Antoni
Orzech WYBIERANIE OJCZYZNY
Siedzieli
przy okrągłym stole w półdarmowej stołówce dla bezrobotnych
tubylców, którzy w niedzielę woleli widocznie zjeść obiad u
siebie
w domu,
więc za niewielką opłatą sprzedawano go każdemu, kto
przyszedł. Oczywiście i wtedy proceder
ten nie był pozbawiony ryzyka
i strachu.
Zdarzało się, że kucharka pytała o legitymacje a nie
posiadającym, zabierała nawet już nalaną zupę i sterty
przebiegle zamaskowanego mięsa. Wchodzili zwykle w
niewielkich odstępach czasu
i parami tak, aby jeden
z nich znał tutejszy język. On też podawał pieniądze
i odpowiadał na pytania a więc gdy ich wypędzano, wychodzili
również parami.
W ten dzień trzeba było pamiętać, aby nie
zjeść śniadania, można było również wstrzymać się od kolacji
poprzedniego dnia. Niektórzy pościli cały tydzień i ci
naturalnie zjadali najwięcej i jedynie
mięso z jarzynami nałożone według szczegółowo opracowanej
metody. Nic więc dziwnego, że obiady trwały długo.
Szybko
nie można zjeść dużo. Były to zarazem tygodniowe spotkania,
bez wątpienia dla wielu najważniejsze wydarzenie nudnego
tygodnia.
- Konsumpcja
to wielka rzecz - lubił powtarzać Brodaty - nie dziwię się,
że nawet
tak twardy naród jak ten, do którego nieproszeni
przyjechaliśmy w gości, dał się nabrać.
Wyobraźcie sobie miękki fotel - Brodaty wraz
z krzesłem
niebezpiecznie przechylał się do tyłu - telewizja w
kolorach, ciepełko, oj, i nas nic
przed tym zramoleniem nie uratuje.
-Gadanie -
burknął Jan znad talerza swojej zupy - gadanie nie pozwoli
nam do tego dojść.
Oprócz
nich w stołówce było jeszcze kilku pojedynczych. Kryli się
z tacami
po kątach, zjadając szybko i w milczeniu. Tylko przy tym
jednym stole było gwarno. Tubylcy mieli swoje radio, swoja
telewizję, swoje gazety, nic im więcej nie pozostawało do
powiedzenia. Ale ci przybysze cały tydzień walczyli
samotnie, więc chociaż w niedzielę, tu przy
okrągłym stole,
musieli mieć własne wiadomości, własny dziennik i
komentarze.
- Jan,
znalazłeś coś - brodaty dziś był najbardziej rozmowny.
Wszyscy wiedzieli o co chodzi: tak pytało się o pracę.
- Wszędzie
chcą pozwolenia -odpowiedź była równie oczywista - konie
łyse bronią swojego bogactwa, ale
głupio bronią. Gdybym chciał, dawno miałbym to ich
pozwolenie. Dobre sobie, chcą orzekać czy wolno pracować.
Zmowa
bogatych - prawie szeptem skomentowała Teresa. Przyjechała
z gór do
bawienia dwojga dzieci, a wieczorami sprzątała w sklepie.
Wszystko bez pozwolenia.
- Zmowa
głupców - Jan skończył zupę i zabrał się do drugiego dania.
Jadł mechanicznie i szybko.
- Przecież
w każdej chwili mogę się ożenić.
- Często
mam wrażenie - znów szeptem zaczęła Teresa - że płyniemy po
morzu. Ten obcy nieprzychylny kraj, to morze ...
- Zimne -
wtrącił Jan.
- Dookoła
widzę tych, którzy płyną własnymi
motorówkami, ba,
nawet statkami z pięknym wyposażeniem a mnie się wydaje, że
płynę wpław. Huk
i bryzgi przepływających motorówek wciskają
mi gorzką wodę do ust, byle dobić do brzegu.
- A umiesz
pływać?
- Nie -
zakończyła Teresa. Nie wyglądała na góralkę, robiła wrażenie
nieistniejącej, zwłaszcza teraz, kiedy tak strasznie
schudła. Chudli wszyscy. 6- 7 kilo to była norma, ale ona
straciła 13. Gdy zaprowadzono
ją w końcu do lekarza, zamiast
recepty zalecili wynieść się od chlebodawców. Od tamtej
przeprowadzki przybyło jej cztery kilo.
- Teresa,
mogę ci dać rower - w tym kraju, gdzie nóg używano jedynie
do chodzenia w domu, po mieście mądrzejsi jeździli na
rowerach, ci inni natomiast prosto z drzwi wsiadali do auta
i nawet za róg do sklepu wieźli ze sobą trzy puste miejsca
i smugę dymu. Brodaty opowiadał historię nowego roweru, nie
uważał tego za kradzież, każdemu w ciągu roku zabierano co
najmniej jeden rower. - A w ogóle niepotrzebnie zamykają
-teoretyzował - są już na progu rowerowego komunizmu, nie ma
znaczenia kto i na jakim jedzie.
Gdyby
nie zamykali, policja zamiast jeździć bezczynnie, raz na
tydzień przewoziłaby kilkadziesiąt rowerów spod stacji,
gdzie na pewno byłoby ich najwięcej, w te zaułki gdzie brak.
-
Tymczasem ty się tym zajmujesz - Jan kończył już drugie
danie.
Tak, mam
teraz niezły, stał na ulicy, nie zamknięty, z karteczką
przy siedzeniu: „Do sprzedania, możesz wypróbować".
Wziąłem i próbuję.
Byłem w
konsulacie - po raz pierwszy odezwał się chudy, z ogromną
czarną brodą. Nazywali go pustelnikiem. Mówił powoli i z
wysiłkiem.
Konsulat i
policja, tam zapadały decyzje o ich losie. Już tyle czasu
minęło od wyjazdu a jeszcze są we władaniu
milicji. Wieści stamtąd były ważne.
Jeden od drugiego uczyli się podstępnych pytań, praw i
właściwych odpowiedzi. Pustelnik obiecywał, że napisze
podręcznik pt "Współżycie
Polaka z milicją" -bestseller. Co pewien czas przytaczał
fragmenty zamierzonej książki. - Mam dokumentacje - mówił -
i sformułowałem nowe prawo. Wszyscy przerwali jedzenie.
A więc
słuchajcie co napisane. Rozdział piąty, paragraf 23. Tytuł
"Odwracanie winy". Postępowanie milicji, jak już wiemy,
winno opierać się na prawie Camusa, które brzmi: wszyscy są
winni. Po wywołaniu
u petenta
podejrzenia własnej winy, już w strefie korytarzowej przez
to, że
depcze drogie dywany, zakłóca spokój urzędnikom,
podczas posiedzenia należy wszystkimi sposobami powyższe
poczucie pogłębiać, strofując go za drobne nawet
niedociągnięcia w wyglądzie czy stroju.
W tym celu
powinniśmy dokładnie obejrzeć głowę petenta a następnie po
zauważeniu jakowejś usterki np. odstających uszu, łysiejącego
czoła czy odwrotnie - długich włosów, trzeba w
to miejsce wpatrywać się w miarę
możliwości podejrzliwie. To samo dotyczy ubrania np. zbyt
rozdeptanych butów. Po tych wstępnych
przygotowaniach możemy przejść do akcji zwanej odwracaniem
winy.
Pokażemy
ją na typowym przykładzie. Jeśli petent przebywa poza krajem
dłużej niż miesiąc, to oczywiste, że musi pracować. Zadaniem
naszym jest, mówiąc językiem fachowym, opieprzyć go za to.
Nazywa się to
odwróceniem winy dlatego, że
właściwie on powinien zrobić to z nami,
jako że reprezentujemy władzę, która dała mu nikomu
niepotrzebne ykształcenie i zamiast żyć przyzwoicie w
kraju haruje w jakiejś
śmierdzącej knajpie. Koniec paragrafu 23.
- Ja mam
dla ciebie trochę dokumentacji - szepnęła Teresa. - Byłam
w
konsulacie z odwołaniem, nic tego nie wyszło. Na korytarzu
oglądam jeszcze „Polskę", a tu naraz słyszę za drzwiami
wybuch: „Przyjdzie taka łajza, może prosto z ulicy i łże jak
najęta". Czym prędzej uciekłam do windy.
-
Pomyśleć, że mogliby nam pomagać! - Opowieść Teresy
poruszyła małomównego. Pisał wiersze, poza tym milczał.
Czasem, gdy zaczynał mówić to tak jakby recytował wiersz.
Są
częścią Ojczyzny
Ale
dali się wykastrować
Zamiast
ojcostwa
Wypełniła ich zazdrość
I
nienawiść eunucha.
Jan rzucił
kilka słów zupełnie niepoetycznych.
Brodaty
próbował żartować -spokój panowie,
nie dajmy sobie zepsuć obiadu. Wystarczy, że życie…
Ogłaszam
konkurs na ripostę panu konsulowi, ponieważ wydaje mi się
że Teresy
- windą w dół - nie było najlepszą
odpowiedzią. Jako nagrodę stawiam swój deser, którego i tak
już nie zjem.
- Poezja ,
konkursy, „bestsellery" - Jan zacisnął pięści, w jednej ręce
trzymał nóż, w drugiej widelec - a tu trzeba lać. Teresa
powinna się wrócić
i dać mu w mordę. To jedyna riposta.
- To się
tak mówi - w milczeniu dopijali kawę. Coś trzeba robić.
Brodaty zaproponował telewizję.
***
Wieczorem
ulice były ciemne i puste. Oszczędzano energię. Jedynie
dwóch wyrostków w wytartych dżinsach miało jej w nadmiarze, z pijanym
bulgotaniem, zygzakami zataczało się między dwoma rzędami
domów wąskiej ulicy.
- Idę
podobnie - pomyślał Paweł - tylko tego nie widać. Ot
teatr. Przystanął
przed wystawą wielkiego magazynu, zmienianą każdego
tygodnia. Roznegliżowane manekiny o cerze do złudzenia
przypominającej prawdziwą, a może nawet ładniejszej,
zastygły w
wyzywających pozach. Paweł przełknął ślinę. Trzy domy dalej,
duża stara brama. Klucz luźno obracał się w zamku, trzeba
było długo manipulować, aby trafić we właściwe wycięcie.
Zawsze więc otwierał ją jak
włamywacz, rozglądając się czy ulica naprawdę jest pusta.
Mieszkał u ojców jezuitów, w taniej ale obskurnej celi.
Sąsiad, wesoły przybysz z Azji we wspólnym przedpokoju
codziennie pitrasił potrawy o
przedziwnym zapachu, który właził do pokoju przez
nieszczelnie zamykane drzwi. Wszędzie też było pełno
gotowanego ryżu. Paweł zatrzasnął bramę i przystanął na
małym podwórku. Dokoła wysokie ściany, w górze
ciemno - granatowy skrawek nieba - kamienna studnia. W
jednym z domów była kaplica. Zwrócił się w tamtym kierunku,
zamknął oczy i długo stał w milczeniu.
Do pokoju
prowadziły stare drewniane schody. Trzeszczały
niemiłosiernie, podobnie zresztą jak drzwi, których było co
najmniej dwa razy za dużo. Należało więc skradać się na
palcach aby nie obudzić śpiących. Na pewno nie zawsze się to
udawało. Jeszcze tylko skrzypnięcie dwóch drzwi i wzrok
Pawła zatrzymał się na brudnej ścianie. Wisiały tam obok
siebie kartki różnej wielkości. Duża z czerwonymi słowami
tutejszego języka, zwykła pomoc w nauce. Obok wycięte z gazety
ogłoszenie: "Kanada jest twoją
ojczyzną. Kanada to kraj, który wybrałeś dla siebie i swoich
przyszłych pokoleń. Nigdy nie jest łatwo przybyć do obcego
kraju i starać się budować nowe życie w obcym otoczeniu, o
obcym języku. Mimo to miałeś odwagę aby tego dokonać".
Spojrzał niżej na małą pergaminową kartkę zapełnioną
dziecinnym pismem. Otrzymał ją na Boże Narodzenie, pisała
siostra, ale te słowa musiała podyktować mama:
"Pawełku, dzielimy się z tobą opłatkiem
i życzymy,
abyśmy w przyszłym roku zasiedli razem przy jednym stole".
Prawie
całą celę zajmował stół i łóżko, które jak wszystko w tym
domu, wydawało swoiste głosy. Rzeczy są tutaj rozmowne -
pomyślał, rzucając się zbyt hałaśliwie na skrzypiącą siatkę.
Zmęczenie - to uczucie towarzyszyło mu od dawna - wżerało
się głębiej i głębiej.
Znów
wrócił do rozmowy przy półdarmowym
obiedzie. Widział jak siedzą wokół stołu z łyżkami w
rękach, przy pustych talerzach. Twarze zlewały się w jedną o
dużych błyszczących oczach, uparcie wpatrzonych przed
siebie.
Jak to się
stało, że w obcym kraju zjadają obiady dla bezrobotnych.
Jak to się
stało - gdyby przynajmniej to wiedzieć. Uciekli z ojczyzny.
Ojczyzna - Paweł spojrzał w tamtym kierunku - zobaczył
leżące na ziemi wychudłe ciało, mógłby dokładnie policzyć
żebra przygniecione wielką łapą stojącego nad nim. Potężne
cielsko stojącego zakończone było zadartym niedźwiedzim łbem
o długim ryju. Leżący z trudem łapał powietrze.
W usta wpychali mu knebel. Z wyglądu podobni do niego, ale ich
głowy przypominały tego, który stał. Ci również od czasu do
czasu walili leżącego po głowie, ciągle nie przestając
szczerzyć zębów (nie wiadomo ze strachu,
w uśmiechu
czy było to już tylko szczerzenie zębów) do siedzących
dookoła. Niektórzy pomagali w obezwładnianiu, inni
obdzierali leżącego
z ostatnich łachów próbując przy tym
jeść, śmiać się, płodzić dzieci,
co im się nawet udawało.
Paweł siedział bez ruchu z zamkniętymi oczami.
-
Przecież to musi się kiedyś skończyć - nagle wstał i zaczął
uciekać dalej i dalej. Słyszał za sobą kwik łba o długim
ryju. Zatrzeszczało łóżko, otworzył oczy, rozejrzał się
dokoła, nie śnił.
Metaliczny
dźwięk budzika wrzynał się w ciemności, odcinał od tamtego
świata. - Królestwo za minutę snu - wymamrotał
nieprzytomnie, wytaczając bezwładne i obolałe ciało
spod ciężkiego koca. Już drugi rok pracował u chłopa.
Codziennie dojeżdżał na rowerze. Jeśli wiał przeciwny wiatr,
lepiej było iść. Szum zbliżających i oddalających się
samochodów jakby przekreślał jego wysiłek. Tak długo jak
tylko można i jeszcze dużo, dużo dłużej, dodawał sobie
otuchy. Przepocona koszula lepiła się do pleców, uda
waciały. Gdy przychodził koniec tygodnia wypełniała go
jedna myśl: nie mogę. Spychał ją na krańce
świadomości. Pracował z chłopem
życzliwym, dobrym, ale chłopem, którego lata doświadczenia
nauczyły jak wycisnąć ostatnią kroplę siły. Paweł był
doskonałym mechanizmem, całkowicie poddanym swemu szefowi,
który nie znosił żadnych urozmaiceń. Znalezienie innej pracy
bez urzędowego zezwolenia graniczyło z cudem.
Ten
życzliwy chłop, jako miejsce na przerwy posiłkowe
wskazał ponurą, przeznaczoną dla psa piwnicę, w której na
kamiennej posadzce walały się niedojedzone kości, wisiały
przepocone ubrania i tłukła jakaś pompa.
Gdy tylko nie
padało, Paweł szedł do ogrodu, siadał pod drzewem i tam jadł
swój chleb.
W
jesieni praca u chłopa kończyła się. Paweł rozpoczynał
kurs języka
i wydawał
zaoszczędzone pieniądze. Kursy zbierały młodych z
przeróżnych krajów i były kilkumiesięczną, przeważnie
niezbyt udana próbą dogadania się w jednym języku. Szybko
urastała piramida z lektorem na szczycie. Po bokach
zasiadły dwie pyskate dziewczyny, a
następnie kolejno najbardziej niemrawi aż do Toge z Iranu,
która powiedziała najwyżej dwa zdania nie związane
bezpośrednio z lekcją.
A były to:
skąd przyjechała i jak się nazywa. Niepodzielnie zapanowała
pop-kultura, krzykliwa, pewna siebie,
uśmiechnięta, żywotna
i
przeraźliwie nudna. Paweł po drugiej stronie stołu budował
przeciwne piramidzie wzniesienia z tych milczących. Cóż,
kiedy mówili słabo
i pragnęli
oficjalnej akceptacji, próbowali więc włączyć się
w
hierarchiczny chór. Lektor - solista codziennie zaczynał
świeżym tenorem: "Jestem doskonały, musicie mnie uznać". Na
co kilka najbliższych głosów odpowiadało refrenem:
"Jesteś doskonały, uznajemy cię, ale
i nam także nic nie brakuje. I nam także nie"
-mamrotali słabsi. Reszta milczała.
Oczywiście, jak
wszędzie, tak i tu był wyjątek - Beata. Siedziała w fotelu
mocno przechylona do tyłu w obcisłych, kolorowych spodniach
i luźnej bluzeczce na chudych ramionach, zawsze milcząca i
delikatnie śmiechnięta. Gdy chórzyści zawodzili, wpadając w
falset i
często bezceremonialnie przepychając się łokciami ku
bardziej widocznym miejscom, ona bezgłośnie wypowiadała
tylko jedno zdanie skierowane do każdego: nie wysilaj się,
akceptuję cię takim, jakim jesteś.
Nie ukończywszy kursu, Beata wyjechała nagle, mówiono, że do
Grecji.
Paweł
czasem włączał się do pop-chóru. Właśnie śpiewano ulubioną
pieśń
o cenach, ciągnęła się długo aż wreszcie lektor
zaintonował niespodziewane zakończenie
-jeszcze nie wszystko trzeba kupować, wiele rzeczy
jest wolnych np. powietrze, woda, ogień ...
-
Sołżenicyn – wtrącił Paweł, był to właśnie ten dzień. Nie od
razu go dosłyszano.
-
Sołżenicyn jest wolny - powtórzył. Podobno zamieszka w
Szwajcarii - natychmiast podchwyciła jedna z chóru.
- Nie, ja
słyszałam że w Norwegii – radośnie zaśpiewała pierwsza
po lewej.
Słyszałem,
że w Anglii -ktoś dodał.
- A ja, że
na księżycu - Paweł starał się mówić spokojnie.
***
-
Pan rozumie, musi się Pan na coś zdecydować. Dwa lata
stuknęło,
nie możemy
tak ciągle przedłużać tego paszportu.
- Dlatego proszę o konsularny.
- Paweł
siedział na niskiej i miękkiej kanapie stojącej z dala od
biurka. Nadawało to rozmowie charakter nieoficjalny. Konsul
mówił cichym, dobrotliwym głosem.
- Tak,
tylko że nie mamy podstaw. Chciałby Pan zobaczyć mamusię?
Paweł
milczał. Mówić jak najmniej. Żadnego spoufalania. Ten słodki
głosik, pozory, pozory. I pomyśleć, że mógłby być moim
ojcem. Konsul niezrażony powtarzał znane banały o obowiązku,
miejscu, przyszłości.
Po co on
się tak łasi? Już chyba z godzinę, że też nie szkoda mu
czasu. Paweł próbował przypomnieć sobie dalsze zdania z
niedzielnego monologu poety. Ale ciągle powracało to jedno:
i pomyśleć, że mógłby być moim ojcem.
Nagle
konsul pochylił się do przodu, jego głos nabrał
urzędowej barwy.
-
A więc dostanie Pan paszport pod jednym warunkiem ...
- I
pomyśleć, że mógłby być moim ojcem - powtórzył Paweł.
Nie
doczekawszy się pytania, urzędnik ciągnął dalej. Otóż, pod
warunkiem, że raz na tydzień będziemy się spotykać.
- Nie
rozumiem - Paweł przerwał milczenie,
- Raz na
tydzień odpowie pan na parę pytań. Tylko raz na tydzień.
- Nie
rozumiem - Paweł wstał - to ty chcesz mnie szpiclem zrobić?
Urzędnik
również poderwał się z fotela i cofnął do tylu. Prysła mdła
dobrotliwość, krzyczał złowrogo:
- A coś ty
myślał gówniarzu, że darmo ci go damy.
Paweł
nerwowo otworzył torbę. - W d. mam wasz paszport.
Rzucił
małą granatową książeczkę z wyciśniętym złotym orłem.
Wybiegł
z pokoju.
Znów uciekał przeskakując po kilka schodów naraz. Za sobą
słyszał ciągle te same słowa: Polska, Polak, Polska.
ANTONI
ORZECH 1974