rzechy antoniego

 
 
 

 

 

 

WYBIERANIE OJCZYZNY  

Wiadomości (Londyn) 1974 nr 32

 

ŚLEPY (Jakub)

Odra 1999 nr 6

 

ADAM NA COKOLE

 

BAJKA O BIEDRONCE

 

HUMOR

Obrazki z Krakowa

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Antoni Orzech  WYBIERANIE OJCZYZNY   

 

Siedzieli przy okrągłym stole w półdarmowej stołówce dla bezrobotnych tubylców, którzy w niedzielę woleli widocznie zjeść obiad u siebie

w domu, więc za niewielką opłatą sprzedawano go każdemu, kto przyszedł. Oczywiście i wtedy proceder ten nie był pozbawiony ryzyka

i strachu. Zdarzało się, że kucharka pytała o legitymacje a nie posiadającym, zabierała nawet już nalaną zupę i sterty przebiegle zamaskowanego mięsa. Wchodzili zwykle w niewielkich odstępach czasu

i parami tak, aby jeden z nich znał tutejszy język. On też podawał pieniądze i odpowiadał na pytania a więc gdy ich wypędzano, wychodzili również parami.

 

W ten dzień trzeba było pamiętać, aby nie zjeść śniadania, można było również wstrzymać się od kolacji poprzedniego dnia. Niektórzy pościli cały tydzień i ci naturalnie zjadali najwięcej i jedynie mięso z jarzynami nałożone według szczegółowo opracowanej metody. Nic więc dziwnego, że obiady trwały długo. Szybko nie można zjeść dużo. Były to zarazem tygodniowe spotkania, bez wątpienia dla wielu najważniejsze wydarzenie nudnego tygodnia.

 

- Konsumpcja to wielka rzecz - lubił powtarzać Brodaty - nie dziwię się,

że nawet tak twardy naród jak ten, do którego nieproszeni przyjechaliśmy w gości, dał się nabrać. Wyobraźcie sobie miękki fotel - Brodaty wraz

z krzesłem niebezpiecznie przechylał się do tyłu - telewizja w kolorach, ciepełko, oj, i nas nic przed tym zramoleniem nie uratuje.

 

-Gadanie - burknął Jan znad talerza swojej zupy - gadanie nie pozwoli nam do tego dojść.

 

Oprócz nich w stołówce było jeszcze kilku pojedynczych. Kryli się

z tacami po kątach, zjadając szybko i w milczeniu. Tylko przy tym jednym stole było gwarno. Tubylcy mieli swoje radio, swoja telewizję, swoje gazety, nic im więcej nie pozostawało do powiedzenia. Ale ci przybysze cały tydzień walczyli samotnie, więc chociaż w niedzielę, tu przy okrągłym stole, musieli mieć własne wiadomości, własny dziennik i komentarze.

 

 

- Jan, znalazłeś coś - brodaty dziś był najbardziej rozmowny. Wszyscy wiedzieli o co chodzi: tak pytało się o pracę.  

- Wszędzie chcą pozwolenia -odpowiedź była równie oczywista - konie łyse bronią swojego bogactwa, ale głupio bronią. Gdybym chciał, dawno miałbym to ich pozwolenie. Dobre sobie, chcą orzekać czy wolno pracować.

Zmowa bogatych - prawie szeptem skomentowała Teresa. Przyjechała

z gór do bawienia dwojga dzieci, a wieczorami sprzątała w sklepie. Wszystko bez pozwolenia.

 - Zmowa głupców - Jan skończył zupę i zabrał się do drugiego dania.

Jadł mechanicznie i szybko.

- Przecież w każdej chwili mogę się ożenić.

- Często mam wrażenie - znów szeptem zaczęła Teresa - że płyniemy po morzu. Ten obcy nieprzychylny kraj, to morze ...

- Zimne - wtrącił Jan.

- Dookoła widzę tych, którzy płyną własnymi motorówkami, ba, nawet statkami z pięknym wyposażeniem a mnie się wydaje, że płynę wpław. Huk

i bryzgi przepływających motorówek wciskają mi gorzką wodę do ust, byle dobić do brzegu.

- A umiesz pływać?

- Nie - zakończyła Teresa. Nie wyglądała na góralkę, robiła wrażenie nieistniejącej, zwłaszcza teraz, kiedy tak strasznie schudła. Chudli wszyscy. 6- 7 kilo to była norma, ale ona straciła 13. Gdy zaprowadzono

ją w końcu do lekarza, zamiast recepty zalecili wynieść się od chlebodawców. Od tamtej przeprowadzki przybyło jej cztery kilo.

 

- Teresa, mogę ci dać rower - w tym kraju, gdzie nóg używano jedynie do chodzenia w domu, po mieście mądrzejsi jeździli na rowerach, ci inni natomiast prosto z drzwi wsiadali do auta i nawet za róg do sklepu wieźli ze sobą trzy puste miejsca i smugę dymu. Brodaty opowiadał historię nowego roweru, nie uważał tego za kradzież, każdemu w ciągu roku zabierano co najmniej jeden rower. - A w ogóle niepotrzebnie zamykają -teoretyzował - są już na progu rowerowego komunizmu, nie ma znaczenia kto i na jakim jedzie. Gdyby nie zamykali, policja zamiast jeździć bezczynnie, raz na tydzień przewoziłaby kilkadziesiąt rowerów spod stacji, gdzie na pewno byłoby ich najwięcej, w te zaułki gdzie brak.

- Tymczasem ty się tym zajmujesz - Jan kończył już drugie danie.

Tak, mam teraz niezły,  stał na ulicy, nie zamknięty, z karteczką  przy siedzeniu:  „Do sprzedania, możesz wypróbować". Wziąłem i próbuję.

 

Byłem w konsulacie - po raz pierwszy odezwał się chudy, z ogromną czarną brodą. Nazywali go pustelnikiem. Mówił powoli i z wysiłkiem.

Konsulat i policja, tam zapadały decyzje o ich losie. Już tyle czasu minęło od wyjazdu a jeszcze są we władaniu milicji. Wieści stamtąd były ważne. Jeden od drugiego uczyli się podstępnych pytań, praw i właściwych odpowiedzi. Pustelnik obiecywał, że napisze podręcznik pt "Współżycie Polaka z milicją" -bestseller. Co pewien czas przytaczał fragmenty zamierzonej książki. - Mam dokumentacje - mówił - i sformułowałem nowe prawo. Wszyscy przerwali jedzenie.

 

A więc słuchajcie co napisane. Rozdział piąty, paragraf 23. Tytuł "Odwracanie winy". Postępowanie milicji, jak już wiemy, winno opierać się na prawie Camusa, które brzmi: wszyscy są winni. Po wywołaniu

u petenta podejrzenia własnej winy, już w strefie korytarzowej przez

to, że depcze drogie dywany, zakłóca spokój urzędnikom, podczas posiedzenia należy wszystkimi sposobami powyższe poczucie pogłębiać, strofując go za drobne nawet niedociągnięcia w wyglądzie czy stroju.

W tym celu powinniśmy dokładnie obejrzeć głowę petenta a następnie po zauważeniu jakowejś usterki np. odstających uszu, łysiejącego czoła czy odwrotnie - długich włosów, trzeba w to miejsce wpatrywać się w miarę możliwości podejrzliwie. To samo dotyczy ubrania np. zbyt rozdeptanych butów. Po tych wstępnych przygotowaniach możemy przejść do akcji zwanej odwracaniem winy.

 

Pokażemy ją na typowym przykładzie. Jeśli petent przebywa poza krajem dłużej niż miesiąc, to oczywiste, że musi pracować. Zadaniem naszym jest, mówiąc językiem fachowym, opieprzyć go za to. Nazywa się to odwróceniem winy dlatego, że właściwie on powinien zrobić to z nami, jako że reprezentujemy władzę, która dała mu nikomu niepotrzebne ykształcenie i zamiast żyć przyzwoicie  w kraju haruje w jakiejś śmierdzącej knajpie. Koniec paragrafu 23.

 

- Ja mam dla ciebie trochę dokumentacji - szepnęła Teresa.  - Byłam

w konsulacie z odwołaniem, nic tego nie wyszło. Na korytarzu oglądam jeszcze „Polskę", a tu naraz słyszę  za drzwiami wybuch: „Przyjdzie taka łajza, może prosto z ulicy i łże jak najęta". Czym prędzej uciekłam do windy.

 

- Pomyśleć, że mogliby nam pomagać! - Opowieść Teresy poruszyła małomównego. Pisał wiersze, poza tym milczał.  Czasem, gdy zaczynał mówić to tak jakby recytował wiersz.

 

Są częścią Ojczyzny

Ale dali się wykastrować

Zamiast ojcostwa

Wypełniła ich zazdrość

I nienawiść eunucha.

 

Jan rzucił kilka słów zupełnie niepoetycznych.

Brodaty próbował żartować -spokój panowie, nie dajmy sobie zepsuć obiadu. Wystarczy, że życie…

Ogłaszam konkurs na ripostę panu konsulowi, ponieważ wydaje mi się

że Teresy - windą w dół - nie było najlepszą odpowiedzią. Jako nagrodę stawiam swój deser, którego i tak już nie zjem.

- Poezja , konkursy, „bestsellery" - Jan zacisnął pięści, w jednej ręce trzymał nóż, w drugiej widelec - a tu trzeba lać. Teresa powinna się wrócić

i dać mu w mordę. To jedyna riposta.

- To się tak mówi - w milczeniu dopijali kawę. Coś trzeba robić. Brodaty zaproponował telewizję.

 

***

 

Wieczorem ulice były ciemne i puste. Oszczędzano energię. Jedynie dwóch wyrostków w wytartych dżinsach miało jej w nadmiarze, z pijanym bulgotaniem, zygzakami zataczało się między dwoma rzędami domów wąskiej ulicy.

 

- Idę podobnie - pomyślał Paweł  -  tylko tego nie widać. Ot teatr. Przystanął przed wystawą wielkiego magazynu, zmienianą każdego tygodnia. Roznegliżowane manekiny o cerze do złudzenia przypominającej prawdziwą, a może nawet ładniejszej, zastygły w wyzywających pozach. Paweł przełknął ślinę. Trzy domy dalej, duża stara brama. Klucz luźno obracał się w zamku, trzeba było długo manipulować, aby trafić we właściwe wycięcie. Zawsze więc otwierał ją jak włamywacz, rozglądając się czy ulica naprawdę jest pusta. Mieszkał u ojców jezuitów, w taniej ale obskurnej celi. Sąsiad, wesoły przybysz z Azji we wspólnym przedpokoju codziennie pitrasił potrawy o przedziwnym zapachu, który właził do pokoju przez nieszczelnie zamykane drzwi. Wszędzie też było pełno gotowanego ryżu. Paweł zatrzasnął bramę i przystanął na małym podwórku. Dokoła wysokie ściany, w górze ciemno - granatowy skrawek nieba - kamienna studnia. W jednym z domów była kaplica. Zwrócił się w tamtym kierunku, zamknął  oczy i długo stał w milczeniu.

 

Do pokoju prowadziły stare drewniane schody. Trzeszczały niemiłosiernie, podobnie zresztą jak drzwi, których było co najmniej dwa razy za dużo. Należało więc skradać się na palcach aby nie obudzić śpiących. Na pewno nie zawsze się to udawało. Jeszcze tylko skrzypnięcie dwóch drzwi i wzrok Pawła zatrzymał się na brudnej ścianie. Wisiały tam obok siebie kartki różnej wielkości. Duża z czerwonymi słowami tutejszego języka, zwykła pomoc w nauce. Obok wycięte z gazety ogłoszenie: "Kanada jest twoją ojczyzną. Kanada to kraj, który wybrałeś dla siebie i swoich przyszłych pokoleń. Nigdy nie jest łatwo przybyć do obcego kraju i starać się budować nowe życie w obcym otoczeniu, o obcym języku. Mimo to miałeś odwagę aby tego dokonać". Spojrzał niżej na małą pergaminową kartkę zapełnioną dziecinnym pismem. Otrzymał ją na Boże Narodzenie, pisała siostra, ale te słowa musiała podyktować mama: "Pawełku, dzielimy się z tobą opłatkiem

i życzymy, abyśmy w przyszłym roku zasiedli razem przy jednym stole".

 

Prawie całą celę zajmował stół i łóżko, które jak wszystko w tym domu, wydawało swoiste głosy. Rzeczy są tutaj rozmowne  - pomyślał, rzucając się zbyt hałaśliwie na skrzypiącą siatkę. Zmęczenie - to uczucie towarzyszyło mu od dawna  - wżerało się głębiej i głębiej.

 

Znów wrócił do rozmowy przy półdarmowym obiedzie. Widział jak siedzą wokół stołu z łyżkami w rękach, przy pustych talerzach. Twarze zlewały się w jedną o dużych błyszczących oczach, uparcie wpatrzonych przed siebie.

 

Jak to się stało, że w obcym kraju zjadają obiady dla bezrobotnych.

Jak to się stało - gdyby przynajmniej to wiedzieć. Uciekli z ojczyzny. Ojczyzna - Paweł spojrzał w tamtym kierunku - zobaczył leżące na ziemi wychudłe ciało, mógłby dokładnie policzyć żebra przygniecione wielką łapą stojącego nad nim. Potężne cielsko stojącego zakończone było zadartym niedźwiedzim łbem o długim ryju. Leżący z trudem łapał powietrze. W usta wpychali mu knebel. Z wyglądu podobni do niego, ale ich głowy przypominały tego, który stał. Ci również od czasu do czasu walili leżącego po głowie, ciągle nie przestając szczerzyć zębów (nie wiadomo  ze strachu,

w uśmiechu czy było to już tylko szczerzenie zębów) do siedzących dookoła. Niektórzy pomagali w obezwładnianiu, inni obdzierali leżącego

z ostatnich łachów próbując przy tym jeść, śmiać się, płodzić dzieci,

co im się nawet udawało. Paweł siedział bez ruchu z zamkniętymi oczami.

 

- Przecież to musi się kiedyś skończyć - nagle wstał i zaczął  uciekać dalej i dalej. Słyszał za sobą kwik łba o długim ryju. Zatrzeszczało łóżko, otworzył oczy, rozejrzał się dokoła, nie śnił.

 

Metaliczny dźwięk budzika wrzynał się w ciemności, odcinał od tamtego świata. - Królestwo za minutę snu - wymamrotał nieprzytomnie, wytaczając bezwładne i obolałe ciało spod ciężkiego koca. Już drugi rok pracował u chłopa. Codziennie dojeżdżał na rowerze. Jeśli wiał przeciwny wiatr, lepiej było iść. Szum zbliżających i oddalających się samochodów jakby przekreślał jego wysiłek. Tak długo jak tylko można i jeszcze dużo, dużo dłużej, dodawał sobie otuchy. Przepocona koszula lepiła się do pleców, uda waciały. Gdy przychodził koniec tygodnia wypełniała go jedna myśl: nie mogę. Spychał ją na krańce świadomości. Pracował z chłopem życzliwym, dobrym, ale chłopem, którego lata doświadczenia nauczyły jak wycisnąć ostatnią kroplę siły. Paweł był doskonałym mechanizmem, całkowicie poddanym swemu szefowi, który nie znosił żadnych urozmaiceń. Znalezienie innej pracy bez urzędowego zezwolenia graniczyło z cudem.

 

Ten życzliwy chłop, jako miejsce na przerwy posiłkowe wskazał ponurą, przeznaczoną dla psa piwnicę, w której na kamiennej posadzce walały się niedojedzone kości, wisiały przepocone ubrania i tłukła jakaś pompa.

Gdy tylko nie padało, Paweł szedł do ogrodu, siadał pod drzewem i tam jadł swój chleb.

 

W jesieni praca u chłopa  kończyła się. Paweł rozpoczynał kurs języka

i wydawał zaoszczędzone pieniądze. Kursy zbierały młodych z przeróżnych krajów i były kilkumiesięczną, przeważnie niezbyt udana próbą dogadania się w jednym języku. Szybko urastała piramida z lektorem na szczycie. Po bokach zasiadły dwie pyskate dziewczyny, a następnie kolejno najbardziej niemrawi aż do Toge z Iranu, która powiedziała najwyżej dwa zdania nie związane bezpośrednio z lekcją.

A były to: skąd przyjechała i jak się nazywa. Niepodzielnie zapanowała pop-kultura, krzykliwa, pewna siebie, uśmiechnięta, żywotna

i przeraźliwie nudna. Paweł po drugiej stronie stołu budował przeciwne piramidzie wzniesienia z tych milczących. Cóż, kiedy mówili słabo

i pragnęli oficjalnej akceptacji, próbowali więc włączyć się

w hierarchiczny chór. Lektor - solista codziennie zaczynał świeżym tenorem: "Jestem doskonały, musicie mnie uznać". Na co kilka najbliższych głosów odpowiadało refrenem: "Jesteś doskonały, uznajemy cię, ale i nam także nic nie brakuje. I nam także nie" -mamrotali słabsi. Reszta milczała.

 

Oczywiście, jak wszędzie, tak i tu był wyjątek - Beata. Siedziała w fotelu mocno przechylona do tyłu w obcisłych, kolorowych spodniach i luźnej bluzeczce na chudych ramionach, zawsze milcząca i delikatnie śmiechnięta. Gdy chórzyści zawodzili, wpadając w falset i często bezceremonialnie przepychając się łokciami ku bardziej widocznym miejscom, ona bezgłośnie wypowiadała tylko jedno zdanie skierowane do każdego: nie wysilaj się, akceptuję cię takim, jakim jesteś.

Nie ukończywszy kursu, Beata wyjechała nagle, mówiono, że do Grecji.

 

Paweł czasem włączał się do pop-chóru. Właśnie śpiewano ulubioną pieśń

o cenach, ciągnęła się długo aż wreszcie lektor zaintonował niespodziewane zakończenie -jeszcze nie wszystko trzeba kupować, wiele rzeczy jest wolnych np. powietrze, woda, ogień ...

- Sołżenicyn – wtrącił Paweł, był to właśnie ten dzień. Nie od razu go dosłyszano.  

- Sołżenicyn jest wolny -  powtórzył. Podobno zamieszka w Szwajcarii - natychmiast podchwyciła jedna z chóru.

- Nie, ja słyszałam że w Norwegii – radośnie zaśpiewała  pierwsza po lewej.

Słyszałem, że w Anglii -ktoś dodał.

- A ja, że na księżycu  - Paweł starał się mówić spokojnie.

 

 ***

 

- Pan rozumie, musi się Pan na coś zdecydować. Dwa lata stuknęło,

nie możemy tak ciągle przedłużać tego paszportu.

- Dlatego proszę o konsularny.

- Paweł siedział na niskiej i miękkiej kanapie stojącej z dala od biurka. Nadawało to rozmowie charakter nieoficjalny. Konsul mówił cichym, dobrotliwym głosem.

- Tak, tylko że nie mamy podstaw. Chciałby Pan zobaczyć mamusię?

Paweł milczał. Mówić jak najmniej. Żadnego spoufalania. Ten słodki głosik, pozory, pozory. I pomyśleć, że mógłby być moim ojcem. Konsul niezrażony powtarzał znane banały o obowiązku, miejscu, przyszłości.

 

Po co on się tak łasi? Już chyba z godzinę, że też nie szkoda mu czasu. Paweł próbował przypomnieć sobie dalsze zdania z niedzielnego monologu poety. Ale ciągle powracało to jedno: i pomyśleć, że mógłby być moim ojcem.

 

Nagle konsul pochylił się do przodu, jego głos  nabrał urzędowej barwy.

- A więc dostanie Pan paszport pod jednym warunkiem ...

- I pomyśleć, że mógłby być moim ojcem - powtórzył Paweł.

Nie doczekawszy się pytania, urzędnik ciągnął dalej. Otóż, pod warunkiem, że raz na tydzień będziemy się spotykać.

- Nie rozumiem - Paweł przerwał milczenie,

- Raz na tydzień odpowie pan na parę pytań. Tylko raz na tydzień.

- Nie rozumiem - Paweł wstał -  to ty chcesz mnie szpiclem zrobić?

 

Urzędnik również poderwał się z fotela i cofnął do tylu. Prysła mdła dobrotliwość, krzyczał złowrogo:

- A coś ty myślał gówniarzu, że darmo ci go damy.

 

Paweł nerwowo otworzył torbę. - W d.  mam wasz paszport.

 

Rzucił małą granatową książeczkę z wyciśniętym złotym orłem. Wybiegł

z pokoju. Znów uciekał przeskakując po kilka schodów naraz. Za sobą słyszał ciągle te same słowa: Polska, Polak, Polska.

 

ANTONI ORZECH  1974