczkich. 

Przykładem tego są chociażby kontrakty ślubne możnych tych czasów w wyuzdanej Wenecji. Gwarantowały przyszłej żonie stałą obecność legalnego kochanka, zwanego cicisbeo. Grzech był dla klas niższych.

To perwersja czy swoboda obyczajowa?

Pytanie aktualne również dzisiaj. Seks i miłość to forma wolności, jej ostatni bastion. O tym jest „Rok 1984” Orwella. Bez tolerancji na cudze prywatne obyczaje nie ma wolności i demokracji. Naprawdę musimy słuchać jakiegoś zacofanego głupka na piedestale władzy, czy możemy pokochać osobę tej samej płci? Dyktującego, z kim mogę spać, kiedy i jak się kochać albo wziąć ślub?

Skoro w takim świecie żyjemy, nic dziwnego, że przy okazji mojej fantazji biograficznej o Agnieszce Osieckiej „Poetka i książę” w recenzjach powtarzało się stwierdzenie: książka jest dobra, bo nie ma w niej seksu. Tak jakby czyjeś życie było dobre, bo pozbawione seksu. W czasach szalejącej pornografii wyrosło nam katolicko zawstydzone pokolenie świętoszków? Masz przy nich wrażenie, że przez samo powiedzenie „seks” zajdą w ciążę. Humanizm, któremu nic, co ludzkie, nie jest obce, zastąpiła hipokryzja, której wszystko, co cielesne, jest wstrętne i jednoznaczne z degradującą pornografią. Z jednej strony setki naukowych dowodów, że seks jest zdrowy, dobroczynny i jest naturalną komunikacją miłosnych uczuć. Z drugiej strony, powszechnej w Polsce katechezy, pozamałżeński seks jest brudny, niemoralny i grzeszny.

Przy takiej sprzeczności poglądów najprymitywniejszym rozwiązaniem jest obłuda. Klękać przed hostią, a nocami ekscytować się Leśnym Ruchadłem.

„Poza wariatkami damy nie mają politycznych przekonań. Robią to, co każe rodzina albo chciwość” – powiada w powieści ówczesny rosyjski ambasador Repnin.

Minęło 300 lat, a w Polsce niewiele się zmieniło. Największy i bardzo wpływowy zakon w Polsce to zakon sióstr hipokrytek. Spróbuj im wspomnieć o prawie do aborcji, a nie tylko aborcji w przypadku uszkodzenia płodu, gwałtu czy zagrożenia życia matki. Miłosiernie cię zadziobią, bo przecież życie jest tak cenne, nie twoje oczywiście.

Nie wiem, czy kobiety mają jakikolwiek wpływ na życie naszego kraju. Coraz bardziej w to wątpię.

Może gdyby były partią obecną w Sejmie?

Do Sejmu się nie teleportuje za słuszne poglądy, najpierw trzeba się zderzyć z realem i zebrać pieniądze, żeby tam wejść. Był taki moment, zanim PiS dorwał się do władzy, gdy Kongres Kobiet się wahał, rozważał przekształcenie w partię. Byłam absolutnie za. Na scenie przekonywałam, że tylko w Sejmie, realnie, politycznie załatwimy coś dla kobiet. Gdyby Kongres zorganizował się w partię, może te parę miejsc w Sejmie byśmy zajęły, pomagając Lewicy, która wtedy nie przeszła progu wyborczego i PiS dostał niszczycielską większość. Ale to takie gdybanie. Ryzyko było duże – utrata Kongresu jako ruchu społecznego, jeśliby się nie powiodło. A po przekształceniu w partię – szlaban na kasę, bo każdy się boi o swoje interesy.

Może kobiety biznesu wsparłyby partię zabiegającą o równość i prawa kobiet?

Kiedy założyłam Partię Kobiet, żadna bogata pani jej nie wsparła. Te zamożne, wpływowe panie nie mają nawet swojego salonu ferującego wyroki towarzysko-kulturalne jak w XVIII wieku. Przychodziły do Partii Kobiet – to było modne – ale radziły się mężów, którzy im odradzali mieszanie się w politykę. Dobroczynność to co innego, takie szlachetne. W przeciwieństwie do śmierdzącej kobiecości, gdy wdepnie w politykę, jeśli kobiety chcą coś realnie zmienić, a nie tylko uchronić się przed najgorszym, protestując na ulicy. Protesty są świetne, ale to tak, jakby od wielu lat trzymano nas w przedpokoju władzy czy jeszcze dalej od decyzji politycznych, na tej ulicy. Mając biznes, lepiej zarabiaj cichutko, rób swoje, nie wspieraj organizacji politycznej, bo cię utrącą ci, którzy już władzę mają.

Proszę nazywać to brakiem kobiecej solidarności albo zdrowym rozsądkiem.

Kiedy Marta Lempart nie dostała we Wrocławiu jedynki do Sejmu, dzwoniłam do różnych ludzi i słyszałam, że Marta to się na ulice nadaje, ale nie nadaje się do Sejmu. Ma osobowość aktywistki, a nie posłanki.

Lepiej taki polityczny talent, zaczynający samodzielnie od ulicy, utrącić. Bo kiedy kobieca torpeda wystartuje, może się okazać po latach, jak Angela Merkel, najlepsza w Europie – to w Unii, w Polsce bycie mężczyzną jest już stanowiskiem. Na pewno by docenili Lempart, gdyby oddała swoje poparcie któremuś z facetów, najlepiej gratis, w imię równości płci.

Pisze pani pogardliwie, że Polska to królestwo ulepione z gówna, którym nie sposób rządzić. Bezkształtna, groźna masa, a kolejne pokolenia dokładają do niej swoje. „Bełkocząc i broniąc swych urojeń – wielkości i równości (…) Uczoność była fanaberią, żarcie i chlanie ich całym wygłodniałym życiem”.

To nie moja pogarda, ale królewska bezradność, gdy cytuję pamiętniki Stanisława Augusta. Musiał rządzić Polską pozbawiony prawdziwej władzy i armii. Brakowało wykształconych kadr, przecież sarmatom wystarczał katechizm i bełkotanie po łacinie. Sarmacka duma z własnej głupoty nadal jest kultywowana w narodzie. Zamiast struktur państwa breja anarchii i układów – wtedy i dziś.

Symboliczna kupa gówna oglądana z zamku przez królów była autentyczną warszawską Gnojną Górą, składowiskiem szamba.

Kraj w ruinie, pisał król.

Sarmaci wierzyli w szczęście Polski mimo jej bezbronności. Bóg nie mógł opuścić tak wspaniałego i religijnego narodu, gdzie nawet degrengolada była uświęcona lepszością od zagranicznej. Nasza wyższość moralna nad światem trwa od 300 lat.

Dzisiaj „bez żadnego trybu”, zamiast liberum veto. Wola jednego posła bez legalnej władzy jest najważniejsza. Wtedy i dzisiaj anarchia jako wolność, dyktatura jako praworządność.

W XVIII wieku mieliśmy bezradną demokrację, gdy powinniśmy mieć silną monarchię jak nasi sąsiedzi, żeby się przed nimi obronić i bogacić. Teraz, gdy potrzebujemy demokracji, stajemy się autorytarną dyktaturą. Historyczna tragifarsa, której jesteśmy wiecznymi autorami i ofiarami. Brawo my!

Póki tu rządzi Kościół, nie będzie silnej Rzeczypospolitej – to pani czy Poniatowski? (TO KOŚCIUSZKO - AO)

Realizm. Opisując zaledwie jeden rok, wybrałam ten decydujący. Kiedy sejm mógł jeszcze powstrzymać upadek Polski, a przynajmniej go zamortyzować.

Zjawia się wtedy wysłannik papieża, syfilityk, pedofil, i podpuszcza zapitych sarmatów do obrony Boga, wbrew ich własnym ziemskim interesom. Bo polska ojczyzna jest w niebie. W takiej sytuacji lepiej nie mieć prawdziwego państwa, nie musieć się z nikim ścigać, konkurować, niczego urealniać. Wystarczy żyć w alkoholowej mgle, w słowiańskim przykucu, żeby nie rąbnąć o glebę po pijaku.

I dlatego Polacy pójdą jak zawsze za pijakiem Radziwiłłem, który ma wiarę w Boga na ustach, a nie za patriotą Ogińskim?

Tak, to kwestia mentalu. W Niemczech 30 lat od zjednoczenia blizna między Wschodem a Zachodem jest nadal widoczna i bolesna. Nawet sroki inaczej śpiewają na Wschodzie niż te na Zachodzie, w innym dialekcie, serio.

W Polsce nasz mental tworzył przez ostanie 300 lat Kościół. Był oazą wolności i dobra w przeciwieństwie do zaborczego świata najeźdźców. Mamy więc głęboko zakodowane społecznie wzorce katolickie, kościelne. Demokracja jest w Polsce namalowana świeżą, cienką warstwą, łatwą do starcia.

Jak to pani wyjaśni?

W poprzedniej kampanii prezydenckiej śpiewano o błogosławionym łonie, które wydało Dudę. I nie było to łono ojczyzny, tylko kalka z pieśni o łonie Matki Boskiej. Składamy na ołtarzu polityki nasze zaufanie, wręcz fanatyczne. Obraz „Jezu, ufam tobie” to nasz nowy, religijny herb wypierający Czarną Madonnę. W mojej wsi pojawił się na bramach jako tarcza przed wirusem, zanim rząd uruchomił swoje rzekomo fantastyczne tarcze ekonomiczne.

W katolicyzmie wznosimy modły, wierzymy bez zastrzeżeń, bez sprawdzania. Nie weryfikujemy, bo wszystko jest na wiarę i autorytet, bez demokratycznych procedur. Tragiczne, że te totalitarno-patriarchalne schematy, podlane populizmem, nadal do nas łatwiej przemawiają. A ludzie wychowani w totalitaryzmie nie widzą jego kościelnej wersji.

Podporządkowanie się jednej osobie, woli jednego posła jak papieżowi lub Bogu. Jakakolwiek dyskusja z boskim autorytetem jest blasfemią, w najlepszym razie – błądzeniem. 

Minister kultury Piotr Gliński powiedział o Kaziku, że artysta zbłądził.

To despotyczny język religii, nie kultury czy sztuki. Sztuka nie ma celu, nie kieruje rakiety na Księżyc. Jest poszukiwaniem i wiecznym eksperymentem. Nie rzemiosłem, że tu nóżka od krzesła za krótka, do poprawy. Artysta jest wolny i po swojemu decyduje, bez rad politruka.

Zastanawia się pani, co jest z nami od 300 lat nie tak. Ma pani odpowiedź?

Najpierw trzeba by się uczciwie konfrontować z problemem, z rzeczywistością, a nie uciekać w bałwochwalcze mity. Ale część ludzi, np. głęboko wierzących w nieomylność Kościoła, uważa ten problem za łaskę, są wdzięczni, że ktoś za nich decyduje. Wychowani między autorytarną religią z jednej strony a autorytarną komuną może nie umieją żyć na wolności, poza tym imadłem. Ono jest dla nich jak muszla dla mięczaków. Poza nią tracą ochronę, w którą zostali wtłoczeni przemocą. Stała się ich tożsamością, mieszaniną opresji, lęku, bezradności. Do tego dochodzi młode pierwsze pokolenie, które dostało po prostu wolność.

A z nim co jest nie tak?

Jest jak dziecko, które dostało w prezencie, trochę na wyrost, skomplikowaną zabawkę. Nie umie się nią cieszyć, więc ją przynajmniej rozpierdoli. W ostatnich miesiącach świat stał się jeszcze bardziej nierealny dla zamkniętych w swoim wirtualnym świecie dzieci. Jeszcze bardziej odizolowany. Martwe gogolowskie dusze zastąpiły google’owskie, nietykające rzeczywistości ani polityki. Czego wymagać od takich zaświatów? Memów istnienia? Chociaż mrugnij, młody człowieku, na znak, że myślisz.

Powiedziałam w telewizyjnym wywiadzie: „Moja córka, niedawno uczennica postępowego liceum imienia Jacka Kuronia, czułego na ludzką krzywdę, jest neomarksistką”. Zapanowała troskliwa konsternacja. Po programie wyjaśniono mi, że o takich rzeczach nie powinno się mówić publicznie, dla dobra dziecka, bo spotka je hejt.

Gdzie my żyjemy? Z obawy przed zaszczuciem nie można przyznać, że dziecko chce sprawiedliwego świata. Może utopijnego, ale to przywilej młodości.

U nas przywileje ma faszyzująca młodzież. Wychowywana w odziedziczonym po dziadkach imadle strachu i głupoty.

Powiedziała pani, że napisała książkę o tym samym momencie historycznym, w jakim jesteśmy obecnie. Przecież nie stoimy u progu rozbioru.

Nie tworzono polskiej konstytucji z założeniem, że dorwą się do władzy ludzie nienawidzący demokracji. Dlatego tych konstytucyjnych bezpieczników jest mało i zostały zniszczone – Trybunał, Sąd Najwyższy, instytucje demokratyczne. Wybory prezydenckie to ostatni zawór bezpieczeństwa. Jeżeli jego zabraknie, nie będziemy już mieli butli z tlenem, tylko gaz usypiający. I eutanazję demokracji.

Pisowcy działają na zasadzie bakterii, nie strategii. Bakteria idzie tam, gdzie może. Nie planuje. Kaczyński nie jest strategiem, naśladuje bakterie żerujące na osłabionym organizmie demokratycznym.

Manuela Gretkowska – pisarka. Założycielka polskiej Partii Kobiet. W 2007 r. w plebiscycie „Wysokich Obcasów” została wybrana na Polkę Roku. Ostatnio ukazała się jej powieść „Faworyty” i autorski przewodnik po Wenecji „Wenecja – miasto, któremu się powodzi”


------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

 

 

 

 

TWÓJ BÓL JEST WIĘKSZY NIŻ MÓJ - KAZIK

Zamknięte cmentarze, to na skutek zdarzeń
ostatnich tygodni, ostatnich wydarzeń.
Na łańcuchy patrzę, ocieram łzy,
tak jak i Ty,
tak jak i Ty.

Otwiera się brama, ja nie wierzę oczom,
czy jednak się rzeczy inaczej potoczą,
podbiegam, Twoje karki krzyczą stój,
bo Twój ból jest lepszy niż mój,
Twój ból jest lepszy niż mój.

Ból ukoić możesz Ty jeden,
wszyscy inni wpadli w biedę,
limuzyny dwie, jedna, cały cmentarz Twój,
leszy niż mój.

Na ulicach i w mieszkaniach
duch miłości się wyłania
limuzyny dwie, jedna, cały cmentarz twój,
większy niż mój.

4 lata temu 10 kwietnia
Marii prosto pod koła córka uciekła.
Maria nie przekroczy bramy dziś tej,
bo Twój ból jest lepszy niż jej,
Twój ból jest lepszy niż jej.

Józef miał ojca, żonę i syna
i tego się dnia dla nich czas ten zatrzymał.
Józef nie wspomni dzisiaj dnia tego.
Twój ból jest lepszy niż jego,
Twój ból jest lepszy niż jego.

Ból ukoić możesz Ty jeden,
wszyscy inni wpadli w biedę.
Limuzyny dwie, jedna, cały cmentarz Twój,
leszy niż mój.

Na ulicach i w mieszkaniach
duch miłości się wyłania.
limuzyny dwie, jedna, cały cmentarz Twój,
większy niż mój.

Ja tam po prawdzie nie kocham cmentarzy,
gdy mama mnie prosi, to z nią tam pojadę.
Na grobie ojca kładę kwiatów strój.
Twój ból jest lepszy niż mój,
Twój ból jest lepszy niż mój.

Co za piękny dzień dzisiaj nam wszystkim dano
pamiętać o wszystkich, których zabrano.
Po drugiej stronie stoją i ronią łzy,
tak jak i TY,
tak jak i TY,
tak jak i TY,
tak jak i TY.

 

 

 

 

Marai w rodzinnym Kassa - dziś słowackie Koszyce          

 

TRZY PRZYKŁADY:

Gdy mieszkał na wygnaniu w Nowym Jorku, dostał z Węgier katalog książek do kupienia tylko za granicą. Były tam także powieści Maraia zakazane w jego kraju.

Jakże naiwni byli naziści - skomentował - palili nieprawomyślne dzieła, zamiast tak jak to robią czerwoni, zarabiać na nich.

 

"W Sowietach znów zwyczajowa plemienna uczta kanibali: pożerają tłustego Chruszczowa, na deser może zostanie podany Kadar albo Gomułka, z bitą śmietaną. Jakie to monotonne". 

 

Przez okno swojego pokoju zobaczył jak na boisku szkolnym dzieci pod okiem nauczyciela ścigają się w workach:

- "Zawodnicy dziwnie przypominają mi to, co nazywamy "życiem literackim".

 

Sandor Marai, Dziennik III s. 459-463

 

PS.

Czytałem zbiór krótkich refleksji Maraia p.t. "Niebo i ziemia". W jednej z nich opisuje on to, co mu się kojarzy ze słowami "pada śnieg": a więc dom rodzinny, dzieciństwo, młodość, podróże, hotelowy pokój, płatek śniegu na zaczerwienionym nosku pewnej damy... "i jeszcze wiele różności, których nie mogę wymieniać, zresztą nie warto, bo to wszystko zawierają w sobie te dwa słowa: "Pada śnieg".

 

Jako ciąg dalszy otworzyłem w Kindle "Miasto uśpionych kobiet" Gyula Krudego, którego Marai bardzo sobie cenił i u samej góry czytnika widzę: "Dopiero po dłuższym czasie spostrzegłem, że pada śnieg, mgła się podniosła, i że przez ten śnieg trupia twarz księżyca spogląda na miasteczko".

 

W "Dziennikach" Maraia nie brak podobnych, tajemniczych zbiegów zdarzeń, przyjmuję więc, że to jego żart zza światów.

 

 

 

 

 

 

 

SŁOŃCE + BAKTERIE = OKO

 

 

Energię słoneczną jako pierwsze wykorzystały cyjanobakterie. Posiadały chlorofil więc możliwa była fotosynteza. Taki był początek świata roślin i...oka!?.

 

Produktem tej fotosyntezy była opsyna, cząsteczka niezbędna do powstania wrażliwego na światło barwnika, który po związaniu się z siatkówką utworzył światłoczułą plamkę. Mogła ona rozpoznawać światło lub jego brak.

 

   Potem okazało się,

   że gdy plamka ta ma kształt kubka,

   to może także ustalić kierunek

   padania promieni słonecznych.

 

   Do dziś ten kształt oka zachowały

   skałoczepy - mięczaki,

   które zębami przywierają do kamieni.

 

   Z czasem to pra-oko

   zaczęło się zamykać

   a fale elektromagnetyczne

   wpadały przez powstały

   w ten sposób otwór.

 

   Tak się dzieje u morskich głowonogów,

   łodzików.

 

Przełomowym momentem w ewolucji widzenia świata było wykorzystanie soczewki. Pozwala ona na koncentrację wielkiego obrazu w mały oraz przez zmianę kształtu albo odległości od siatkówki, wyostrza jego zarysy (akomodacja). Różne organizmy użyły odmiennych związków do budowy soczewki.

 

Następnie pozostało już tylko ulepszanie zasadniczej konstrukcji przez rogówkę, mięśnie, powieki czy rzęsy.

 

   Odmienną od kręgowców

   budowę oka

   znajdujemy u owadów,

   u których światłoczuła

   plamka się uwypukliła

   i przez duplikację genów

   powstały skupiska

   mikroskopijnych oczek.

 

   Ważka ma ich aż 30 tysięcy.

 

 

Fotoreceptory w siatkówce oka są wyspecjalizowane; czopki (6 milionów) umożliwiają rozpoznanie kształtów, barw i zapewniają ostrość a pręciki (ponad 100 milionów) odpowiadają za kontury przedmiotów oraz widzenie o zmierzchu.

 

Potrafimy odróżnić 160 kolorów i 600 tysięcy odcieni!

 

Oko jest tylko receptorem fal elektromagnetycznych, które na siatkówce tworzą pomniejszone obrazy do góry nogami. Ich energia świetlna jest przekształcana w impulsy nerwowe, te są przesyłane do mózgu i dopiero tam ostatecznie widzimy.