rzechy antoniego                PRZEPISANE 5   - 1 2 3 4 5 6 7

 
 
 

 

 

CD 1

 

Charles Peguy -

WPROWADZENIE

DO MISTERIUM NADZIEI

 

Max Ehrman - DEZYDERATA

 

K. Kawafis - ITAKA i inne

 

HUMOR Z GóR

 

S.J.Lec - MYŚLI

 

HAIKU

 

Xu Zhimo - SAYING GOOD-BYE TO CAMBRIDGE AGAIN

 

Z.Herbert - WILKI

 

Bob Dylan - Love is Jast a Four-Letters Words

 

W. Szymborska MILCZENIE ROŚLIN

O SKUTKACH PICIA

LEPIEJE

 

ANIELSKA PEDAGOGIA

 

W. Szymborska RADOŚĆ PISANIA

 

      CD 2

 

Tadeusz Gadacz - W PODZIEMIACH MĄDROŚCI

 

Agnieszka Osiecka - UCISZ SERCE 2

 

Zbigniew Herbert - PAN OD  PRZYRODY 2

 

PSALMY

 

Jan Błoński - ZDANIE

 

CD 3

 

Tischner MYŚLI

UKRAINA

WSZECHMOCNY I WSZECHŚWIAT

Irański Katyń

O sprzątaniu i bałaganie (entropii)

papież Franciszek LAUDATO SI' 

PAPIEŻ FRANCISZEK O UCHODŹCACH

MUZUŁMANIE - Dekalog ks. Halika

UCHODŹCY-Rozmowa z ekspertem

Polacy są głodni szacunku

 

CD 4

 

 

 

 

 

Kobieta przy Okrągłym Stole

Paweł SmoleńskiZarówno podczas obrad plenarnych Okrągłego Stołu, jak i przed kamerami państwowej telewizji wszyscy członkowie strony społecznej występowali ze znaczkami

 

06.06.2016 01:00 
A A A
 

Zarówno podczas obrad plenarnych Okrągłego Stołu, jak i przed kamerami państwowej telewizji wszyscy członkowie strony społecznej występowali ze znaczkami "Solidarności". Chodziło o to, by widzowie mieli jasność, kogo reprezentują, gdyż logo związku stanowiło niezwykle rozpoznawalny... (Fot. EAST NEWS)

My, ludzie "Solidarności", wiedzieliśmy, że jeśli zgodzimy się na absurdalne pomysły władzy dotyczące gospodarki, polski kryzys skończy się na ulicach, bo ludzie nie wytrzymają podwyżek. Gdyby ceny pogalopowały w górę, doszłoby do niekontrolowanych protestów i - Bóg uchronił - pewnie polałaby się krew. Rozmowa z Grażyną Staniszewską.
 
PAWEŁ SMOLEŃSKI: Jako jedyna kobieta uczestniczyła pani w rozmowach plenarnych Okrągłego Stołu.

GRAŻYNA STANISZEWSKA: Po stronie partyjno-rządowej też była kobieta, ale niestety, nie pamiętam jej nazwiska [chodzi o zmarłą w 2010 r. prof. Annę Przecławską]. Za to w zespołach tematycznych pracowało całkiem sporo kobiet. Tamta pani z PZPR uczestniczyła w otwarciu obrad, lecz na posiedzeniu końcowym już jej nie widziałam. Mnie zapamiętano z obrad plenarnych, gdyż na zakończenie negocjacji to Lech Wałęsa i ja wypowiadaliśmy się w imieniu strony społeczno-solidarnościowej.

Usiedliśmy do Okrągłego Stołu po to, aby odzyskać legalnie działającą "Solidarność", zdając sobie przy tym sprawę, że ze zwrotem majątku związku będzie już gorzej. Uznaliśmy, że trzeba podjąć ryzyko. Natomiast sprawa ćwierćdemokratycznych wyborów do Sejmu narodziła się w trakcie obrad, a pomysł na całkowicie demokratyczne wybory do Senatu powstał wówczas, kiedy kłóciliśmy się, jak bardzo ograniczoną demokrację sejmową wolno nam zaakceptować. Władzy z kolei wydawało się, że dzięki negocjacjom z opozycją podepnie nas pod własne pomysły gospodarcze. Wkoło wszystko się waliło, sklepy były puste i oni rozumieli już, że gospodarka rozłazi im się w rękach i trzeba ją jakoś uwolnić od wszechwładzy państwa. Pomysły mieli koszmarne, kompletnie z księżyca i zupełnie nierealistyczne - jak tak pomajstrować w ekonomii, żeby nic nie zmajstrować, ale wyczyścić kraj z pieniędzy bez pokrycia. Już nikt nie pamięta, jak władza wymyśliła, że zacznie reformy od wsi i uwolni ceny żywności, a wszystko inne - buty, lodówki, telewizory, statki, lokomotywy - miało kosztować tyle, ile zażyczy sobie państwo.

Władza, z czego dobrze zdawaliśmy sobie sprawę, potrzebowała naszego podpisu i uważała, że wtedy może się uda. Za to my, ludzie "Solidarności", wiedzieliśmy: jeśli cokolwiek takiego zrobimy, kryzys skończy się na ulicach, bo ludzie nie wytrzymają podwyżek. Gdyby ceny pogalopowały w górę, doszłoby do niekontrolowanych protestów i - Bóg uchronił - pewnie polałaby się krew. Z gospodarką coś musiało się zrobić, to było dla nas jasne, tylko że przecież nie da się zmienić ruchu lewostronnego na prawostronny, ale jedynie dla traktorów. Dlatego zaproponowaliśmy indeksację płac o 90 proc. Kilka miesięcy później Leszek Balcerowicz chciał nas za to krzyżować, bo indeksacja ogromnie utrudniała mu prawdziwe reformy gospodarcze, a ponieważ ja mówiłam o niej publicznie, to na początku patrzył na mnie wilkiem, choć ostatecznie bardzo dobrze współpracowaliśmy.

Pamięta pani swoje przemówienie na zakończenie obrad Okrągłego Stołu?

- Mam je nawet w komputerze. Lech Wałęsa wygłosił wystąpienie polityczne, ja natomiast miałam taką mowę do ludu, pociechę dla ludzi pracy, że jakoś damy radę. Mówiłam, z jak wielkimi obawami siadałam do Okrągłego Stołu, bo tak dużo dzieliło mnie od strony rządowej. Przypomniałam kolegów, którzy za wierność "Solidarności" i udział w opozycji tracili pracę i trafiali do więzień, ale przede wszystkim mówiłam ludziom: nie martwcie się. Dzisiaj, gdy przypominam sobie tamte pomysły indeksacyjne, gdy słucham tego, co mówiłam, to sobie myślę: "Co ta baba gada, jakie to naiwne". Bo przecież to było naiwne. Tamta Polska, więc nasze oczekiwania i wyobraźnia, a dzisiejsza, realna Polska to dwa różne światy. Ale przecież nikt z nas nie wiedział, jak to się wszystko potoczy.

Okrągły Stół ustalił datę i procedury ćwierćdemokratycznych wyborów.

- Zaczęło się ustalanie list wyborczych, a raczej polowanie na kandydatów. Jak na początku mówiłam: wybory tak, ale beze mnie. I nie tylko ja.

Dlaczego?

- W "Solidarności" zaczęłam działać we wrześniu 1980 r. Nie miałam żadnego doświadczenia opozycyjnego, a mój region, Podbeskidzie, należał do tych mniejszych. Przed Sierpniem '80 nie istniały tam niezależne ruchy społeczne, nie było podziemnych drukarni, nie docierała bezdebitowa prasa. Nie mieliśmy warszawskiego, wrocławskiego czy krakowskiego doświadczenia i dlatego 13 grudnia 1981 r. władza wyjęła nas wszystkich jak grzyby z koszyka, rozbiła struktury, zajęła konta bankowe, ukradła sprzęt poligraficzny. Zostałam zwolniona 24 lipca 1982 r. Gdy dowiedziałam się, że tuż przed stanem wojennym koledzy z Wrocławia opróżnili konta związkowe, byłam pod wrażeniem ich zdolności przewidywania oraz byłam zawstydzona, że nas ograli jak dzieci. Dlatego mówiłam: nie startuję w żadnych wyborach, tylko organizuję struktury związku. Byłam pewna, że ten kaprys władzy rychło się skończy, ale wtedy będziemy mieli struktury i organizację nie do ruszenia przez bezpiekę. Tak myślało bardzo wielu ludzi. Nie wierzyliśmy, że tym razem władza nie oszuka, a społeczeństwo przechytrzy rząd.

Jednak nasi ludzie obradujący przy stoliku politycznym Okrągłego Stołu już wiedzieli, co się kroi. Bronisław Geremek, Adam Michnik, Jacek Kuroń czuli, że tym razem to właśnie te niedemokratyczne wybory będą ważniejsze niż szybka odbudowa związku, i przekonywali nas, działaczy związkowych, na wszelkie sposoby. A ludzie wcale się nie pchali na listy wyborcze. U mnie w regionie panowało przekonanie, że odwilż przyszła na kilka-kilkanaście miesięcy, a potem znów internat, więzienia, jeśli nie coś gorszego, więc trzeba się zabezpieczyć, byśmy znów nie byli mądrzy po szkodzie.

Jakich argumentów używali?

- Wszelakich. Dla mnie najważniejszym było pokazywanie naszych twarzy w telewizji. Obrady Okrągłego Stołu trwały dwa miesiące, codziennie TVP dawała relacje, a my mogliśmy się wypowiadać pod szyldem "Solidarności". Przekonano mnie, że skoro kilka razy pokazałam się na wizji, to ludzie mnie zapamiętali i powinnam startować. Ilu w owym czasie było naprawdę znanych w Polsce działaczy opozycji? Lech Wałęsa, Zbigniew Bujak, Władysław Frasyniuk, Bogdan Lis, niektórzy członkowie rozwiązanego Komitetu Obrony Robotników, z których władza zrobiła diabłów wcielonych i w ten sposób pracowała na ich sławę, kilku intelektualistów. A potrzebowaliśmy setek ludzi, najlepiej obdarzonych zaufaniem społecznym, wiarygodnych, lubianych i rozpoznawalnych. Dlatego poprosiliśmy o kandydowanie np. Andrzeja Wajdę, Gustawa Holoubka, Andrzeja Łapickiego, którzy mówili: "Nie znamy się na polityce i posłowaniu". "My też się nie znamy" - odpowiadaliśmy. Nawet Lech Wałęsa nie chciał kandydować, puszczał mimo uszu argumenty, że mógłby być wybrany do w pełni demokratycznego Senatu i zostać jego marszałkiem, co oznaczałoby bardzo czytelny sygnał, kto naprawdę jest kim w Polsce. Wajda gotów był przed nim klękać, a Lech powiedział "nie", bo myślał chyba tak jak ja. Wy, powtarzał, idziecie do tych wyborów na stracenie, a ja będę odbudowywać "Solidarność", aby - gdy przyjdzie znów co do czego - ktoś się mógł za wami ująć i was bronić.

Bała się pani, że niemająca znanych twarzy "Solidarność" przegra z PZPR?

- Dzisiaj to wygląda na absurd, lecz przecież nie mieliśmy żadnych sondaży (miała je partia), mogliśmy się kierować tylko nosem, który bywa zawodny. Poza tym proszę sobie przypomnieć ówczesne nastroje - władzy wprawdzie nikt nie lubił, ale nie mieliśmy pojęcia, czy nas lubią. Coraz więcej Polaków chciało po prostu jako tako żyć, a nie wojować z komuną. Opozycja się kruszyła, z każdym dniem trudniej było zmobilizować ludzi, coś zorganizować, np. znaleźć mieszkanie, by w nim postawić powielacz. W moim regionie działaczy można było policzyć na palcach dwóch rąk, byliśmy słabiutcy i nie zdawaliśmy sobie do końca sprawy, że władza jest jeszcze słabsza.

Okrągły Stół skończył się 5 kwietnia 1989 r., a miesiąc później rozpoczęła się kampania wyborcza. Zostały wam cztery tygodnie, by pokazać się wyborcom.

- Jeszcze wcześniej władza miała kłopoty z przepchnięciem ordynacji wyborczej, bo nagle część działaczy PZPR nie chciała jej przyjąć. Kiedy już im się to udało, ruszyliśmy w Polskę. Na dobrą sprawę niewielu wiedziało, jak prowadzić kampanię wyborczą, choć pojawiały się genialne pomysły, jak ten z fotografowaniem naszych kandydatów z Lechem Wałęsą. Spotykaliśmy się głównie przy kościołach, bo z braku czasu nie warto było ryzykować, że w ostatniej chwili władza nie da nam sali w jakimś domu kultury. Była z nami "Gazeta Wyborcza", mieliśmy kilka minut w telewizji. Mało, ale jak się okazało, daliśmy sobie radę. No i pogoda sprzyjała, maj był piękny, spotykaliśmy się z wyborcami na placach miejskich, nie pamiętam, bym kiedykolwiek prosiła o zgodę na organizację zgromadzenia. Powolutku czuliśmy, że ulice są nasze - przychodziły tłumy, to był prawdziwy festiwal radości. Ciągle jednak w tyle głowy tkwiło przeświadczenie, że to kolejny polski karnawał, a zaraz władza zafunduje nam post. A potem wygraliśmy wszystko. Szok.

Zdobyliście wszystkie miejsca w Sejmie dla kandydatów spoza list władzy i 99 proc. w demokratycznych wyborach do Senatu, gdzie przepadł kandydat "Solidarności" Piotr Baumgart, a wszedł przedsiębiorca Henryk Stokłosa.

- I tak byliśmy zaszokowani, bo nikt się tego nie spodziewał.

 
Pamiętam, jak w noc powyborczą siedziałem w redakcji, a na teleksach pojawiały się wyniki. Można było oszaleć ze szczęścia, choć też czaiła się myśl, że upokorzona do granic możliwości władza da nam teraz popalić.

- W tamtych dniach wszystko było podwójne. Nie przeczuwaliśmy, że wśród Polaków jest aż taka potrzeba zmian, nie orientowaliśmy się do końca, jak słaba jest władza, mieliśmy za to świadomość, jak sami jesteśmy słabiutcy i jak potwornie zmordowane jest społeczeństwo. Z drugiej strony ciągle wybuchały dzikie strajki, organizowały się jakieś protesty, głównie ekonomiczne, gdyby coś poszło nie tak, wszystko mogło wymknąć się spod jakiejkolwiek kontroli, a to oznaczałoby "kryterium uliczne" i przelew krwi. Dzisiaj nie chce się o tym pamiętać.

Okrągły Stół i majowa kampania wyborcza to było nasze pięć minut, by podnieść ducha narodu i przypomnieć mu o marzeniach, jakie mieliśmy w czasach pierwszej "Solidarności". Wykorzystaliśmy to, choć nie mogliśmy być niczego pewni. Ciągle przecież pamiętaliśmy, jak władza kłamie i kręci, szukaliśmy blefu, oszustwa. Tymczasem to my blefowaliśmy na potęgę i po raz pierwszy w historii komunizmu społeczeństwo ograło partię.

Co pani czuła, gdy się okazało, jak ogromne jest zwycięstwo wyborcze?

- Byłam przeszczęśliwa, ale też pomyślałam, że stała się tragedia. Przecież nic nie umiemy, nie pełniliśmy żadnych poważnych funkcji, wiemy, co to powielacz, i umiemy siedzieć w więzieniach. Jak damy sobie radę z Polską? To była niewiarygodna odpowiedzialność i ogromny stres. Bałam się własnej niekompetencji, cały czas ściskało mnie w dołku. Myślałam: dobrze, że mamy tylko ćwierć Sejmu, bo może dostaniemy czas, by się czegoś nauczyć, a nie tak od razu na głęboką wodę.

W pierwszej turze wyborów przepadła tzw. lista krajowa z nazwiskami najbardziej zaufanych kandydatów władzy.

- To też oznaczało dla nas stres, bo skąd mieliśmy wiedzieć, jak komuniści zareagują na taką porażkę tych najważniejszych. Dzisiaj łatwo mówić, że nic nie mogli zrobić. Mogli. Mieli wojsko, milicję, bezpiekę, struktury PZPR, tysiące ludzi, którzy nagle poczuli się zagrożeni, lękali się utraty władzy, apanaży, pozycji. Za granicą był Związek Radziecki, już nie taki jak w czasach Breżniewa, ale Związek Radziecki bez dwóch zdań. Tzw. kraje sojusznicze, np. Rumunia Nicolae Ceau escu, wzywały naszych rządzących i państwa Układu Warszawskiego, by zrobić w Polsce porządek, bo zaraza rozszerzy się na cały obóz socjalistyczny. To naprawdę był bardzo niebezpieczny czas i wystarczyłoby jedno potknięcie albo jakiś nierozważny, nerwowy ruch, by stracić wszystko. W drugiej turze wyborów doszła jeszcze dodatkowa odpowiedzialność: jeśli dostaliśmy niespodziewaną okazję, by wprowadzić do Sejmu jeszcze trochę przyzwoitych ludzi, to grzech tego nie wykorzystać. I wskazywaliśmy "dobrych partyjnych", wielu z nich weszło do Sejmu dzięki rekomendacji "Solidarności" i okazali się bardzo pomocni. Ten Sejm kontraktowy rzeczywiście okazał się bardzo dobry i odpowiedzialny.

Z mojego regionu wybory wygrali nie notable partyjni, tylko jacyś drugorzędni działacze PZPR, którzy później przychodzili do mnie i żalili się: wam to dobrze, bo w Sejmie robicie, co chcecie, a nam wydają instrukcje, powołują się na radzieckiego ambasadora itp. Odpowiadałam: nie musicie słuchać Rosjan, bo Polska to w końcu niepodległy kraj. Nie słuchali, ale też nie mieli łatwego życia. Cały czas to było tańczenie na linie, kilka kroków nad przepaścią. Mieliśmy przekonanie nietrwałości, więc trzeba było zmienić tyle i wywalczyć tyle, żeby później komunie, gdy otrząśnie się z liberalizacyjnych ciągotek, trudniej przyszło odbierać nam zdobycze.

Potem historia przyspieszyła...

- Może pomogło nam przekonanie wpajane przez Lecha Wałęsę, ale nie tylko to, że jesteśmy w tym Sejmie na stracenie, lecz nawet jeśli nie umiemy, to nie mamy wyjścia. Gdy po wyborach Polacy poczuli siłę i okazało się, że gen. Czesław Kiszczak nie może stworzyć rządu, to dopiero zjeżył się włos. Jak to mamy wziąć całą odpowiedzialność za kraj? Przecież ludzie nam ufają, a my jesteśmy na prostej drodze, by własną niekompetencją utracić to zaufanie. Ale co było robić, jak się idzie na stracenie, to się idzie do końca.

Wielu Okrągły Stół i czerwcowe wybory nazywa układem, zdradą, zaprzaństwem narodowym. Są i tacy, którzy brali udział w obradach okrągłostołowych i kręcą nosem.

- Uniwersytet Michigan zorganizował cykl seminariów, zapraszano na nie ludzi "Solidarności", Kościoła i władzy, którzy przyczynili się do Okrągłego Stołu i wyborów czerwcowych. Byłam tam dwa razy, więc wiem, jak ciekawi byli naszych doświadczeń, jak mówili w kuluarach, że może polski model przejęcia władzy z rąk autorytarnego reżimu przez siły demokratyczne da się wykorzystać np. na Kubie czy w innych krajach. Dla nich byliśmy świadkami historii, ale też uczestnikami i kreatorami wydarzeń bez precedensu, bo nigdy nie udało się tak zmienić ustroju, by nie polała się krew. "Solidarność", Okrągły Stół i jego efekty to był polski produkt eksportowy, którym mogliśmy się chwalić i za który świat nas podziwiał. Jakiś średniej wielkości kraj na peryferiach pokusił się na eksperyment niezwykły, który na dodatek się udał, bo przecież zmienił się nie tylko kraj, ale też mentalność ludzka.

Jeśli czegoś żałuję, to tego, że nie udało się wówczas przygotować ekipy propagatorów zmian, którzy jeździliby po Polsce i tłumaczyli, co się dzieje. Nie było na to czasu ani też woli. Mogliśmy lepiej zadbać o partnerów społecznych przemian, np. o rady pracownicze, które powstały za pierwszej "Solidarności" jako namiastka prawdziwych właścicieli przedsiębiorstw i utrzymały się do 1989 r. Wielu tych, którzy chcieli pomagać, dosięgła przez to frustracja. Ale powtórzę: nie było czasu, a ten nam dany wykorzystaliśmy najlepiej, jak umieliśmy.

Choć jestem polonistką, przy Okrągłym Stole posadzono mnie w zespole gospodarczym. A potem mówiłam o indeksacji płac, więc z całkowitego przypadku zostałam przy gospodarce również w Sejmie. Gdy zostałam posłanką, przychodzili do mnie dyrektorzy państwowych przedsiębiorstw i prosili np., by załatwić im limity eksportowe, a ja nie bardzo wiedziałam, co to jest. Odpowiadałam, że gospodarka się reformuje i już nie będzie jak w PRL-u, że będzie wolny rynek. A oni na to: „Pani poseł, my już przeżyliśmy tylu reformatorów, że przeżyjemy i tych z » Solidarności «. Limity eksportowe, na tym nam zależy”.

Teraz nie ma ani tamtych dyrektorów, ani żadnych limitów eksportowych. Za to Polska jest, choć dzisiaj psuta na potęgę, mimo że pracowaliśmy na nią wszyscy od tamtych czerwcowych wyborów. To był wielki zbiorowy wysiłek, który - jak się teraz okazuje - można zepsuć w kilka miesięcy. Dla mnie to osobista tragedia. Szkoda mi Polski, Polaków i siebie też. Zaprzeczamy sami sobie, swojej historii i naprawdę wielkim dokonaniom, bo jakiejś grupie wydaje się, że wolno im wszystko, a ludzie są głupi. Obecna władza zapomniała, że nie jest całą Polską, tak jak podczas wyborów w czerwcu 1989 r. zapomnieli o tym komuniści.

*Grażyna Staniszewska, działaczka pierwszej "Solidarności", w stanie wojennym internowana na ponad pół roku, a potem aresztowana. Od 1988 r. we władzach podziemnych "S". Uczestniczka obrad Okrągłego Stołu. Posłanka na Sejm kontraktowy oraz I, II i III kadencji, senator V kadencji, posłanka do Parlamentu Europejskiego VI kadencji. Odznaczona m.in. Krzyżem Komandorskim Polonia Restituta i ukraińskim orderem Księżnej Olgi 

===================================================