rzechy antoniego  

 
 
 

 

 

 

Tomas Transtromer 1931 - 2015

20 WIERSZY

 

Samotność II

Kwiecień i cisza  - ODRA 1999 nr 10

 

C-dur

Allegro

Pod ciśnieniem  - Europa 2006 nr 48

                       (Newsweek)

 

Gondola żałobna (fragmenty)

Ptaki poranne (fragment)

Środek zimy  -  Polityka 2011 nr 42

 

----------

R.S.Thomas

Zielone kategorie

Drogi spotkania

-Tygodnik Powszechny 2000 nr 9

 

--------

T. Lindgren Woda Odra 1995 nr 12

Prawdziwa miłość

Piekność Merab

 

--------

 

A. Arborelius Ty i teraz - medytacja

W Drodze nr 6 1996

----------

 

Czesław Miłosz Linneusz

na język szwedzki

 

 

 

              Tomas Transtromer 1931-2015

 

            

 

Jeden z najwybitniejszych poetów współczesnych.

Laureat Nagrody Nobla w roku 2011.

 

Przez 40 lat pracował jako psycholog, m.in. w zakładzie karnym.

 

Jest autorem dwunastu tomików poezji. W Polsce ukazały się: "Dziki rynek. Żywym i umarłym" (1989), "Moja przedmowa do ciszy"(1992), "Muzeum motyli" (1994), "Gondola żałobna" (1996), "Późnojesienny labirynt" (1999), "Niebieski dom" (2000), "Podsłuchany horyzont" (2005), "Wiersze i proza 1954-2004" (2012).

 

Poezja Transtromera to precyzyjny obraz widzialnego świata. Przyroda, muzyka, podróże, a przede wszystkim człowiek - ze swoim uwikłaniem w labiryncie losu - stanowią najczęstsze tematy jego wierszy.

 

Ten świat, dotykalny, rzeczywisty i zwykły, zawsze jednak ma jeszcze inny, metaforyczny, tajemniczy, a często także religijny wymiar.

 

WIĘCEJ -->                                                                   -AO

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

------------------------------------------

 

Tomas Transtromer  SAMOTNOŚĆ II

 

Długo chodziłem
po zamarzniętych gotlandzkich polach.
Jak okiem sięgnąć żadnego człowieka.

 

Gdzieś w dalekim świecie
są ludzie, którzy rodzą się, żyją i umierają
w ciągłym ścisku.

 

Być zawsze na widoku - żyć
gdy rój oczu dokoła - 
to musi dać szczególny wyraz twarzy.
Twarzy pokrytej mułem.

 

Gwar wznosi się i opada
podczas gdy oni dzielą między siebie
niebo, cień i ziarnka piasku.

 

Ja muszę być sam
dziesięć minut rano
i dziesięć minut  wieczorem.
-Bez programu.

 

Wszyscy stoją w kolejce do wszystkich.

 

Wielu.

 

Jeden.

 

 

Tomas Transtromer  KWIECIEŃ I CISZA

 

Wiosna leży odłogiem.
Aksamitnie mroczny rów
pełznie przy moim boku
nie odbijając żadnego obrazu.

 

Jedynie żółte kwiaty
świecą.

 

Jestem niesiony w swoim cieniu
jak skrzypce
w czarnym futerale.

 

A to jedyne co chcę powiedzieć
lśni poza zasięgiem
jak srebro
w lombardzie.

 

 

Tomas Transtromer  ZŁOTOLITKA

 

Miedzianka, beznoga jaszczurka płynie wzdłuż schodów ganku

cicho i majestatycznie jak anakonda, jedynie wielkość je różni.

Niebo pokryte chmurami, lecz słońce przebija się przez nie.

   Taki jest dzień.

 

Rankiem moja ukochana wypędziła złe duchy.

To jak do mrocznej komory otworzyć drzwi od południa

i nagle wtargnie światło

karaluchy szybko, szybko mkną do kąta, po ścianach

i już ich nie ma - widziało się je i nie widziało zarazem -

tak jej nagość zmusiła demony do ucieczki.

 

Jakby ich nigdy nie było.

Ale znów przyjdą.

Z tysiącem rąk, które źle łączą przestarzałą centralę nerwów.

 

Jest piąty lipca. Łubiny prostują się jakby chciały zobaczyć morze.

Jesteśmy w kościele milczenia, w pobożności bez słów.

Jakby nigdy nie było nieprzejednanych twarzy patriarchów

i błędu w bożym imieniu wyrytym na skale.

 

Widziałem jak wierny literze kaznodzieja telewizyjny zebrał mnóstwo 

  pieniędzy.

Lecz teraz był już słaby i potrzebował wsparcia bodyguarda

którym był młody człowiek w dobrze skrojonym garniturze z uśmiechem

   sztywnym jak knebel.

Uśmiech ten tłumił krzyk.

Krzyk dziecka zostawionego w szpitalnym łóżku, podczas gdy rodzice

   odchodzą.

 

Boskość otrze się o człowieka zapali płomień i znów znika.

Dlaczego?

Płomień przyciąga cienie, które z trzaskiem wpadają i łączą się z ogniem

ten unosi się i ciemnieje. A dym snuje się czarny i duszący.

W końcu jest tylko czarny dym, w końcu jest tylko pobożny kat.

 

Pobożny kat pochyla się nad rynkiem i tłumem tworzącym chropawe   

   lustro

w którym on może ujrzeć siebie.

 

Największy fanatyk jest też największym niedowiarkiem.

   On o tym nie wie.

Stanowi pakt między nimi dwoma

jeden ma być widoczny na sto procent a drugi ukryty.

Jakże ja nie znoszę tego wyrażenia "na sto procent"!

 

Tych, którzy nigdy nie przebywają gdzie indziej jak tylko na

   swojej najbardziej widocznej stronie

tych, którzy nigdy nie są roztargnieni

tych, którzy nigdy nie otworzą drzwi nie tych co trzeba i nie ujrzą śladu Nierozpoznanego -

omijaj ich!

 

Jest piąty lipca. Niebo pokryte chmurami, lecz słońce przebija się

   przez nie.

Miedzianka płynie po schodach ganku cicho i majestatycznie

   jak anakonda.

Miedzianka jakby nie było urzędu.

Złotolitka jakby nie było bałwochwalstwa.

Łubiny jakby nie było "sto procent".          

 

Znam głębię, w której jest się więźniem i władcą zarazem, jak Persefona.

Niejednokrotnie leżąc w kłującej trawie tam na dole

widziałem jak ziemia zasklepia się nade mną.

Ziemskie sklepienie.

Często, było to połową życia.

 

Dziś jednak opuściło mnie moje zapatrzenie.

Ślepota odeszła.

Mroczny nietoperz pozbył się twarzy i krąży zakosami w jasnych przestworzach lata.

 

 

C-DUR

 

Gdy po spotkaniu z nią wyszedł na ulicę,

w powietrzu wirował śnieg.

Podczas gdy oni spali,

przyszła zima.

Noc świeciła biało.

Z radości biegł.

Całe miasto było przychylne.

Uśmiechy przechodniów-

wszyscy się uśmiechali za podniesionymi kołnierzami.

Co za swoboda!

Wydało mu się,

że wszystkie znaki zapytania, śpiewają o istnieniu Boga.

Muzyka zrzuciła pęta

i w szalejącym śniegu,

szła długimi krokami.

Wszystko zdążało ku dźwiękowi C.

Drżący kompas wskazujący C.

Godzina ponad udręczeniem.

Co za lekkość!

Wszyscy się uśmiechali za podniesionymi kołnierzami.

 

 

 

Tomas Transtromer  ALLEGRO

 

Po ciężkim dniu gram Haydna

i czuję zwykłe ciepło w dłoniach.

 

Klawisze uległe. Uderzają łagodne młoteczki.

Barwa tonów zielona, żywa i spokojna.

 

Dźwięki mówią, że wolność istnieje

i  ktoś nie płaci podatku cesarzowi.

 

Wkładam ręce do mych haydnowskich kieszeni

i udaję, że patrzę na świat ze spokojem.

 

Wciągam haydnowską flagę – to znaczy:

”Nie poddajemy się. Chociaż pragniemy pokoju.”

 

Muzyka jest domem ze szkła, stojącym na zboczu,

po którym lecą kamienie, toczą się kamienie.

 

I kamienie przelatują na wylot

a każda szyba pozostaje nietknięta.

 

 

 

Tomas Transtromer  PORTRET Z KOMENTARZEM

 

Oto portret człowieka, którego znałem.

Siedzi przy stole z rozłożoną gazetą.

Oczy za okularami osadzone głęboko.

Garnitur skąpany w blasku iglastego lasu.

 

Ma bladą i niedojrzałą twarz-

Lecz zawsze budził zaufanie. Dlatego

nie zbliżano się do niego zbytnio

by czasem nie natknąć się na nieszczęście.

 

Ojciec jego miał pieniędzy jak lodu.

Ale w domu nikt nie czuł się pewnie-

jakby po nocach obce myśli

wdzierały się do willi.

 

Gazeta, ten wielki brudny motyl,

krzesło, stół i twarz odpoczywają.

Życie zastygło w wielkich kryształach.

I niech tak sobie na razie zostanie!

 

                       *

To, czym jest ja, w nim spoczywa.

To jest. On tego nie rozpoznaje

i dlatego to żyje i jest.

 

Czym jest ja? Dawniej, czasem

na kilka sekund udawało mi się zbliżyć do tego

czym jest JA, czym jest JA, czym jest JA.

 

Ale właśnie wtedy, gdy dostrzegałem JA

JA przepadało i powstawała dziura

przez którą spadałem w dół, jak Alicja.

 

 

Tomas Transtromer  PTAKI PORANNE 

 

Budzę samochód

szyby pokryte pyłkiem kwiatów.

Zakładam słoneczne okulary.

śpiew ptaków ciemnieje.

 

W tym samym czasie ktoś kupuje gazetę na stacji

w pobliżu dużego wagonu towarowego

który cały czerwony od rdzy

migocze w słońcu.

 

Żadnego śladu pustki.

 

W poprzek wiosennego ciepła zimnym korytarzem

biegnie ktoś

aby opowiedzieć że go oczerniono

aż w samym zarządzie.

 

Tylnymi drzwiami do krajobrazu

wchodzi sroka

czerń i biel. Ptak z piekła rodem.

I kos biega wzdłuż i wszerz

aż wszystko stanie się jak rysunek węglem,

oprócz białych ubrań suszących się na sznurku:

chór Palestriny:

Żadnego śladu pustki.

 

To cudowne czuć jak wiersz rośnie

podczas gdy ja maleję.

On się rozwija, on zajmuje moje miejsce.

Wypycha mnie.

Wyrzuca z gniazda.

I wiersz gotowy.

 

 

Tomas Transtromer  SAMOTNOŚĆ I

 

Tu byłem bliski śmierci, jednego wieczoru, w lutym.

Samochód wpadł w poślizg i sunął w poprzek

po złej stronie drogi. Jadący z przeciwka-

ich światła- byli coraz bliżej.

 

 

Moje imię, moje dziewczyny, moja praca,

wszystko to zostało za mną i w ciszy oddalało się

coraz bardziej. Byłem bez imienia

jak chłopiec na podwórku szkolnym, otoczony przez wrogów.

 

Potężne światła nadjeżdżających samochodów,

skupiły się na mnie a ja próbowałem skręcić

w przeźroczystym strachu, który pływał jak białko.

Sekundy rosły-pełno w nich miejsca-

aż stały się wielkie jak szpitalne budynki.

 

Można się tam było nawet zatrzymać

i odetchnąć chwilę

przed zmiażdżeniem.

 

I wtedy przyszło oparcie: pomocne ziarnko piasku

lub cudowny podmuch wiatru. Samochód uwolnił się

i szybko przeczołgał w poprzek drogi.

Wyrósł jeszcze jakiś słup lecz złamany-ostry dźwięk-

przepadł w ciemnościach.

 

Aż nastała cisza. Siedziałem w pasach

i widziałem jak przez śnieżną zamieć, ktoś się zbliża

by zobaczyć co ze mnie zostało.

 

 

Tomas Transtromer  ULEWA W GŁĘBI LĄDU.

 

Deszcz bębni o dach samochodu.

Dudnią pioruny. Ruch na szosie zwalnia.

W samym środku letniego dnia, zapalają się reflektory.

 

Dym w kominach się cofa.

Kto żyw, kuli się i zamyka oczy.

Następuje ruch do wewnątrz, dotknij mocniej życia.

 

Samochód prawie oślepł. Staje,

zapala własny ogień i pali

gdy woda ścieka po szybach.

 

Tu w lesie, na bocznej drodze,

nad jeziorem pełnym lilii wodnych

i przy podłużnym wzniesieniu, które ginie w deszczu.

 

Tam na górze stoi kopiec kamienny

z epoki żelaza, wtedy to było miejsce

walk plemiennych, takie chłodniejsze Kongo

 

a niebezpieczeństwo zganiało bydło i ludzi

na szczyt góry w gwarną wysepkę

okoloną murem, gęstwiną i kamieniami.

 

Ciemnym zboczem, ze zbroją na grzbiecie

ktoś niezdarnie pnie się pod górę

tak rozmyśla, podczas gdy samochód stoi.

 

Zaczyna się rozjaśniać, opuszcza szybę.

W rzedniejącym, cichym deszczu,

ptak gra na flecie sam dla siebie.

 

Tafla jeziora napięta. Grzmiące niebo szepcze

w dół, poprzez lilie, aż do wydmy.

Powoli otwiera się okno lasu.

 

I nagle, wprost z tej ciszy, uderza piorun!

Ogłuszający huk. A potem pustka,

w którą spadają ostatnie krople deszczu.

 

W ciszy słychać odpowiedź.

Z daleka. Jakby gruby głos dziecka.

Unosi się rycząc z góry.

 

Huk skłębionych tonów.

Długa, ochrypła trąba z epoki żelaza.

A może z głębi jego wnętrza.

 

 

  

Tomas Transtromer  POD CIŚNIENIEM

 

Ogłuszający jest huk niebieskiej machiny.

Żyjemy tu w miejscu pracy, które całe drży,

Gdzie nagle może się objawić morska głębia-

muszle i telefony szumią.

 

Piękno można zobaczyć tylko przelotnie i z boku.

Gęste zboża na polach, mnóstwo kolorów w żółtym strumieniu.

Niespokojne cienie w mojej głowie, ciągnie tam.

Chcą wejść w zboże i zamienić się w złoto.

 

Zapada zmierzch. O północy idę spać.

Z większej łodzi, wypływa na fale mniejsza łódka.

Zostaję na wodzie sam.

Ciemny kadłub społeczeństwa, odpływa coraz dalej.

 

 

 

Tomas Transtromer OTWARTE OKNO

 

Rano goliłem się

przy otwartym oknie

na piętrze.

Włączyłem aparat.

Zaczął mruczeć.

Warczał coraz głośniej i głośniej.

Warkot przeszedł w huk.

Zamienił się w helikopter

i przez hałas, usłyszałem głos pilota,

który krzyczał:

"Miej oczy otwarte!

Ostatni raz na to patrzysz."

Wystartowaliśmy.

Lecimy nisko nad latem.

Tak bardzo mi się podobało, ale czy to ważne?                          

Tuziny dialektów zieleni.

A szczególnie czerwień na ścianach drewnianych domów.

Żuki błyszczały w łajnie, w słońcu.

Piwnica wyrwana z korzeniami,

mignęła w powietrzu.

Wszędzie ruch.

Maszyny drukarskie pełzały.

Tylko ludzie byli spokojni.

Zachowywali minutę ciszy.

Szczególnie umarli, na wiejskim cmentarzu

byli nieruchomi

jak siedzący do zdjęcia w dzieciństwie fotografii.

Leć nisko!

Nie wiedziałem gdzie ja

odwróciłem głowę-

z podzielonym polem widzenia

jak koń.

 

 

 

Tomas Transtromer  WSPOMNIENIA MNIE WIDZĄ

 

W czerwcowy poranek, gdy za wcześnie

by wstać a za późno by zasnąć.

 

Muszę wyjść w zieleń pełną

wspomnień, które wodzą za mną wzrokiem.

 

Nie widać ich, całe wtopione

w tło, kameleony doskonałe.

 

Są tak blisko, że słyszę ich oddech,

chociaż ptaki śpiewają ogłuszająco.

 

 

 

Tomas Transtromer  GALERIA

 

Zatrzymałem się na noc w motelu przy E3.

W pokoju unosił się zapach który znałem

z muzeum azjatyckich zbiorów:

 

na jasnych ścianach maski tybetańskie japońskie.

 

Ale teraz to nie są maski tylko twarze

 

przedzierają się przez białą ścianę zapomnienia

aby oddychać, pytać o coś.

Rozbudzony leżę i widzę jak walczą

znikają i pojawiają się z powrotem.

 

Niektóre pożyczają rysy od siebie nawzajem, zamieniają się twarzami

głęboko we mnie

gdzie zapomnienie i pamięć prowadzą swoje

         ciemne interesy.

 

Przedzierają się przez zamalowaną

na biało ścianę niepamięci

znikają i pojawiają się znowu.

 

Panuje tu smutek chociaż tak się nie nazywa.

 

Witajcie w prawdziwej galerii!

Witajcie na prawdziwych galerach!

Za prawdziwymi kratami!

 

Chłopiec który uderzeniem karate sparaliżował

         człowieka

ciągle marzy o szybkich zyskach.

 

Kobieta kupuje i kupuje rzeczy

by je wrzucać w paszczę pustki

skradającej się za nią.

 

Pan X nie waży się wyjść z pokoju.

Ciemny ostrokół tajemniczych postaci

stoi pomiędzy nim

a znikającym horyzontem

 

Ona która kiedyś uciekła z Karelii

Umiała się śmiać...

teraz zjawia się

niema, skamieniała, sumeryjska statua.

 

Jak ja gdy mając dziesięć lat wracałem późno

      do domu.

Na schodach pogasły lampy

świeciło się tylko w windzie tam gdzie stałem

      a winda unosiła się

jak dzwon ratowniczy przez czarne głębiny

piętro za piętrem podczas gdy urojone twarze

cisnęły się do krat...

 

Ale teraz to nie są twarze zmyślone lecz prawdziwe.

 

Leżę rozciągnięty jak przecznica skrzyżowania.

 

Wielu wychodzi z tej białej mgły.

A przecież kiedyś spotkaliśmy się naprawdę!

 

Długi jasny korytarz czuć karbolem.

Inwalidzki wózek. Nastolatka

po wypadku uczy się mówić.

 

On który próbował krzyczeć pod wodą

i zimna masa świata wtargnęła

przez nos i usta.

 

Głosy w mikrofonie wołały: pęd to moc

pęd to moc!

Weź udział w grze, the show must go on!

 

Wspinamy się po szczeblach kariery sztywno krok za krokiem

jak w teatrze No

z maskami, krzycząc pieśń: To ja, to ja jestem!

Tego kto odpadł

zastąpi zwinięty koc.

 

Pewien malarz mówił: Dawniej byłem planetą

z własną i gęstą atmosferą.

Wpadające promienie załamywały się w tęcze.

Ciągłe burze szalały wewnątrz, wewnątrz.

 

Teraz jestem wygasły, pusty i otwarty.

Nie mam już tej dziecięcej energii.

Tylko jedną stronę gorącą a drugą zimną.

 

Żadnych tęcz.

 

Zatrzymałem się na noc w domu w którym wszystko słychać.

Wielu chciało wejść przez ściany

ale większość się nie przedostała:

zagłuszona białym szumem zapomnienia.

 

Anonimowa pieśń utonie w ścianach.

Dyskretne pukania nie chcą by je ktoś usłyszał

przeciągłe westchnienia

moje dawne odpowiedzi pełzną bezdomne.

 

Słuchaj mechanicznych samooskarżeń społeczeństwa

głosu wielkiego wentylatora

jak ten sztuczny wiatr w kopalni

sześćset metrów po ziemią.

 

Mamy oczy szeroko otwarte pod bandażem.

 

Gdybym chociaż mógł dać im odczuć

że te wstrząsy pod nami

znaczą że jesteśmy na moście...

 

Często muszę stać nieruchomo.

Jestem partnerem rzucającego nożami w cyrku!

Pytania wyrzucone ze złością

wracają ze świstem

 

nie trafią lecz przygwożdżą mój kontur i jego zarys

zostanie gdy ja stąd odejdę.

 

Często muszę milczeć. Dobrowolnie!

Ponieważ ”ostatnie słowo” mówi się raz po raz.

Ponieważ dzień dobry i do widzenia...

Ponieważ dzień taki jak dziś jest...

Ponieważ w końcu marginesy występują z brzegów

i zatapiają tekst.

 

Zatrzymałem się na noc w motelu lunatyków.

Wiele tam zrozpaczonych twarzy inne wygładzone

po pielgrzymce przez zapomnienie.

 

Oddychają giną dobijają się z powrotem

nie zwracają na mnie uwagi

wszystkie chcą osiągnąć ikonę sprawiedliwości.

 

Czasem choć nieczęsto zdarza się

że ktoś z nas rzeczywiście widzi  drugiego:

 

na moment ukazuje się człowiek

jak na fotografii tylko wyraźniej a w tle

coś większego niż cień.

            

Cała postać stoi przed górą.

To raczej skorupka ślimaka niż góra.

To raczej dom niż skorupka ślimaka.

To nie jest dom choć ma wiele pomieszczeń.

To jest niewyraźne ale przygniata.

On z tego wyrasta i to wyrasta z niego.

To jest jego życie, to jest jego labirynt. 

 

 

 

Tomas Transtromer  KRóLESTWO NIEPEWNOŚCI

 

Kierowniczka biura pochyla się i stawia krzyżyk

a jej kolczyk dynda niczym miecz Damoklesa.

 

Jak pstry motyl niknie przy ziemi

tak demon stapia się z otwartą gazetą.

 

Władzę przejął hełm, którego nikt nie nosi.

Żółwia matka ucieka lecąc pod wodą.

 

 

 

Tomas Transtromer  KARTKA Z KSIĘGI NOCNEJ

 

Majową nocą zszedłem na ląd

w zimnej poświacie księżyca

trawa i kwiaty były szare

lecz zapach zielony.

 

W ślepą na kolory noc

posuwałem się pod górę zbocza

a białe kamienie

słały znaki na księżyc.

 

Czas trwania

długość kilka minut

szerokość pięćdziesiąt osiem lat.

 

Za mną

po tamtej stronie połyskującej ołowiem wody

był drugi brzeg

i ci którzy mają władzę.

 

Ludzie z przyszłością

zamiast twarzy.

 

 

 

Tomas Transtromer GONDOLA  ŻAŁOBNA NR 2 

 

I

Dwóch starców, teść i zięć, Liszt i Wagner, mieszka przy Canal Grande

razem z tą niestrudzoną kobietą, która wyszła za króla Midasa

ten czegokolwiek się dotknie wszystko zamienia w Wagnera.

Zielony chłód morza przez podłogę przenika do pałacu.

Wagner jest naznaczony, sławny profil Poliszynela zdradza zmęczenie

      większe niż dawniej

biała flaga twarzy.

Gondola ciężko załadowana ich życiem, dwa razy tam i z powrotem

      i raz w jedną stronę.

 

II

Podmuch wiatru otwiera okno pałacu w nagłym przeciągu wykrzywiono   

      twarze.

Za oknem na wodzie widać gondolę, którą dwóch jednowiosłych bandytów

      wiezie śmiecie.

Liszt zanotował kilka akordów tak ciężkich, że powinno się je wysłać

      do analizy w instytucie mineralogii w Padwie.

Meteoryty!

Zbyt ciężkie by spocząć, mogą tylko tonąć i tonąć w przyszłości

aż do czasu brunatnych koszul.

Gondola ciężko załadowana zgrabionymi kamieniami przyszłości.

 

III

Prześwity r.1990.

 

25 marzec. Niepokój o Litwę.

Śniłem, że odwiedzam wielki szpital.

Żadnego personelu. Każdy był pacjentem.

 

W tym samym śnie nowo narodzona dziewczynka

mówiła całymi zdaniami.

 

IV

Przy zięciu będącym człowiekiem swego czasu Liszt jest wyliniałym hrabią.

To taka maskarada.

Głębia, która przymierza i odrzuca różne maski właśnie tę wybrała dla niego-

głębia pragnąca wejść między ludzi nie ukazując własnej twarzy.

 

V

Wielebny Liszt przyzwyczajony jest do noszenia podróżnej torby w słońce i niepogodę

a gdy pewnego dnia umrze nikt na stację nie wyjdzie mu na spotkanie.

Łagodny powiew niezwykle uzdolnionego koniaku zabierze go w środku zadania.

Zawsze ma jakieś zadanie.

Dwa tysiące listów rocznie!

Uczeń sto razy przepisujący słowo, w którym zrobił błąd zanim będzie mógł pójść do domu.

Gondola ciężko załadowana życiem, prosta i czarna.

 

VI

Z powrotem r.1990.

 

Śniło mi się, że jechałem dwadzieścia mil nadaremnie.

Wtedy wszystko zostało powiększone. Wróble wielkie jak kury

śpiewały, aż zatykało uszy.

 

Śniło mi się, że narysowałem klawisze pianina

na kuchennym stole. Grałem na nich, głucho.

Sąsiedzi przychodzili słuchać.

 

VII

Fortepian milczący przez całego Persyfala (słuchał jednak) wreszcie może coś powiedzieć.

Wzdycha… sospiri…

Liszt grając w ten wieczór trzyma pedał morza wciśnięty tak głęboko

aż zielona morska siła podnosi się przez podłogę i zlewa ze wszystkimi

       kamieniami budynku.

Dobry wieczór piękna głębio!

Gondola ciężko załadowana życiem, prosta i czarna.

VIII

Śniło mi się, że zaczynam szkołę lecz się spóźniłem.

Wszyscy w klasie nosili białe maski na twarzy.

Nie można było powiedzieć, kto jest nauczycielem.

 

 

 

Tomas Transtromer TRZY STROFY

 

Rycerz i jego żona
skamieniali lecz szczęśliwi
na wieku trumny unoszącym się
poza czasem.
II
Jezus uniósł monetę
z profilem Tyberiusza
profil bez miłości
władza w obiegu.
III
Ociekający miecz
gładzi wspomnienia.
W ziemi rdzewieją
trąbki i bandolety

 

 

 

Tomas Transtromer  HAIKU

 

I
Linie wysokiego napięcia
biegnące w krainie mrozu
na północ od wszelkiej muzyki.

 

Białe słońce
samotnie trenuje bieg ku
niebieskim górom śmierci.

 

Musimy żyć
wśród drobnolistnej trawy
i śmiechu z piwnic.

 

Słońce już nisko.
Nasze cienie ogromnieją.
Wkrótce wszystko jest cieniem.


II
Orchidee.
Przepływające motorówki.
Pełnia księżyca.


III
Średniowieczna twierdza,
obce miasto, zimny sfinks,
puste areny.

 

Szepnęły liście:
dzik na organach gra.
I uderzyły dzwony.

 

I noc płynie
ze wschodu na zachód z
prędkością księżyca.


IV
Dwie ważki
wczepione w siebie
przetańczyły obok.

 

Obecność Boga.
W tunelu ze śpiewu ptaka
otwiera się zamknięta brama.

 

Dęby i księżyc.
Światło i ciche gwiazdozbiory.
Zimne morze.

 

 

 

Tomas Transtromer  Z WYSPY 1860

 

   I

   Jednego dnia gdy na mostku płukała pranie

   chłód jeziora poprzez ręce przeniknął ją

   na wskroś.

 

   Łzy zamarzły w szkła.

   Wyspa uniosła się w trawie

   a flaga śledzia powiewała na głębinie.

 

   II

   I dopadł go rój ospy

   osiadł na jego twarzy.

   Leży i wpatruje się w sufit.

 

   Jak wiosłowano pod górę ciszy.

   Teraźniejszości wiecznie cieknąca plama

   teraźniejszości wiecznie krwawiący punkt.

 

      

 

   Tomas Transtromer  ŚRODEK ZIMY

 

   Niebieski blask

   promieniuje z mojego ubrania.

   Środek zimy.

   Dzwoniące tamburyny lodu.

 

Zamykam oczy.

Jest gdzieś bezdźwięczny świat

jest szczelina

którą umarłych

przemyca się przez granicę.

 

 

                                            Przekład  Antoni Orzech

 

 

------------------------------------------------------------------------------------------------

LINNAEUS

"Urodził się w 1707, o 1 w nocy, 23 maja, kiedy wiosna była w pięknym rozkwicie
i kukułka właśnie zapowiedziała nadejście lata". Z biografii

Zielone młode liście. Kukułka. Echo.
O czwartej rano zerwać się i biec do rzeki,
Która dymi, gładka, pod wschodzącym słońcem.
Otwierają się wrota, konie biegną,
Jaskółki śmigają, ryba pluszcze.
I czyż nie zaczynaliśmy od nadmiaru
Błysków i nawoływań, pogoni, świergotów?
Żyliśmy codzień w hymnie, upojeniu,
Nie mając na to słów, czując, że to za dużo.

   Był jednym z nas, w dzieciństwie szczęśliwych.
Wyruszał ze swoją botaniczną puszką
Żeby zebrać i nazwać, jak Adam w ogrodzie,
Który nie skończył dzieła, wygnany za wcześnie.
Natura odtąd czeka na imiona:
Na łąkach pod Uppsalą, biała, o zmierzchu,
Pachnie Platantheraa, rzekł o niej bifolia
Turdus śpiewa w jedlinie, ale czy musicus
To jeszcze będzie przedmiotem dysputy.
I botanistę śmieszył energiczny ptaszek,
Na zawsze Troglodytes troglodytes L.

Trzy królestwa Natury ułożył w systemat:
Animale. Vegetale. Minerale.
Podzielił: klasy, rzędy, rodzaje, gatunki.
"Jak mnogie są twoje dzieła, o Jehowa!"
Śpiewał z psalmistą. Ład, liczba, symetria
Są wszędzie, ich pochwałę wygrywa klawesyn
I skrzypce, i skanduje łaciński heksametr.

Odtąd mieliśmy język zachwytu: atlasy.
Tulipan z ciemnym tajemniczym wnętrzem,
Anemony Laplandii, lilia wodna, irys
Odmalowane skrupulatnym pędzlem,
I ptak w listowiu, brunatny i modry,
Nie odlatuje nigdy, ztrzymany
Na stronicy z ozdobnym podwójnym napisem.

Byliśmy jemu wdzięczni. W domowe wieczory
Oglądaliśmy barwy pod lampą naftową
Z zielonym kloszem, i co tam, na ziemi
Nieobjęte, nadmierne, przemija i ginie,
Tutaj mogliśmy kochać, nie znając utraty.

Jego domostwo, oranżeria, ogród
W którym hodował zamorskie rośliny
Błogosławione niech będą w spokoju
I dobrym bycie. Do Chin i Japonii,
Ameryki, Australii nosiły żaglowce
Jego uczniów i zewsząd przywozili dary:
Nasiona i rysunki. A ja, który jestem
Wędrowcem i zbieraczem form widzialnych w gorzkim
Stuleciu bez harmonii, zazdroszcząc im, składam
Ten hołd wierszem podobnym do klasycznej ody.

-----------------------------------


 
 

Czeslaw Milosz
(skriver på polska.Nobelpris 1980: http://sunsite.unc.edu/dykki/poetry/ ).

LINNAEUS
"Foddes år 1707, klockan 1 på natten, den 23 maj när våren stod i vacker blomning och goken just forebådade sommarens ankomst."
Ur självbiografin

Grona, friska blad. Goken. Ekon.
Att stiga upp klockan fyra i gryningen och springa till floden,
Rykande och blank under den uppstigande solen.
Grinden slås upp, hästarna springer,
Svalorna viner, fisken plaskar.
Har vi inte borjat i overflod,
Ljussken, rop, jakt och fågelkvitter?
Vi levde varje dag i lovsång och berusning,
Utan ord for denna väldiga känsla.

Han var som vi i de lyckligas barndom.
Gick ut med sin portor
For att samla och benämna, likt Adam i lustgården,
Som for tidigt forvisad ej fullbordade sitt verk.
Naturen väntar på namn sedan dess:
På Uppsala ängar, vita i skymningen,
Doftar Platanthera, hon som fick heta bifolia.
Turdus sjunger i granen, men musicus
Skall ännu vara foremål for dispyt.
Och botanisten lockas till skratt av en livlig, liten fågel,
For alltid Troglodytes troglodytes L.

Tre riken satte han i system:
Animale, Vegetale, Minerale.
Indelade i klass, ordning, familj och släkte.
"Huru mångfaldiga äro icke dina verk, o Herre!"
Sjong han med psalmisten. Ordning, tal, symmetri
Allestedes närvarande, lovprisas på cembalo
Och violin, och på skanderad latinsk hexameter.

Alltsedan dess äger vi hänforelsens språk: kartor.
Tulpanen med mork, hemlighetsfullt inre,
Lapplands anemon, svärdslilja, iris,
Avbildade med omsorgsfull pensel,
Fågeln i gronskan brunaktig och djupblå,
Som aldrig någonsin flyger, hejdad
På ett blad med prydlig, dubbel overskrift.

Vi var honom tacksamma. Hemmakvällar
Tittade vi på färgerna under fotogenlampans
Grona kupa, på allt som på jorden
Ofattbart, overflodande sker och forgår.
Här kunde vi älska utan insikt om forgängelsen.

Hans bostad, orangeri och trädgård
Där han odlade främmande växter
Varde välsignade i frid
Och ymnighet. Till Kina och Japan,
Amerika och Australien forde segelfartyg
Hans lärjungar, som från alla väderstreck hämtade hem gåvor:
Fron och teckningar. Och jag, svartsjuke
Vandrare och samlare av synliga former i detta bittra,
Sonderslitna århundrade, overlämnar åt dem
Denna versifierade hyllning lik det klassiska odet.

overs. Antoni Orzech och Ture Holmberg

--------------------------------


 

Platanthera bifolia -Podkolan biały

Rodzina: Storczykowate - Orchidaceae.

Jest to euroazjatycki gatunek storczyka.
Występuje w lasach liŚciastych i na ich skrajach
oraz w borach iglastych.

Kwitnie w nocy i jest zapylany przez ćmy.
Kwiaty o przyjemnym zapachu.

Pod ochroną.
 


   

 
 
 
Troglodytes troglodytes (L.) - Strzyżyk

Żyje w Europie, Azji, Afryce i Ameryce Półn.
Zamieszkuje lasy iglaste, mieszane oraz liŚciaste.
Wyszukuje w nich zaroŚla w pobliżu potoków 
lub powalone drzewa i wywrócone pniaki.
Gniazdo z traw, puchu, liŚci i sierŚci buduje samiec,
najczęŚciej w młodym Świerku.
Samica składa 5-6 jaj dwa razy do roku.
 Żywi się owadami.
Pożyteczny.