|
Jeden z
najwybitniejszych
poetów współczesnych.
Laureat Nagrody
Nobla
w roku 2011.
Przez 40 lat pracował
jako psycholog,
m.in. w zakładzie
karnym.
Jest
autorem dwunastu
tomików poezji. W
Polsce ukazały się: "Dziki rynek.
Żywym i umarłym"
(1989), "Moja
przedmowa
do ciszy"(1992),
"Muzeum motyli"
(1994),
"Gondola żałobna"
(1996), "Późnojesienny
labirynt" (1999),
"Niebieski dom"
(2000), "Podsłuchany
horyzont" (2005),
"Wiersze i proza
1954-2004" (2012).
Poezja Transtromera
to precyzyjny obraz
widzialnego świata.
Przyroda, muzyka,
podróże, a przede
wszystkim człowiek -
ze swoim uwikłaniem
w labiryncie losu -
stanowią najczęstsze
tematy jego wierszy.
Ten świat,
dotykalny,
rzeczywisty i
zwykły, zawsze
jednak ma jeszcze
inny, metaforyczny,
tajemniczy,
a często także
religijny
wymiar.
-AO
WIĘCEJ -->
------------------------------------------
Tomas Transtromer SAMOTNOŚĆ II
Długo chodziłem
po zamarzniętych gotlandzkich polach.
Jak okiem sięgnąć żadnego człowieka.
Gdzieś w dalekim świecie
są ludzie, którzy rodzą się, żyją i umierają
w ciągłym ścisku.
Być zawsze na widoku - żyć
gdy rój oczu dokoła
-
to musi dać szczególny wyraz twarzy.
Twarzy pokrytej mułem.
Gwar wznosi się i opada
podczas gdy oni dzielą między siebie
niebo, cień i ziarnka piasku.
Ja muszę być sam
dziesięć minut rano
i dziesięć minut wieczorem.
-Bez programu.
Wszyscy stoją w kolejce do wszystkich.
Wielu.
Jeden.
Tomas Transtromer
KWIECIEŃ I CISZA
Wiosna leży odłogiem.
Aksamitnie mroczny rów
pełznie przy moim boku
nie odbijając żadnego obrazu.
Jedynie żółte kwiaty
świecą.
Jestem niesiony w swoim cieniu
jak skrzypce
w czarnym futerale.
A to jedyne co chcę powiedzieć
lśni poza zasięgiem
jak srebro
w lombardzie.
Tomas Transtromer
ZŁOTOLITKA
Miedzianka, beznoga jaszczurka płynie wzdłuż schodów ganku
cicho i majestatycznie jak anakonda, jedynie wielkość je
różni.
Niebo pokryte chmurami, lecz słońce przebija się przez nie.
Taki jest dzień.
Rankiem moja ukochana wypędziła złe duchy.
To jak do mrocznej komory otworzyć drzwi od południa
i nagle wtargnie światło
karaluchy szybko, szybko mkną do kąta, po ścianach
i już ich nie ma - widziało się je i nie widziało zarazem -
tak jej nagość zmusiła demony do ucieczki.
Jakby ich nigdy nie było.
Ale znów przyjdą.
Z tysiącem rąk, które źle łączą przestarzałą centralę
nerwów.
Jest piąty lipca. Łubiny prostują się jakby chciały zobaczyć
morze.
Jesteśmy w kościele milczenia, w pobożności bez słów.
Jakby nigdy nie było nieprzejednanych twarzy patriarchów
i błędu w bożym imieniu wyrytym na skale.
Widziałem jak wierny literze kaznodzieja telewizyjny zebrał
mnóstwo
pieniędzy.
Lecz teraz był już słaby i potrzebował wsparcia bodyguarda
którym był młody człowiek w dobrze skrojonym garniturze z
uśmiechem
sztywnym jak knebel.
Uśmiech ten tłumił krzyk.
Krzyk dziecka zostawionego w szpitalnym łóżku, podczas gdy
rodzice
odchodzą.
Boskość otrze się o człowieka zapali płomień i
znów znika.
Dlaczego?
Płomień przyciąga cienie, które z trzaskiem wpadają i łączą
się z ogniem
ten unosi się i ciemnieje. A dym snuje się czarny i duszący.
W końcu jest tylko czarny dym, w końcu jest tylko pobożny
kat.
Pobożny kat pochyla się nad rynkiem i tłumem tworzącym chropawe
lustro
w którym on może ujrzeć siebie.
Największy fanatyk jest też największym niedowiarkiem.
On o
tym nie wie.
Stanowi pakt między nimi dwoma
jeden ma być widoczny na sto procent a drugi ukryty.
Jakże ja nie znoszę tego wyrażenia "na sto procent"!
Tych, którzy nigdy nie przebywają gdzie indziej jak tylko na
swojej najbardziej widocznej stronie
tych, którzy nigdy nie są roztargnieni
tych, którzy nigdy nie otworzą drzwi nie tych co trzeba i
nie ujrzą śladu Nierozpoznanego -
omijaj ich!
Jest piąty lipca. Niebo pokryte chmurami, lecz słońce
przebija się
przez nie.
Miedzianka płynie po schodach ganku cicho i majestatycznie
jak anakonda.
Miedzianka jakby nie było urzędu.
Złotolitka jakby nie było bałwochwalstwa.
Łubiny jakby nie było "sto procent".
Znam głębię, w której jest się więźniem i władcą zarazem,
jak Persefona.
Niejednokrotnie leżąc w kłującej trawie tam na dole
widziałem jak ziemia zasklepia się nade mną.
Ziemskie sklepienie.
Często, było to połową życia.
Dziś jednak opuściło mnie moje zapatrzenie.
Ślepota odeszła.
Mroczny nietoperz pozbył się twarzy i krąży zakosami w
jasnych przestworzach lata.
C-DUR
Gdy po
spotkaniu z nią wyszedł na ulicę,
w
powietrzu wirował śnieg.
Podczas
gdy oni spali,
przyszła zima.
Noc
świeciła biało.
Z
radości biegł.
Całe
miasto było przychylne.
Uśmiechy przechodniów-
wszyscy się uśmiechali
za
podniesionymi kołnierzami.
Co za
swoboda!
Wydało
mu się,
że
wszystkie znaki zapytania, śpiewają o istnieniu Boga.
Muzyka
zrzuciła pęta
i w
szalejącym śniegu,
szła
długimi krokami.
Wszystko zdążało ku dźwiękowi C.
Drżący
kompas wskazujący C.
Godzina
ponad udręczeniem.
Co za
lekkość!
Wszyscy się uśmiechali
za podniesionymi kołnierzami.
Tomas
Transtromer ALLEGRO
Po
ciężkim dniu gram Haydna
i czuję
zwykłe ciepło w dłoniach.
Klawisze uległe. Uderzają łagodne młoteczki.
Barwa
tonów zielona, żywa i spokojna.
Dźwięki
mówią, że wolność istnieje
i ktoś
nie płaci podatku cesarzowi.
Wkładam
ręce do mych haydnowskich kieszeni
i
udaję, że patrzę na świat ze spokojem.
Wciągam
haydnowską flagę – to znaczy:
”Nie
poddajemy się. Chociaż pragniemy pokoju.”
Muzyka
jest domem ze szkła, stojącym na zboczu,
po
którym lecą kamienie, toczą się kamienie.
I
kamienie przelatują na wylot
a każda
szyba pozostaje nietknięta.
Tomas
Transtromer PORTRET Z KOMENTARZEM
Oto
portret człowieka, którego znałem.
Siedzi
przy stole z rozłożoną gazetą.
Oczy za
okularami osadzone głęboko.
Garnitur skąpany w blasku iglastego lasu.
Ma
bladą i niedojrzałą twarz-
Lecz
zawsze budził zaufanie. Dlatego
nie
zbliżano się do niego zbytnio
by
czasem nie natknąć się na nieszczęście.
Ojciec
jego miał pieniędzy jak lodu.
Ale w
domu nikt nie czuł się pewnie-
jakby
po nocach obce myśli
wdzierały się do willi.
Gazeta,
ten wielki brudny motyl,
krzesło, stół i twarz odpoczywają.
Życie
zastygło w wielkich kryształach.
I niech
tak sobie na razie zostanie!
*
To,
czym jest ja, w nim spoczywa.
To
jest. On tego nie rozpoznaje
i
dlatego to żyje i jest.
Czym
jest ja? Dawniej, czasem
na
kilka sekund udawało mi się zbliżyć do tego
czym
jest JA, czym jest JA, czym jest JA.
Ale
właśnie wtedy, gdy dostrzegałem JA
JA
przepadało i powstawała dziura
przez
którą spadałem w dół, jak Alicja.
Tomas
Transtromer PTAKI PORANNE
Budzę samochód
szyby pokryte pyłkiem kwiatów.
Zakładam słoneczne okulary.
śpiew ptaków ciemnieje.
W tym samym czasie ktoś kupuje gazetę na stacji
w pobliżu dużego wagonu towarowego
który cały czerwony od rdzy
migocze w słońcu.
Żadnego śladu pustki.
W poprzek wiosennego ciepła zimnym korytarzem
biegnie ktoś
aby opowiedzieć że go oczerniono
aż w samym zarządzie.
Tylnymi drzwiami do krajobrazu
wchodzi sroka
czerń i biel. Ptak z piekła rodem.
I kos biega wzdłuż i wszerz
aż wszystko stanie się jak rysunek węglem,
oprócz białych ubrań suszących się na sznurku:
chór Palestriny:
Żadnego śladu pustki.
To cudowne czuć jak wiersz rośnie
podczas gdy ja maleję.
On się rozwija, on zajmuje moje miejsce.
Wypycha mnie.
Wyrzuca z gniazda.
I wiersz gotowy.
Tomas Transtromer SAMOTNOŚĆ I
Tu byłem bliski śmierci, jednego wieczoru, w lutym.
Samochód wpadł w poślizg i sunął w poprzek
po złej stronie drogi. Jadący z przeciwka-
ich światła- byli coraz bliżej.
Moje imię, moje dziewczyny, moja praca,
wszystko to zostało za mną i w ciszy oddalało się
coraz bardziej. Byłem bez imienia
jak chłopiec na podwórku szkolnym, otoczony przez wrogów.
Potężne światła nadjeżdżających samochodów,
skupiły się na mnie a ja próbowałem skręcić
w przeźroczystym strachu, który pływał jak białko.
Sekundy rosły-pełno w nich miejsca-
aż stały się wielkie jak szpitalne budynki.
Można się tam było nawet zatrzymać
i odetchnąć chwilę
przed zmiażdżeniem.
I wtedy przyszło oparcie: pomocne ziarnko piasku
lub cudowny podmuch wiatru. Samochód uwolnił się
i szybko przeczołgał w poprzek drogi.
Wyrósł jeszcze jakiś słup lecz złamany-ostry dźwięk-
przepadł w ciemnościach.
Aż nastała cisza. Siedziałem w pasach
i widziałem jak przez śnieżną zamieć, ktoś się zbliża
by zobaczyć co ze mnie zostało.
Tomas Transtromer ULEWA W GŁĘBI LĄDU.
Deszcz bębni o dach samochodu.
Dudnią pioruny. Ruch na szosie zwalnia.
W samym środku letniego dnia, zapalają się reflektory.
Dym w kominach się cofa.
Kto żyw, kuli się i zamyka oczy.
Następuje ruch do wewnątrz, dotknij mocniej życia.
Samochód prawie oślepł. Staje,
zapala własny ogień i pali
gdy woda ścieka po szybach.
Tu w lesie, na bocznej drodze,
nad jeziorem pełnym lilii wodnych
i przy podłużnym wzniesieniu, które ginie w deszczu.
Tam na górze stoi kopiec kamienny
z epoki żelaza, wtedy to było miejsce
walk plemiennych, takie chłodniejsze Kongo
a niebezpieczeństwo zganiało bydło i ludzi
na szczyt góry w gwarną wysepkę
okoloną murem, gęstwiną i kamieniami.
Ciemnym zboczem, ze zbroją na grzbiecie
ktoś niezdarnie pnie się pod górę
tak rozmyśla, podczas gdy samochód stoi.
Zaczyna się rozjaśniać, opuszcza szybę.
W rzedniejącym, cichym deszczu,
ptak gra na flecie sam dla siebie.
Tafla jeziora napięta. Grzmiące niebo szepcze
w dół, poprzez lilie, aż do wydmy.
Powoli otwiera się okno lasu.
I nagle, wprost z tej ciszy, uderza piorun!
Ogłuszający huk. A potem pustka,
w którą spadają ostatnie krople deszczu.
W ciszy słychać odpowiedź.
Z daleka. Jakby gruby głos dziecka.
Unosi się rycząc z góry.
Huk skłębionych tonów.
Długa, ochrypła trąba z epoki żelaza.
A może z głębi jego wnętrza.
Tomas Transtromer POD CIŚNIENIEM
Ogłuszający jest huk niebieskiej machiny.
Żyjemy tu w miejscu pracy, które całe drży,
Gdzie nagle może się objawić morska głębia-
muszle i telefony szumią.
Piękno można zobaczyć tylko przelotnie i z boku.
Gęste zboża na polach, mnóstwo kolorów w żółtym strumieniu.
Niespokojne cienie w mojej głowie, ciągnie tam.
Chcą wejść w zboże i zamienić się w złoto.
Zapada zmierzch. O północy idę spać.
Z większej łodzi, wypływa na fale mniejsza łódka.
Zostaję na wodzie sam.
Ciemny kadłub społeczeństwa, odpływa coraz dalej.
Tomas Transtromer OTWARTE OKNO
Rano goliłem się
przy otwartym oknie
na piętrze.
Włączyłem aparat.
Zaczął mruczeć.
Warczał coraz głośniej i głośniej.
Warkot przeszedł w huk.
Zamienił się w helikopter
i przez hałas, usłyszałem głos pilota,
który krzyczał:
"Miej oczy otwarte!
Ostatni raz na to patrzysz."
Wystartowaliśmy.
Lecimy nisko nad latem.
Tak bardzo mi się podobało, ale czy to
ważne?
Tuziny dialektów zieleni.
A szczególnie czerwień na ścianach drewnianych domów.
Żuki błyszczały w łajnie, w słońcu.
Piwnica wyrwana z korzeniami,
mignęła w powietrzu.
Wszędzie ruch.
Maszyny drukarskie pełzały.
Tylko ludzie byli spokojni.
Zachowywali minutę ciszy.
Szczególnie umarli, na wiejskim cmentarzu
byli nieruchomi
jak siedzący do zdjęcia w dzieciństwie fotografii.
Leć nisko!
Nie wiedziałem gdzie ja
odwróciłem głowę-
z podzielonym polem widzenia
jak koń.
W czerwcowy poranek, gdy za wcześnie
by wstać a za późno by zasnąć.
Muszę wyjść w zieleń pełną
wspomnień, które wodzą za mną wzrokiem.
Nie widać ich, całe wtopione
w tło, kameleony doskonałe.
Są tak blisko, że słyszę ich oddech,
chociaż ptaki śpiewają ogłuszająco.
Tomas Transtromer
GALERIA
Zatrzymałem się na noc w motelu przy E3.
W pokoju unosił się zapach który znałem
z muzeum azjatyckich zbiorów:
na jasnych ścianach maski tybetańskie japońskie.
Ale teraz to nie są maski tylko twarze
przedzierają się przez białą ścianę zapomnienia
aby oddychać, pytać o coś.
Rozbudzony leżę i widzę jak walczą
znikają i pojawiają się z powrotem.
Niektóre pożyczają rysy od siebie nawzajem, zamieniają się
twarzami
głęboko we mnie
gdzie zapomnienie i pamięć prowadzą swoje
ciemne interesy.
Przedzierają się przez zamalowaną
na biało ścianę niepamięci
znikają i pojawiają się znowu.
Panuje tu smutek chociaż tak się nie nazywa.
Witajcie w prawdziwej galerii!
Witajcie na prawdziwych galerach!
Za prawdziwymi kratami!
Chłopiec który uderzeniem karate sparaliżował
człowieka
ciągle marzy o szybkich zyskach.
Kobieta kupuje i kupuje rzeczy
by je wrzucać w paszczę pustki
skradającej się za nią.
Pan X nie waży się wyjść z pokoju.
Ciemny ostrokół tajemniczych postaci
stoi pomiędzy nim
a znikającym horyzontem
Ona która kiedyś uciekła z Karelii
Umiała się śmiać...
teraz zjawia się
niema, skamieniała, sumeryjska statua.
Jak ja gdy mając dziesięć lat wracałem późno
do domu.
Na schodach pogasły lampy
świeciło się tylko w windzie tam gdzie stałem
a winda unosiła się
jak dzwon ratowniczy przez czarne głębiny
piętro za piętrem podczas gdy urojone twarze
cisnęły się do krat...
Ale teraz to nie są twarze zmyślone lecz prawdziwe.
Leżę rozciągnięty jak przecznica skrzyżowania.
Wielu wychodzi z tej białej mgły.
A przecież kiedyś spotkaliśmy się naprawdę!
Długi jasny korytarz czuć karbolem.
Inwalidzki wózek. Nastolatka
po wypadku uczy się mówić.
On który próbował krzyczeć pod wodą
i zimna masa świata wtargnęła
przez nos i usta.
Głosy w mikrofonie wołały: pęd to moc
pęd to moc!
Weź udział w grze, the show must go on!
Wspinamy się po szczeblach kariery sztywno krok za krokiem
jak w teatrze No
z maskami, krzycząc pieśń: To ja, to ja jestem!
Tego kto odpadł
zastąpi zwinięty koc.
Pewien malarz mówił: Dawniej byłem planetą
z własną i gęstą atmosferą.
Wpadające promienie załamywały się w tęcze.
Ciągłe burze szalały wewnątrz, wewnątrz.
Teraz jestem wygasły, pusty i otwarty.
Nie mam już tej dziecięcej energii.
Tylko jedną stronę gorącą a drugą zimną.
Żadnych tęcz.
Zatrzymałem się na noc w domu w którym wszystko słychać.
Wielu chciało wejść przez ściany
ale większość się nie przedostała:
zagłuszona białym szumem zapomnienia.
Anonimowa pieśń utonie w ścianach.
Dyskretne pukania nie chcą by je ktoś usłyszał
przeciągłe westchnienia
moje dawne odpowiedzi pełzną bezdomne.
Słuchaj mechanicznych samooskarżeń społeczeństwa
głosu wielkiego wentylatora
jak ten sztuczny wiatr w kopalni
sześćset metrów po ziemią.
Mamy oczy szeroko otwarte pod bandażem.
Gdybym chociaż mógł dać im odczuć
że te wstrząsy pod nami
znaczą że jesteśmy na moście...
Często muszę stać nieruchomo.
Jestem partnerem rzucającego nożami w cyrku!
Pytania wyrzucone ze złością
wracają ze świstem
nie trafią lecz przygwożdżą mój kontur i jego zarys
zostanie gdy ja stąd odejdę.
Często muszę milczeć. Dobrowolnie!
Ponieważ ”ostatnie słowo” mówi się raz po raz.
Ponieważ dzień dobry i do widzenia...
Ponieważ dzień taki jak dziś jest...
Ponieważ w końcu marginesy występują z brzegów
i zatapiają tekst.
Zatrzymałem się na noc w motelu lunatyków.
Wiele tam zrozpaczonych twarzy inne wygładzone
po pielgrzymce przez zapomnienie.
Oddychają giną dobijają się z powrotem
nie zwracają na mnie uwagi
wszystkie chcą osiągnąć ikonę sprawiedliwości.
Czasem choć nieczęsto zdarza się
że ktoś z nas rzeczywiście widzi drugiego:
na moment ukazuje się człowiek
jak na fotografii tylko wyraźniej a w tle
coś większego niż cień.
Cała postać stoi przed górą.
To raczej skorupka ślimaka niż góra.
To raczej dom niż skorupka ślimaka.
To nie jest dom choć ma wiele pomieszczeń.
To jest niewyraźne ale przygniata.
On z tego wyrasta i to wyrasta z niego.
To jest jego życie, to jest jego labirynt.
Tomas Transtromer
KRóLESTWO NIEPEWNOŚCI
Kierowniczka biura pochyla się i stawia krzyżyk
a jej kolczyk dynda niczym miecz Damoklesa.
Jak pstry motyl niknie przy ziemi
tak demon stapia się z otwartą gazetą.
Władzę przejął hełm, którego nikt nie nosi.
Żółwia matka ucieka lecąc pod wodą.
Tomas Transtromer
KARTKA Z
KSIĘGI NOCNEJ
Majową nocą zszedłem na ląd
w zimnej poświacie księżyca
trawa i kwiaty były szare
lecz zapach zielony.
W ślepą na kolory noc
posuwałem się pod górę zbocza
a białe kamienie
słały znaki na księżyc.
Czas trwania
długość kilka minut
szerokość pięćdziesiąt osiem lat.
Za mną
po tamtej stronie połyskującej ołowiem wody
był drugi brzeg
i ci którzy mają władzę.
Ludzie z przyszłością
zamiast twarzy.
Tomas Transtromer
GONDOLA
ŻAŁOBNA NR 2
I
Dwóch starców, teść i zięć, Liszt i Wagner, mieszka przy
Canal Grande
razem z tą niestrudzoną kobietą, która wyszła za króla
Midasa
ten czegokolwiek się dotknie wszystko zamienia w Wagnera.
Zielony chłód morza przez podłogę przenika do pałacu.
Wagner jest naznaczony, sławny profil Poliszynela zdradza
zmęczenie
większe niż dawniej
biała flaga twarzy.
Gondola ciężko załadowana ich życiem, dwa razy tam i z
powrotem
i raz w jedną stronę.
II
Podmuch wiatru otwiera okno pałacu w nagłym przeciągu
wykrzywiono
twarze.
Za oknem na wodzie widać gondolę, którą dwóch jednowiosłych
bandytów
wiezie śmiecie.
Liszt zanotował kilka akordów tak ciężkich, że powinno się
je wysłać
do analizy w instytucie mineralogii w Padwie.
Meteoryty!
Zbyt ciężkie by spocząć, mogą tylko tonąć i tonąć w
przyszłości
aż do czasu brunatnych koszul.
Gondola ciężko załadowana zgrabionymi kamieniami
przyszłości.
III
Prześwity r.1990.
25 marzec. Niepokój o Litwę.
Śniłem, że odwiedzam wielki szpital.
Żadnego personelu. Każdy był pacjentem.
W tym samym śnie nowo narodzona dziewczynka
mówiła całymi zdaniami.
IV
Przy zięciu będącym człowiekiem swego czasu Liszt jest
wyliniałym hrabią.
To taka maskarada.
Głębia, która przymierza i odrzuca różne maski właśnie tę
wybrała dla niego-
głębia pragnąca wejść między ludzi nie ukazując własnej
twarzy.
V
Wielebny Liszt przyzwyczajony jest do noszenia podróżnej
torby w słońce i niepogodę
a gdy pewnego dnia umrze nikt na stację nie wyjdzie mu na
spotkanie.
Łagodny powiew niezwykle uzdolnionego koniaku zabierze go w
środku zadania.
Zawsze ma jakieś zadanie.
Dwa tysiące listów rocznie!
Uczeń sto razy przepisujący słowo, w którym zrobił błąd
zanim będzie mógł pójść do domu.
Gondola ciężko załadowana życiem, prosta i czarna.
VI
Z powrotem r.1990.
Śniło mi się, że jechałem dwadzieścia mil nadaremnie.
Wtedy wszystko zostało powiększone. Wróble wielkie jak kury
śpiewały, aż zatykało uszy.
Śniło mi się, że narysowałem klawisze pianina
na kuchennym stole. Grałem na nich, głucho.
Sąsiedzi przychodzili słuchać.
VII
Fortepian milczący przez całego Persyfala (słuchał jednak)
wreszcie może coś powiedzieć.
Wzdycha… sospiri…
Liszt grając w ten wieczór trzyma pedał morza wciśnięty tak
głęboko
aż zielona morska siła podnosi się przez podłogę i zlewa ze
wszystkimi
kamieniami budynku.
Dobry wieczór piękna głębio!
Gondola ciężko załadowana życiem, prosta i czarna.
VIII
Śniło mi się, że zaczynam szkołę lecz się spóźniłem.
Wszyscy w klasie nosili białe maski na twarzy.
Nie można było powiedzieć, kto jest nauczycielem.
Tomas Transtromer TRZY STROFY
Rycerz i jego żona
skamieniali lecz szczęśliwi
na wieku trumny unoszącym się
poza czasem.
II
Jezus uniósł monetę
z profilem Tyberiusza
profil bez miłości
władza w obiegu.
III
Ociekający miecz
gładzi wspomnienia.
W ziemi rdzewieją
trąbki i bandolety
Tomas Transtromer
HAIKU
I
Linie wysokiego napięcia
biegnące w krainie mrozu
na północ od wszelkiej muzyki.
Białe słońce
samotnie trenuje bieg ku
niebieskim górom śmierci.
Musimy żyć
wśród drobnolistnej trawy
i śmiechu z piwnic.
Słońce już nisko.
Nasze cienie ogromnieją.
Wkrótce wszystko jest cieniem.
II
Orchidee.
Przepływające motorówki.
Pełnia księżyca.
III
Średniowieczna twierdza,
obce miasto, zimny sfinks,
puste areny.
Szepnęły liście:
dzik na organach gra.
I uderzyły dzwony.
I noc płynie
ze wschodu na zachód z
prędkością księżyca.
IV
Dwie ważki
wczepione w siebie
przetańczyły obok.
Obecność Boga.
W tunelu ze śpiewu ptaka
otwiera się zamknięta brama.
Dęby i księżyc.
Światło i ciche gwiazdozbiory.
Zimne morze.
Tomas
Transtromer Z WYSPY 1860
I
Jednego dnia gdy na mostku płukała pranie
chłód jeziora poprzez ręce przeniknął ją
na wskroś.
Łzy zamarzły w szkła.
Wyspa uniosła się w trawie
a flaga śledzia powiewała na głębinie.
II
I dopadł go rój ospy
osiadł na jego twarzy.
Leży i wpatruje się w sufit.
Jak wiosłowano pod górę ciszy.
Teraźniejszości wiecznie cieknąca plama
teraźniejszości wiecznie krwawiący punkt.
Tomas
Transtromer ŚRODEK ZIMY
Niebieski blask
promieniuje z mojego ubrania.
Środek zimy.
Dzwoniące tamburyny lodu.
Zamykam oczy.
Jest gdzieś bezdźwięczny świat
jest szczelina
którą umarłych
przemyca się przez granicę.
Przekład Antoni Orzech
------------------------------------------------------------------------------------------------
LINNAEUS
"Urodził
się w 1707, o 1 w nocy, 23 maja, kiedy wiosna była w pięknym
rozkwicie
i kukułka
właśnie zapowiedziała nadejście lata". Z biografii
Zielone
młode liście. Kukułka. Echo.
O czwartej
rano zerwać się i biec do rzeki,
Która dymi,
gładka, pod wschodzącym słońcem.
Otwierają się
wrota, konie biegną,
Jaskółki
śmigają, ryba pluszcze.
I czyż nie
zaczynaliśmy od nadmiaru
Błysków i
nawoływań, pogoni, świergotów?
Żyliśmy
codzień w hymnie, upojeniu,
Nie mając na
to słów, czując, że to za dużo.
Był
jednym z nas, w dzieciństwie szczęśliwych.
Wyruszał ze
swoją botaniczną puszką
Żeby zebrać i
nazwać, jak Adam w ogrodzie,
Który nie
skończył dzieła, wygnany za wcześnie.
Natura odtąd
czeka na imiona:
Na łąkach pod
Uppsalą, biała, o zmierzchu,
Pachnie
Platantheraa,
rzekł o niej bifolia
Turdus
śpiewa w jedlinie, ale czy musicus
To jeszcze
będzie przedmiotem dysputy.
I botanistę
śmieszył energiczny ptaszek,
Na zawsze
Troglodytes
troglodytes L.
Trzy
królestwa Natury ułożył w systemat:
Animale.
Vegetale. Minerale.
Podzielił:
klasy, rzędy, rodzaje, gatunki.
"Jak mnogie są
twoje dzieła, o Jehowa!"
Śpiewał z
psalmistą. Ład, liczba, symetria
Są wszędzie,
ich pochwałę wygrywa klawesyn
I skrzypce, i
skanduje łaciński heksametr.
Odtąd mieliśmy
język zachwytu: atlasy.
Tulipan z
ciemnym tajemniczym wnętrzem,
Anemony
Laplandii, lilia wodna, irys
Odmalowane
skrupulatnym pędzlem,
I ptak w
listowiu, brunatny i modry,
Nie odlatuje
nigdy, ztrzymany
Na stronicy z
ozdobnym podwójnym napisem.
Byliśmy
jemu wdzięczni. W domowe wieczory
Oglądaliśmy
barwy pod lampą naftową
Z zielonym
kloszem, i co tam, na ziemi
Nieobjęte,
nadmierne, przemija i ginie,
Tutaj mogliśmy
kochać, nie znając utraty.
Jego
domostwo, oranżeria, ogród
W którym
hodował zamorskie rośliny
Błogosławione
niech będą w spokoju
I dobrym
bycie. Do Chin i Japonii,
Ameryki,
Australii nosiły żaglowce
Jego uczniów i
zewsząd przywozili dary:
Nasiona i
rysunki. A ja, który jestem
Wędrowcem i
zbieraczem form widzialnych w gorzkim
Stuleciu bez
harmonii, zazdroszcząc im, składam
Ten hołd
wierszem podobnym do klasycznej ody.
-----------------------------------
Czeslaw Milosz
(skriver på polska.Nobelpris 1980:
http://sunsite.unc.edu/dykki/poetry/ ).
LINNAEUS
"Foddes år 1707, klockan 1 på natten,
den 23 maj när våren stod i vacker blomning och goken just
forebådade sommarens ankomst."
Ur självbiografin
Grona, friska blad. Goken. Ekon.
Att stiga upp klockan fyra i gryningen
och springa till floden,
Rykande och blank under den
uppstigande solen.
Grinden slås upp, hästarna springer,
Svalorna viner, fisken plaskar.
Har vi inte borjat i overflod,
Ljussken, rop, jakt och fågelkvitter?
Vi levde varje dag i lovsång och
berusning,
Utan ord for denna väldiga känsla.
Han var som vi i de lyckligas
barndom.
Gick ut med sin portor
For att samla och benämna, likt Adam i
lustgården,
Som for tidigt forvisad ej fullbordade
sitt verk.
Naturen väntar på namn sedan dess:
På Uppsala ängar, vita i skymningen,
Doftar
Platanthera, hon som fick heta bifolia.
Turdus sjunger i granen, men musicus
Skall ännu vara foremål for dispyt.
Och botanisten lockas till skratt av
en livlig, liten fågel,
For alltid
Troglodytes troglodytes L.
Tre riken satte han i system:
Animale, Vegetale, Minerale.
Indelade i klass, ordning, familj och
släkte.
"Huru mångfaldiga äro icke dina verk,
o Herre!"
Sjong han med psalmisten. Ordning,
tal, symmetri
Allestedes närvarande, lovprisas på
cembalo
Och violin, och på skanderad latinsk
hexameter.
Alltsedan dess äger vi hänforelsens
språk: kartor.
Tulpanen med mork, hemlighetsfullt
inre,
Lapplands anemon, svärdslilja, iris,
Avbildade med omsorgsfull pensel,
Fågeln i gronskan brunaktig och
djupblå,
Som aldrig någonsin flyger, hejdad
På ett blad med prydlig, dubbel
overskrift.
Vi var honom tacksamma.
Hemmakvällar
Tittade vi på färgerna under
fotogenlampans
Grona kupa, på allt som på jorden
Ofattbart, overflodande sker och
forgår.
Här kunde vi älska utan insikt om
forgängelsen.
Hans bostad, orangeri och trädgård
Där han odlade främmande växter
Varde välsignade i frid
Och ymnighet. Till Kina och Japan,
Amerika och Australien forde
segelfartyg
Hans lärjungar, som från alla
väderstreck hämtade hem gåvor:
Fron och teckningar. Och jag,
svartsjuke
Vandrare och samlare av synliga former
i detta bittra,
Sonderslitna århundrade, overlämnar åt
dem
Denna versifierade hyllning lik det
klassiska odet.
overs. Antoni Orzech och Ture
Holmberg
--------------------------------
|
|
Platanthera bifolia
-Podkolan biały
Rodzina: Storczykowate - Orchidaceae.
Jest to euroazjatycki gatunek storczyka.
Występuje w lasach liŚciastych i na ich skrajach
oraz w
borach iglastych.
Kwitnie w nocy i jest zapylany przez ćmy.
Kwiaty
o przyjemnym zapachu.
Pod
ochroną.
|
Troglodytes
troglodytes (L.) - Strzyżyk
Żyje w Europie, Azji, Afryce i Ameryce Półn.
Zamieszkuje lasy iglaste, mieszane oraz
liŚciaste.
Wyszukuje w nich zaroŚla w pobliżu potoków
lub powalone drzewa i wywrócone pniaki.
Gniazdo z traw, puchu, liŚci i sierŚci buduje
samiec,
najczęŚciej w młodym Świerku.
Samica składa 5-6 jaj dwa razy do roku.
Żywi się owadami.
Pożyteczny.
|
|