Antoni Orzech  ZADOMOWIENIE -

blog na Wierzbowej  

sierpień 2009

 

Wawel a po drugiej stronie, balon i my

 

 

czerwiec    lipiec    wrzesień    październik

                  

 

_____________________________________________________www.antoniorzech.friko.pl

 

PONIEDZIAŁEK 3 SIERPNIA

 

Niezbadane są ścieżki, którymi słowa przechodzą z jednej rzeczy na inną. Taki "naparstek".

Powinien nazywać się "napalcem" bo tam go nakładamy. Ale dawniej "palcem" był tylko kciuk, dlatego do dziś mówimy "samotny jak palec". Wszystkie inne palce zwano "parstami". Ta nazwa zanikła a "naparstek" został.

 

Większego skoku od "palca" dokonał "paznokieć" czyli "pa-z-nogi-eć" bo kiedyś był na nogach i to tylko u zwierząt. "Obrączkę", która jest na palcu, noszono na rączce.

 

Czasem takie przejście jest zabawne. Tak jak w pieśni kościelnej gdy ludzie śpiewają "chlast miodem w Samsona" zamiast "plastr miodu", ja w dzieciństwie kolędowałem o Trzech Królach: "ni berła, ni dzieży", bo widziałem jak babcia tańczy dookoła dzieży, mięsząc ciasto na chleb ale nie miałem pojęcia "dzierżyć". Dziwiłem się tylko, po co przy żłóbku ta dzieża?

 

Podobna przygoda, spotkała "rozgrzeszenie".

Na początku było "rozrzeszenie" bo "rzeszyć" znaczyło "wiązać" a w Ewangelii jest powiedziane "komu grzechy rozwiążecie..." I to było zrozumiałe bo grzech więzi a spowiedź wyzwala ale ponieważ język upraszcza co tylko może, więc po co mówić "rozrzeszenie" z grzechów, skoro można od razu "rozgrzeszać" i tak to już jest.

A ślady "rzeszenia" jako wiązania, zostały w "zrzeszeniu" bo tam ludzie są jakoś powiązani

i w "rzeszocie", które wiązano z nitek.

 

-----------------------

ŚRODA 5 SIERPNIA

 

 

KWIATKI Z NASZEJ RABATKI

 

     

                      lepnica                                        poziewnik                 pępawa

 

UWAGA  -  Poziewnik jest trujący!

 

 

-----------------------------

CZWARTEK  6 SIERPNIA

 

Już niedługo mieszkańcy bloku D, przez okno, będą mogli zobaczyć gmach, jakiego w Krakowie jeszcze nie było. Jeśli zaś spojrzą na sąsiednie budynki, to mogą być pewni, że widzą coś, czego nie ma nigdzie na świecie. No bo gdzie obok siebie mogą stać, rozwalająca się myjnia, wiejski domek (z nowym dachem!), najnowocześniejszy dom w mieście i zamek królewski?

 

Tradycyjny dom ma cztery ściany i dach. Ten budowany obok, nie przypomina

żadnej takiej budowli. Jest podobny do lukrowanego ciacha, po którym spływa polewa a obok stoi kubek z sokiem. Oczywiście na obrazku, bo w rzeczywistości będzie można oglądać go w całości tylko z latającego obok Wawelu, balonu. Ale co to za rzeczywistość widziana z balonu?

Senatorska, albo jakiejś innej szychy.

 

W budowanym Centrum Kongresowym znajdzie się m.in. duża sala na ponad 2000 miejsc, oraz sala teatralna na 600 miejsc. Planowany termin zakończenia budowy to rok 2013. Nas bezpośredni0 dotyczy przebudowa ul. Jana Bułhaka (twórca polskiej fot0grafii artystycznej)

i dochodzącej do niej, ul. Wierzbowej.

 

Tymczasem zwieźli setki rur. 

        

 

 Przenoszą cmentarz                          i "latarnię umarłych", kapliczkę  z początków  XVII w.,

która dawniej stała przy ulicy Twardowskiego.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Od średniowiecza kapliczki takie stawiano na rozstajach dróg, w sąsiedztwie szpitali i cmentarzy. Światło umieszczonej na szczycie latarni, wskazywało drogę - naszej do Tyńca - chroniło przed duchami i wzywało do modlitwy. Podobny filar znajduje się u wylotu ulicy Szwedzkiej, na granicy Dębnik i Zakrzówka. Wzniesiono go w r. 1871 obok cmentarza zmarłych podczas epidemii cholery.

 

 

 

Najstarsza kapliczka, gotycka, stoi przy kościele św. Mikołaja. Ponieważ była to moja poprzednia parafia, więc można powiedzieć, że przywędrowałem od tamtej latarni do tej.

 

 

Tym bardziej, że tutaj, w jednej z wnęk znalazłem mojego patrona z Padwy.

 

--------------------------

WTOREK 11 SIERPNIA

 

Nagrodę Nobla temu, kto wynalazł rower!

Mamy dwa sposoby aby, nie odrywając się od ziemi, poczuć jak to jest mieć skrzydła, to narty i rower.

 

Mój dziadek stolarz, rzeźbiarz, pszczelarz, rolnik, żołnierz C.K., przywódca strajku chłopskiego, miał jedyny we wsi rower. Do kościoła, gdy inni jeździli bryczkami, on na dwóch kółkach. Dzwonił, pociągając za rzemyk, wtedy kółko dzwonka tarło o przednie koło, obracając metalowymi paskami, które uderzały we właściwy dzwonek. W ten sposób można było dzwonić bez przerwy. Zaczynałem więc jazdą "pod ramę". Do dziś prawa goleń pokryta jest bliznami.

 

I tak już zostało, rower miałem zawsze, w Szwecji nawet trzy, od wyścigowego Renaulta do górskiego z ogromnym bagażnikiem. Woziłem na nim torbę i notebooka do szkoły a jak trzeba było pokazać Pianistę, to jeszcze dwa głośniki i rzutnik.

Codziennie, zima, lato, deszcz, wiatr (!) 10 km a jednego dnia w tygodniu, ponad 30 do szkoły w sąsiedniej miejscowości, piękną ścieżką wśród zagajników i pól, przerobioną z linii kolejowej.

 

Mądrość praktyczną kraju lub miasta można zmierzyć licząc ścieżki i rowery, których używają jego mieszkańcy. Kraków szybko mądrzeje, choć "daleko mu jeszcze" do Holendrów czy Skandynawów. Powstają ścieżki z czerwoną wykładziną ale większość jest taka jak na Kapelance, chodnik i gdzieniegdzie linia dzieląca go na pół. Mam też własne trasy, których nie ma na mapie, np tę wydeptaną przez pieski środkiem Dietla, czy, jadąc do Enionu, odkryłem przepiękną ścieżkę nad Wilgą. Nie wiedziałem, że ta rzeczka to taka Wisła w miniaturze a bodziszki są tam nawet większe.

Wszystko jednak blednie przy tej wiodącej do Tyńca.

 

-----------------------------

CZWARTEK 13 SIERPNIA

 

          

 

Między Wierzbową a Tyńcem, pozostało 10 km rajskiego ogrodu. A w nim większość rosnących u nas kserotermicznych roślin, tzn. takich, które lubią wapienny, suchy i ciepły, stepowy teren. Pośród nich lata sobie 600! gatunków motyli i błonówek. Takiego zagęszczenia nie ma nigdzie indziej w Polsce.

 

Same nazwy tych skarbów: dzwonek syberyjski, strzęplica nadobna, macierzanka nagolistna, ożota, złoć, czyściec, gorysz, szczodrzeniec i... bodziszek czerwony. Dwa krzewy przywędrowały z południa, nie mają jeszcze nawet, podobnie jak motyle, polskiego imienia: Grimaldia fragrans i Fimbraria saccata.

 

Nic dziwnego że to miejsce, w jaskiniach Nad Galoską (18 m) i Na Gołąbcu (25 m), wybrał  pierwszy mieszkaniec w Polsce. Jak dawno przed nami? Niewyobrażalnie. Ten czas ginie gdzieś w pomrokach. 120 tysięcy lat temu. 60 razy nasza era! Na pewno tak jak my, nie miał ciepłej wody a korytarze biedaczek, musiał oświetlać łuczywem.

 

I ludzie, którzy odkryli milczenie, też wiedzieli gdzie wybudować klasztor.

 

Od tych kwiatów, widoków, zapachów, wracałem jak po kilku kielichach orzechówki lub jak jaskółka na kółkach i nagle tuż przy ścieżce, widzę kwiatka, którego wcześniej nie widziałem.

Żółciutki, równiutko wycięty, zadbany, zupełnie jak z ogródka.

Zatrzymuję rower, wyciągam aparat, podchodzę, a z jednego kwiatka zrobiło się dwa.

-No nie, żeby aż tak się upić jazdą...?!

 

Dopiero w domu przeczytałem, że ten wiesiołek, przyleciał z Ameryki Południowej i uciekł z ogródka, czemu się nie dziwię. Kwitnie tylko wieczorem i w trzy minutki potrafi się rozwinąć, co widać gołym okiem i nawet słychać uchem. Więdnie dnia następnego przed południem. Może się kiedyś nauczy, że u nas nie musi się tak śpieszyć? Taki leczniczy i jadalny krwiściąg wybrał kształty bardziej trwałe. Ale też niewielu tak jak on, potrafi przeplatać łodyżkami.

 

 

żółte kuleczki-WROTYCZ, purpura tyryjska-KRWIŚCIĄG, żółty-WIESIOŁEK w 3 stadiach

a także: motyl i mucha

 

-------------------------

PIĄTEK 14 SIERPNIA

 

Na stronie YouTube można obejrzeć CUDOWNY film HOME.

Film o naszym wspólnym domu, Ziemi.

 

Gdy podałem tutaj adres tej strony zablokowany został mój BLOG(?)

 

-------------------------

ŚRODA 19 SIERPNIA

 

Wychowałem się wśród świętych obrazów na ścianach.

Pamiętam św. Genowefę u jednej z ciotek. Dookoła podobizny, komiksowa historia jej życia. Na jednym z tych obrazków, piesek przy grobie świętej. Przywiązanie do człowieka, przepłacił życiem.

 

Na studiach, w Żaczku, oblepiało się ściany szarym papierem. Kupiliśmy w Empiku radziecki album Rembrandta, zagięte brzegi dookoła obrazu, udawały ramkę i Rycerz w zbroi do dziś świeci w mojej wyobraźni. Później odwiedziłem niejedną galerię, mam kilku swoich malarzy i parę obrazów, na które mogę patrzeć bez końca. Zdarza się, jak na wystawie Paula Klee, zauroczenie. Wtedy znika wszystko, są tylko tajemne barwy i linie.

Ale we własnym mieszkaniu to co innego, chce się mieć swojskie rzeczy.

 

Od lat towarzyszą mi dwie kobiety. Może dlatego, że w domu nie ma żywych, są te ciche, ciągle z tą samą, zawsze widoczną, swoją tajemnicą.

Dziewczynka z chryzantemami (1894) - Olga Boznańska i Nalewająca mleko (1660) - Jan Vermeer van Delft.

 

 

-----------------------------

CZWARTEK 20 SIERPNIA

 

Olga Boznańska (1865-1940) w młodości mieszkała w Krakowie przy ulicy Piłsudskiego. Zmarła w Paryżu. Jest całkowicie spełnioną artystką: "tatuś wie, że to moje szczęście, że innego nie pragnę na świecie, i w chwili kiedy nie będę mogła więcej malować, powinnam przestać żyć", pisała do ojca. Malowała codziennie przez kilka godzin, do ostatnich chwil swego życia. Otrzymała wszelkie możliwe wyróżnienia, łącznie z francuskim Orderem Legii Honorowej. Jedynie krakowski zaścianek TPSP, :-(w którym pracowałem przez rok w Dworku Jana Matejki), nie przyjął na wystawę jej, wielokrotnie nagradzanego, portretu Paula_Neuena.

Widocznie nie dość fotograficzny?

 

Była genialną portrecistką. W jedyny, swój własny sposób, sugerowała po mistrzowsku osobowość modela. Obraz budowała kolorem, gamą ściszoną, w kręgu barw pokrewnych.

 

Dziewczynka z chryzantemami, biedna paryska kwiaciarka, patrzy ze zdziwieniem i zachwytem na świat. Bezbronna i czysta jak te chryzantemy, które trzyma w dłoniach złożonych do modlitwy. Jak dawniej święci lilie. Tylko złowrogi cień czai się za jej plecami. Chociaż obraz jest kolorową mgłą, dostrzegamy wyraziste kontury i trzy świecące punkty, oczy i usta. To przez nie, ona cała jest oczekiwaniem na coś, czy na kogoś.

Nie znam bardziej przejmującego spojrzenia i nawet słoneczniki Van Gogha nie płoną tak, jak te białe chryzantemy.

 

"Obrazy moje wspaniale wyglądają, bo są prawdą, są uczciwe, pańskie, nie ma w nich małostkowości, nie mam maniery, nie ma blagi. Są ciche i żywe i jakby je lekka zasłona od patrzących dzieliła."

 

 - Olga Boznańska.

---------------------------

PIĄTEK 21 SIERPNIA

 

W XVII w. Holandia była kolonialnym mocarstwem. Bogaci kupcy i mieszczanie zdobią swoje domy dziełami sztuki. Produkowano je i sprzedawano tak, jak i inne przedmioty użytkowe.

Artyści byli zrzeszeni w gildiach (związki zawodowe), które walczyły z nadużyciami, wspierały biednych i wdowy. Obrazy przeważnie wystawiano w karczmach i oberżach. Ojciec Vermeera prowadził taką karczmę i zajmował się sprzedażą dzieł sztuki. Zarządzał nią później sam Joannis, ponieważ utrzymać się tylko z malarstwa było bardzo trudno. Gdy zbankrutował Rembrandt, wszystko co posiadał, poszło pod młotek w karczmie.

 

Vermeer całe życie spędził w Delft. Umarł mając zaledwie 43 lat. Osierocił jedenaścioro dzieci i pozostawił ogromne długi. Katarzyna, żona artysty, musiała sprzedać wszystkie obrazy jakie posiadała. Wkrótce o Vermeerze i jego malarstwie zapomniano. Odkryto go ponownie w XIX w. a do niezwykłej sławy przyczynił się Marcel Proust, który w Poszukiwaniu straconego czasu, na przykładzie obrazu Widok Delft, dokonał jednej z najsłynniejszych interpretacji sztuki.

 

Nalewająca mleko, to kwintesencja malarstwa Vermeera. Jest kobieta, wnętrze domu i życie codzienne, wszystko to, co najczęściej widzimy na jego obrazach. Całkowity kontrast do Dziewczynki z chryzantemami. Wyraziste ale o niezwykłej tonacji (rękawy!) barwy, dojrzała, ustawiona w życiu, kobieta. Już w czepku, opięta żółtym pancerzem, nie patrzy na nas, całkowicie skupiona na tym, co robi. Jedynie usta, podobnie jak u tamtej, to ta sama słodycz.

 

Kwiaciarka jest pełna młodzieńczej nadziei, wszystko jeszcze przed nią, nawet uczesanie. Nalewająca mleko, melancholijnie ale przede wszystkim czule, poddaje się swojej roli. Każdy szczegół, jak zwykle u Vermeera, który malował niewiele (znamy tylko 40 obrazów) i powoli, jest bardziej rzeczywisty niż sama rzeczywistość. A, tak ważne w malarstwie, światło? Pada przez okno, piszą myląc to co widzą, z tym co wiedzą. Jasność zaczyna się w prawym, górnym rogu i promieniuje złotym kaftanem tej kobiety. To ona jest światłem, które wszystko oświetla. Linie wiodące obrazu, przecinają się w środku, gdzie zwykle nie kierujemy wzroku a tam dzban, malarski symbol seksualności.

Całość, tajemniczy spokój, ład i piękno.

 

Vermeer

 

Dopóki ta kobieta z Rijksmuseum

w namalowanej ciszy i skupieniu

mleko z dzbanka do miski

dzień po dniu przelewa,

nie zasługuje Świat

na koniec świata.

 

Wisława Szymborska

 

----------------------------

WTOREK 25 SIERPNIA

 

Najlepszymi nauczycielami w urządzaniu mieszkania są sprzedawcy. Nie wszyscy, oczywiście. Na Kazimierzu, niedaleko jeden od drugiego, jest sklep z farbami i hydrauliczny. W tym pierwszym dowiedziałem się co to gładź (kładź gładź!), ćwierćwałek i kątownik, którego użyłem do zakrycia dziury przy futrynie. Do drugiego po każdą rzecz jechałem dwa razy. A to mufy brakuje, a to kolanko nie takie.

 

"Mufa" - tak mówią małe dzieci na muchę i  ja mufę też pamiętam z dzieciństwa. Siedząc w załubkach, (ozdobne sanie z łubek czyli cienkich desek) ręce trzymałem w mufce (zarękawku).

 

Teraz gdy nadszedł czas balkonu, jadąc Kapelanką do Tesco, w sklepiku ogrodniczym, spotkałem dwie urocze nauczycielki. O kwiatkach wiedzą wszystko i chętnie się tym dzielą. Gdy zapytałem o nazwę jednego, który będzie stał na półkach z książkami, otrzymałem trzy do wyboru, scindapsus (co da psu?), rafidofora albo epipremnum. Co jedno imię to ciekawsze. Chyba wymyślę coś swojego. Dowiedziałem się też kto jest kwaśnolubny i jak się drenuje. A gdy wybrałem niecierpka, pani ostrzegła mnie, że on nie cierpi upałów i rzeczywiście już pierwszego dnia oklapł tak, że musiałem go cucić w łazience. Ale imię otrzymał bo jest niecierpliwy (impatiens), jego owoce, przy najmniejszym dotknięciu, eksplodują nasionkami. Tych parę kwiatków to na początek, bo marzy mi się altanka z kratkami.

 

----------------

ŚRODA 26 SIERPNIA

 

O bezdomność otarłem się dwa razy. Krótko i delikatnie a jednak ślad pozostał na zawsze.

Po studiach nie miałem pracy ani mieszkania. Typowy dla PRL-u przepis głosił, że w dużym mieście, aby mieć jedno, wymagane jest to drugie i odwrotnie, aby się zameldować potrzebne było zatrudnienie. Błędne koło. Przerwał je dyrektor domu dziecka na Parkowej a po raz drugi prof. Estreicher. Przyjęli mnie do pracy bez zameldowania.

 

Na początku mieszkałem w akademiku "na waleta" w pokoju przyjaciół, którzy jeszcze studiowali (Z. Nęcki i A. Awdiejew). Spałem na materacach pod łóżkiem jednego z nich. Tylko głowa wystawała na zewnątrz. Od czasu do czasu robiono obławę na nielegalnych mieszkańców. Dyrektorem był sławny pan Buszek, więc pewnie nie zdarzyło się aby kogoś złapali. Gdy sprawdzano jedno piętro, wiedzieliśmy o tym wcześniej i na korytarzu wyżej pełno było spacerujących studentów.

 

Najgorzej gdy zimą wracałem w nocy. Nie bałem się portiera, który znał mnie od lat ale nowy mógł zażądać legitymacji. I co wtedy? Chociaż nigdy się to nie zdarzyło, do dziś śni mi się, że nie mogę znaleźć swojego pokoju w Żaczku. Nigdy też na portierni nie prosiłem o klucz. Gdy nikogo nie było w pokoju ani wśród znajomych, szedłem do łazienki i drzemałem w wannie. Później wynajęliśmy pokój w Nowej Hucie. Właściciel, lekarz, na pierwszym spotkaniu, zapytał

-z zameldowaniem nie miał pan problemów?

-Żadnych!, odpowiedzieliśmy chórem. Dosłownie było to prawdziwe, nie miałem problemów, bo się nie meldowałem.

 

Aby otrzymać paszport, potrzebny jednak był pobyt stały. Pracowałem w TPSP i jeden z artystów malarzy, zaproponował, że zamelduje mnie na ul. Cechowej, u swojej mamy. Niedawno sprawdziłem adres bo mam go w prawie jazdy, które wtedy wyrobiłem.

Po kilku latach gdy miałem zostać w Szwecji, konieczne było wymeldowanie. Okazało się to niemożliwe bo domu z tym numerem w ogóle nie ma na Cechowej.

Artysta załatwił mi fikcyjny adres. Cd. zob. WTOREK 2 CZERWCA

 

------------------------

PIĄTEK 28 SIERPNIA

 

Prawdziwa bezdomność to jednak zupełnie co innego.

 

W zimowy wieczór na schodkach przed domem na Al.Daszyńskiego, leżał człowiek.

Pod głową miał zawiniątko z chlebem. Zamarznie w nocy. Poszedłem do pobliskiego sklepu.

Co robić? Młoda ekspedientka zawołała inną i wyszła ze mną.

-Ja go znam, powiedziała, kupuje u nas czasem.

-Niech pan się obudzi, zawołała do śpiącego. Posadziliśmy go. Był nieprzytomny.

-Trzeba zadzwonić do straży miejskiej. Po chwili przyjechali dużym samochodem.

-Wstawaj! wrzasnął jeden z nich.

-O, Jezu! westchnął tamten podnosząc się z ziemi.

-Zabierz to! strażnik wskazał na chleb.

Otworzyli tylne drzwi, wepchnęli bezdomnego do środka i odjechali.

 

----------------------

 

CD WRZESIEŃ

 

KONTAKT