Antoni Orzech    ZADOMOWIENIE - blog na Wierzbowej              maj 2014

.

 

BLOG

 

2009 

czerwiec 

lipiec 

sierpień 

wrzesień 

październik 

listopad 

grudzień  

 

2010

styczeń 

luty

marzec

kwiecień

maj

czerwiec

lipiec  

sierpień

wrzesień

październik

listopad

grudzień  

 

2011

styczeń

luty

marzec

kwiecień

maj

czerwiec

lipiec

sierpień

wrzesień

październik

listopad

grudzień

 

2012

styczeń

luty  

marzec

kwiecień

maj

czerwiec

lipiec

sierpień

wrzesień

październik

listopad

grudzień

 

2013

styczeń

luty

marzec

kwiecień

maj

czerwiec

lipiec

sierpień

wrzesień

październik

listopad

grudzień

 

2014

styczeń

luty

marzec

kwiecień

 

Skałki

PSY

konary

 

  www.antoniorzech.eu 

 

KONTAKT         

 

  


 

2009

ŹRÓDŁOSŁÓW

 

mieszkać

zamieszkiwanie

naparstek

paznokieć

rozgrzeszenie

sprawiedliwość

j. polski : szwedzki

 

2009

LUDZIE

 

MacIntyre

Heidegger

Boznańska

Vermeer

 

2009

KWIATY

DRZEWA

PTAKI

 

bodziszek

ślaz

żywokost

lepnica

poziewnik

pępawa

kozibród

słonecznik

dąb

gołębie

kos

 

  nasz blok szaro-biały  

kliknij foto  

 

Wojciech Kurtyka IGRZYSKA ŚMIERCI

 

Jeśli alpinista robi karierę, idąc przez las trupów, to zamienia sztukę życia w sztukę umierania. Rozmowa z Wojciechem Kurtyką


Pisze pan w "Chińskim maharadży", że od dziecka paraliżował pana strach. Poczucie czegoś szatańskiego przychodziło we śnie. Zaczął się pan wspinać ze strachu? 

- W odpowiedzi na strach. Człowiek jest tak skonstruowany, że musi się bać. Jeśli się nie boi, to wpakuje się w tarapaty i straci życie. Naturalny jest też sprzeciw wobec własnego strachu. Poczułem to, kiedy byłem dzieckiem. A gdy pierwszy raz zetknąłem się z górami, bunt wobec własnej słabości połączony z fascynacją przyrodą obudził we mnie naturę alpinisty.

Skąd ten bunt? 

- Z poczucia godności. Jeżeli człowiek przegrywa z lękiem, to traci zaufanie do siebie i poczucie własnej wartości. To dotyczy gospodyni domowej, która będzie się stawiać zaborczemu mężowi, czy dozorcy, który nie pozwoli sobie wejść na głowę, i Wojtka Kurtyki, który wchodzi w ścianę i zrobi wszystko, by wygrać z własnym strachem. To pierwotne.

Mój tata [pisarz Henryk Worcell, autor m.in. "Zaklętych rewirów"] często podkreślał, że zdolność przeciwstawienia się zewnętrznemu złu, które widzimy, jest obowiązkiem wynikającym z naszej godności.

Jaki jest strach podczas wspinaczki? 

- Miałem kiedyś obsesyjny lęk przed śmiercią z wyczerpania. Podejrzewam, że po przeczytaniu książek Wawrzyńca Żuławskiego, który opisał wypadek Kaszniców. Ojciec, syn i ich przewodnik zasłabli i zmarli. Przyczyn nigdy nie ustalono. Ta zmora towarzyszyła mi kilka lat. Bałem się, że pójdę za daleko, tam, gdzie nie ma już sił, żywności, wydolności.

Potem miałem czas potwornego lęku przed lawinami. Co wyprawa, to wchodziłem w zagrożone miejsca, w jakieś dudniące, niebezpieczne cholerstwo. Ale wyczucie tych niebezpieczeństw bywało przecież całkiem racjonalne.

Czemu tak rzadko się pan publicznie udziela? 

- Dawniej wynikało to z poczucia godności. Nie chciałem sprzedać się swojemu wizerunkowi medialnemu, bo zacząłbym go nasłuchiwać, utożsamiać się z nim. Nie chciałem być na pasku jakiejkolwiek niewoli - kobiety, używek czy sławy. Jako wspinacz poczucie wolności mam we krwi.

A teraz? 

- Mniej boję się własnej próżności. Nawet miewam ochotę, by się podzielić refleksją, doświadczeniem. I natychmiast mam świadomość, że wystawiam się na cholerne targowisko próżności, na spektakl kłótliwych mądrali. Ale ogólnie dobrze mi w życiu. Nie chcę mego świata wystawiać na różnych talibów. Dziś jest to więc bardziej postawa asekurancka.

Owszem, przyjemnie jest być znanym. Tylko że to szybko robi się trucizną.

Ale druga strona medalu jest taka, że nie przekazuje pan swojej wiedzy. 

- Wspinacz ekstremalny z natury rzeczy jest społecznym outsiderem. Dotkliwie to odczuwałem, bo byłem nie tylko na marginesie życia społecznego, lecz również outsiderem wśród wspinaczy.

W czasach PRL alpinizm był w 99 proc. wielkowyprawowy, opanowany przez lobby wyprawowe, spleciony ze strukturami Polskiego Związku Alpinizmu. Na 1000 wspinaczy był jeden, który szedł pod prąd i robił swoje. No i, kurde, tak się złożyło, że to byłem ja.

Czarna owca? 

- Otwarcie mi to mówiono. Kiedy zgłaszałem się z prośbą do PZA o parę tysięcy dolarów, to powstawał zgrzyt: dać te pieniądze 15-osobowej wyprawie jednego z bossów polskiego alpinizmu czy urwać coś i kapnąć Kurtyce. Ze swoim alpejskim stylem, odbieranym jako bardzo niebezpieczny, i w dwuosobowym zespole byłem początkowo kimś niepoważnym. Ale o dziwo dostawałem te 1000 dolarów. Resztę musiałem wykombinować sam, jako "polski łącznik". A przemyt bywa równie niebezpieczny jak sama wspinaczka.

 

Indywidualista nie był mile widziany w kolektywie? 

- Kłóciło się to z socjalistycznym poczuciem przyzwoitości, gdzie pieniądze wypadało dać na zbiorowy wysiłek. Byłem solą w oku.

To dlaczego związek nie usunął pana z szeregów? 

- Trudno skreślić kogoś, kogo przejścia znajdują większy oddźwięk w świecie niż osiągnięcia licznych wielkich wypraw, kogoś, kto nie zaliczył ani jednego śmiertelnego wypadku, ani nawet jednego złamanego paluszka na wyprawach. Nie nosiłem urazy, ale też, jak dobrze ujął to dumny szkocki zbój Rob Roy: "Nikt o łaskę prosić nie będzie i łaska nie zostanie udzielona". I tak pozostaje do dzisiaj. To jednak niebezpieczna postawa - duma łatwo przeistacza się w pychę.

Jak wpadł pan na to, by w najwyższych górach wspinać się w stylu alpejskim, czyli bez obozów, lin poręczowych i ze sprzętem i żywnością na jedno wejście w ścianę?

- Styl alpejski to w gruncie rzeczy naturalne zachowanie "małpy" w ścianie. Pierwsze osiągnięcia zaliczyłem jeszcze przed rozczarowaniem dużymi wyprawami.

Zacząłem w 1972 roku w Hindukuszu, podczas dwóch wejść nowymi drogami na siedmiotysięczniki. Jedną z nich była piękna i nowatorska linia na północnej ścianie Akher Chagha, pierwszy na świecie big wall na siedmiotysięczniku, śmignięty w trzy dni w czteroosobowym zespole z dwoma biwakami w ścianie. Nie nazwaliśmy tego alpejskim stylem, bo takie określenie wtedy jeszcze nie istniało. Pojawiło się później, chyba w kręgach Reinholda Messnera.

Styl alpejski to nie była polska specjalność. Tylko Krzysiek Wielicki, który niejako szedł po moich śladach, miał w nim wybitne osiągnięcia na ośmiotysięcznikach. Wcześniej byłem jedyny. Wchodziłem w ściany Karakorum i Himalajów tak, jak to robiłem w Tatrach i Alpach, czyli szybko i z minimum sprzętu. Na przykład czterodniowe przejście direttissimy Kazalnicy w 1970 roku prowadziliśmy z pomocą prymitywnego sprzętu, w potwornym załamaniu pogody. Konkurencyjny zespół Kukuczki stracił tam człowieka. Był w tym już rozmach i duch przygody gór wyższych. Wymagało to napięcia wewnętrznego i koncentracji. Wielodniowe wspinaczki tatrzańskie nauczyły mnie zamieniania ściany w dom. Noc w trudnych warunkach była dla mnie tym, czym dla harcerza biwakowanie. Do dzisiaj zdarza mi się biwakować na podejściach w Tatrach.

A dlaczego rozczarował się pan wielkimi wyprawami? 

- Eliminują ze wspinania to, co najlepsze, czyli poczucie wolności. Odczułem to dotkliwie podczas wypraw na Lhotse (1974) i K2 (1976). Tam nie było możliwości podążania za głosem wewnętrznym, bo rolę wyznaczał kierownik albo zobowiązania międzyzespołowe. Dostawałem swoją dolę do zrobienia i tyle.

Za moją ucieczką do stylu alpejskiego nie stała kalkulacja, że jeśli zrobię coś we dwójkę, to będzie chwała. Chodziło właśnie o poczucie wolności w górach. Oczywiście, miałem parcie na wynik, na tzw. cyfrę, która określa klasę drogi wspinaczkowej. Ale cóż mi po klasie w grach zespołowych. Doświadczenie alpinistyczne zaczyna się tam, gdzie zachowuje się wolną wolę, a jego siła objawia się wówczas, gdy sięgamy własnego kresu. Dlatego klientów wypraw komercyjnych, np. na Everest, szczerze namawiam na cele mniej prestiżowe, ale za to w pełni samodzielne. Doradziłbym Babią Górę zimą, solo na krechę przez las.

W książce "Chiński maharadża" cyfrę nazywa pan suką, a zaszczyt ścierwem, które prowadzi człowieka do kurwy-sławy. 

- Wspinacze kłócą się od dawna o to, co jest najważniejsze. Sportowcy uważają, że liczą się tylko wymierne trudności techniczne drogi, czyli "cyfra". Oczywiście jest ona ważna i cenię ją, ale o klasie doświadczenia wspinaczkowego stanowi w równym stopniu ryzyko i styl wspinaczki, ogrom wysiłku, piękno drogi. "Cyfra" wyraża tylko opór skały i lodu, tymczasem to, czego doświadcza wspinacz, to opór wewnętrzny, czyli strach i cierpienie. Nie dziwi mnie, że mamy renesans himalaizmu zimowego, który jest sięganiem do ludzkiego kresu. Chodzi za mną fraza "tylko u kresu, tylko w osaczeniu". Właśnie w tych skrajnych okolicznościach pojawia się ważne życiowe doświadczenie, czy to we wspinaniu, czy w pracy zawodowej.

Dlatego w sporze o "cyfrę" pozostaję na przeciwnym, romantycznym biegunie.

Czy w takim razie da się powiedzieć, że alpinizm to sport? 

- Z szeroko pojętego wspinania wyłoniło się wspinanie sportowe. Uprawia się go na sztucznych formacjach, rzadziej na skale czy w lodzie. Celem jest zwycięstwo, tak samo jak w biegu na 100 metrów. Nie jest ani gorsze, ani lepsze od innych dyscyplin.

W alpinizmie z jednej strony mamy upartych romantyków, do których ja należę. Dla nas alpinizm jest przede wszystkim fenomenem psychicznym, doświadczeniem estetycznym, a nawet mistycznym. Na drugim biegunie będzie Simone Moro, zawodowiec, który otwarcie poszukuje rangi publicznej. Najpierw robi koronę ośmiotysięczników, lecz gdy zauważa, że skazuje się na niekorzystne porównanie z Messnerem, podejmuje się himalaizmu zimowego. Szczerze wyznaje, że nie chce wciąż być tym drugim. Jak widać, dla jednych to sport, dla innych raczej sztuka życia.

Jaka jest racja sportowców? 

- Oni z tego żyją. Są częścią publicznego spektaklu, jak każdy sportowiec. Nie ważyłbym się ganić Simone Moro czy Denisa Urubkę, że chcą przekonać otoczenie, że ich przejścia należą do czołowych. Ale rozdmuchane programy zdobywania ośmiotysięczników irytują. Podobno jest Hiszpan, który robi Koronę Himalajów i Karakorum drugi raz. To brnie w absurd. Zobaczcie, co się dzieje wokół różnych tragedii.

 

Zobacz multimedialny reportaż Jacka Hugo-Badera z wyprawy na Broad Peak w poszukiwaniu ciał Macieja Berbeki i Tomasza Kowalskiego: interaktywna.wyborcza.pl

Ma pan na myśli Broad Peak? 

- To jest nic w porównaniu ze spektaklem Słoweńców. Reinhold Messner w porównaniu zTomažem Humarem był nieporadnym amatorem. To, co Humar zaaranżował na Dhaulagiri, było niewyobrażalne. Wszedł w przerażająco niebezpieczną południową ścianę, oświadczając, że ma bilet w jedną stronę. Istotnie, możliwości odwrotu nie miał. Potem naturalnie leciała relacja non stop w internecie. W krytycznych momentach posty wrzucał co kilkanaście minut. Tworzył dramatyczną sytuację bez wyjścia. Nakręcał horror. Tym razem nie runął i krwi w internecie nie było. Podobnie działał na flance Rupal na Nanga Parbat. Utknął tam w załamaniu pogody na 6400 m, był totalnie wyczerpany, omiatany przez lawiny. Ani do góry, ani na dół. Nie miał najmniejszej szansy, by się wycofać. Dzięki karkołomnej akcji pilotów pakistańskich udało się go wyrwać z tego miejsca. Kiedy wrócił na dół, padł na ziemię, modlił się. W ten sposób w realu doszliśmy do "Igrzysk śmierci", tylko że w filmie ludzie polowali na siebie, a tu góra polowała na człowieka. Ten sam cholerny spektakl, za którym stoi coś nieczystego. To epatowanie śmiercią, granie własnym życiem na usługi takiego show jest niegodne.

Alpinizm stał się moralnie dwuznaczny. Pewnie, cholera, niektórzy uznają, że tak jest pięknie i ciekawie. W końcu zawsze byli jacyś gladiatorzy. Himalaizm sportowy z dramaturgią śmierci i współczesnymi możliwościami bezpośredniej relacji do mediów pasuje jak ulał do "Igrzysk śmierci".

Czy działalność górska sprzyja autorefleksji, czy utwierdza w egocentryzmie? 

- Sądzę, że człowiek, który potrafi sięgnąć po tak silne przeżycia i zaznać tak fantastycznej wolności, będzie narażony na złudzenie, że jest pępkiem świata. Ale to chyba problem wszystkich kreatywnych dyscyplin - kreacja jest po prostu boska. Egocentryzm łatwo dopada wybitnego artystę lub intelektualistę. Jak ktoś ma słabe nerwy, to szybko obsuwa się w urojoną boskość. W naszym środowisku mamy gościa z ksywą "Boski...", ale lepiej go nie wspominać.

Zawsze czułem, że potrzeba wspinania nie wywodzi się z serdecznej przestrzeni relacji międzyludzkich, tylko z pragnienia wolności i godności. Pierwotny odruch wspinania nie zawiera więc w sobie znaku etycznego. Nie jest ani dobry, ani zły. Ale przecież podobnie bywa z muzyką czy z poezją.

A co z alpinizmem wyprawowym, który na relacjach etycznych się opiera? 

- Kod etyczny jest konieczny, bo inaczej robi się z tego trupiarnia. Nawet jeżeli człowiek uprawia alpinizm solo, też pojawia się w nim pytanie: jak daleko mogę się posunąć w podejmowanym ryzyku? Jeśli jesteś ojcem trojga dzieci, to uprawianie alpinizmu zaczyna być dwuznaczne.

Jeśli alpinista realizuje wybitną karierę, idąc po trupach lub nawet nie po trupach, ale wśród trupów, przez las trupów, to zamienia sztukę życia w sztukę umierania. Budzi to we mnie bunt i sprzeciw.
 

Punk na wysokości, czyli wspinaczka z poręczówkami z lin kupionych w sklepie rolniczym


o polskim himalaizmie zimowym

Miał pan w górach omamy wynikające z dużej wysokości, niedotlenienia? 

- Nie doświadczyłem prawdziwych halucynacji. Chociaż wydawało mi się, że jest z nami ten trzeci, to wiedziałem, że go nie ma. W moim przypadku to nawet trochę dodawało mi otuchy. To była raczej przyjazna obecność.

Ciekawa rzecz przydarzyła mi się na Gaszerbrumie IV. Zdałem sobie sprawę, jak psikusy nadwyrężonych zmysłów i gęstej krwi powodującej obrzęki w okolicach uszu oraz mózgu deformują wrażenia zmysłowe. Historia była taka: wracamy z Gaszerbrumu IV, partner idzie za mną, ciągnę linę, jesteśmy wycieńczeni. Stopniowo coraz wyraźniej słyszę motyw z piosenki Barbry Streisand. Słyszę instrumenty, jej dźwięczny głos i rytm. Staję. Rozglądam się zdumiony. Lecz wokół cisza. Ruszam i znowu się zaczyna. Ostry dźwięk, rytm. Po trzecim przystanięciu coś mnie tknęło - pociągnąłem linę po szorstkich kryształach lodu i wyjaśniło się. Dźwięk instrumentu pochodził właśnie od liny wleczonej po lodzie. A rytm muzyce nadawały moje kroki. Kiedy rytm mieszał się z dźwiękiem liny ciągniętej po śniegu, robił się z tego koncert Streisand.

W historii alpinizmu wiele było kłamstw. Można wierzyć alpiniście na słowo? 

- Wspinanie jest tak silnym, osobistym wyzwaniem, że wśród wspinaczy istnieje odruchowe i naturalne zaufanie do relacji z gór. Ale wspomniana "kurwa-sława" nęci i mistyfikacje zdarzają się, chociaż rzadko. Część wspinaczy, owszem, upiększa sobie karierę. Najgorsze są przypadki agresywnych gwiazdek, które procesują się po wyjściu na jaw kłamstwa. Do dziś toczy się w Warszawie proces po zdemaskowaniu drogi na Grenlandii, która miała być pionowym wyczynem, a okazała się stokiem nachylonym około 50 stopni, którego znaczną część stanowią łatwe skałki i trawy.

Procesują się gwiazdy, które dopuściły się nierzetelności. Nie rozumieją, że proces, zwłaszcza wygrany, postawi je poza środowiskiem.

Oczywiście, że należy oczekiwać od wspinaczy dokumentowania nowych przejść, ale część nawet wybitnych postaci ma w nosie marketing i tego typu zobowiązania. Nie dziwię im się.

A co ze śmiercią w górach? 

- Góry są usiane trupami. Polskie złote pokolenie himalaistów w zasadzie wyginęło w górach, nie wyłączając tak wybitnych postaci jak Wanda Rutkiewicz, Jurek Kukuczka czy pokolenia Andrzeja Heinricha i Genka Chrobaka.

 

Panu się jednak udało. 

- Żyję, choć wszystko, co robiłem, było bardziej niebezpieczne od tego, co robili inni. Nieraz czuję coś w rodzaju wyrzutów sumienia. Moje nowe drogi na ośmiotysięcznikach robione były prawie bez asekuracji. Niektóre z nich były pułapką, bo była to jazda w jedną stronę, bez możliwości odwrotu, np. na Kohe Bandaka, Gaszerbrumie IV czy trawersie Broad Peaków.

Tymczasem nie tylko nikt nie zginął na moich wyprawach, ale nikomu nie przytrafiło się poważne zadrapanie. A przecież kariera Jurka Kukuczki czy Erharda Loretana usiana była trupami i wypadkami. Erhard dwukrotnie łamał kręgosłup. Wydawało się, że obaj mają w sobie diabła. Dumny jestem z tego, że dla każdego z nich tylko okres partnerstwa ze mną pozbawiony był wypadków. Myślę, że diabły Erharda i Jurka przegrywały z diabłem Wojtka Kurtyki.

Stosunek Kukuczki do ryzyka był dla mnie nie do przyjęcia. Był to jeden z powodów rozpadu naszego partnerstwa.

Tłumaczył pan to sobie jakoś? 

- Kiedy się nad tym zastanawiam, to czuję niepokój. Pomyślałem, że będę musiał za to odpłacić. Może właśnie spłacam dług. W ostatnich latach zmieniłem się w niedzielnego wspinacza. Zdarza mi się - jak zeszłej zimy - jakaś próba w Tatrach, ale właściwie niewiele mi się udaje. Wszystko robię na ćwierć gwizdka. Nieraz mam wrażenie, jakby jakiś fenomenalny, zaklęty i dobry krąg wokół mnie zanikł. Coś się skończyło.

Jak pan sobie z tym radzi? 

- Zupełnie nie boli mnie stopniowe żegnanie się z ekstremalnym doświadczeniem górskim. Tak jest właściwie. Coś się kończy, coś zanika. Ale też czuję, że jakiś nowy, może jeszcze ważniejszy horyzont nieustannie otwiera się przede mną. Być może powodem są też silne więzi rodzinne, mimo że, do licha, wcale nie są łatwe. Krótko mówiąc, stara miłość wprawdzie nie rdzewieje, ale budzi się też nowa.

Gdyby zaczynał pan dziś i mógł korzystać z nowoczesnego sprzętu, zaatakowałby pan ściany, o których wtedy nawet nie myślał? 

- Powiem bezwstydnie, że miałbym ciekawsze pomysły, niż mają współcześni wspinacze. Po prostu miałem je już 30 lat temu. Drwiąc z obsesji koroną Himalajów, wymyśliłem realizację tego, powiedzmy, 10-letniego programu w jeden rok. Wymagało to pełnej asysty helikoptera i nowoczesnego serwisu meteo, no i... jak wynikało z moich kalkulacji, pół miliona dolarów. Artur Hajzer zawył z podniecenia i z powagą zaproponował działanie, ale z nim korona szyderstwa szybko przeistoczyłaby się w koronę chwały. Nadal jestem pewny, że zaaklimatyzowany wspinacz z helikopterem, wybierając rejony z optymalną pogodą, z łatwością w kilka tygodni wszedłby na kilka ośmiotysięczników. Już w 1983 roku Szwajcarzy weszli bez asysty helikoptera w trzy lub cztery tygodnie na G1, G2 i Broad Peak. Na pewno ktoś tego spróbuje.

Miałem też inne fajne pomysły, np. wejście na ośmiotysięcznik z Szerpanką lub Tybetanką. Ale to drętwe lobby wielkowyprawowe w PRL, bez zrozumienia dla stylu... Szkoda gadać.

Czyli brakuje nowej jakości? 

- Niezupełnie. Zadziwiające jest to, że w tym marketingowym zgiełku umykają prawdziwe perełki. Na przykład Ukrainki Koptiewa i Jasińska wraz z Rosjanką Czibitok zrobiły na Trango piękną nową drogę. Zaś rok temu przeszły genialną drogę na ogromnej, dwukilometrowej północnej ścianie Teng Kang Poche. To one są dla mnie najwybitniejszymi postaciami w himalaizmie światowym. Mężczyźni wypadają przy nich blado.

Są dziś ulepieni z miększej gliny? 

- Skąd, Steve House i Ueli Steck to twardziele. To niewątpliwie genialni wspinacze. Tyle że te dziewczyny zadziwiają jeszcze bardziej. One przekraczają nie tylko barierę siły i wytrzymałości, ale i barierę mentalną. Reprezentują coś, czego brakuje sztampowym trendom sportowym, rozgrywającym się poniekąd według tych samych reguł, na tej samej arenie. Te dziewczyny porywają się na przejścia w big wallu w niczym nie ustępujące mężczyznom, czyli burzą istniejący porządek. Coś jakby kobieta bijąca Tysona. To dziwne, że mądrale medialni przegapiają wydarzenia z innej galaktyki. W ogóle zadziwia mnie geniusz kobiet. To chyba jakieś wybryki ducha gender. Nic na to nie poradzę, że dzielność i kruchość Kingi Baranowskiej działają na mnie silniej niż samcza ambicja Adama Bieleckiego.

Baranowska: Nie jesteśmy już pierwszoligowymi wspinaczami

Co by pan jeszcze wyróżnił? 

- W ciemno dałbym Złoty Czekan [najbardziej prestiżowa nagroda alpinistyczna] dziewczynkom z Teng Kang Poche. A także dziadkom Sandy'emu Allanowi i Rickowi Allenowi, którzy zrobili trawers grani Mazeno. Sandy miał 57 lat, a Rick 59. Odnoszę wrażenie, że nawet do fachowców nie dociera, co oni zrobili. Trudności techniczne wprawdzie nie są tam duże, ale to jest kilkanaście dni wędrówki po grani, przez kilka siedmiotysięcznych wierzchołków, w sumie ponad 10 kilometrów grani, a na koniec Nanga Parbat - góra mit. I zrobiło to dwóch gości, którzy są poniekąd starcami. Widzę w ich wyczynie jakiś głęboko ludzki wymiar. To właśnie jest rodzaj sztuki, która wymaga jazdy w innym wymiarze.

Jednym z moich bezczelnych marzeń był trawers Himalajów północ - południe. To wyzwanie jeszcze większe niż grań Mazeno. Wybrałem miejsce, gdzie od północy do południa jest ciąg wybitnych gór. Nie ma chyba drugiego takiego rollercoastera w Himalajach: Manaslu, Peak 29 i Himalchuli. Sporo się nasiedziałem nad kalkulacjami, jak to rozegrać logistycznie. Marzyło mi się, aby zrobić z tej grani mój dom.

 

Nie brakuje panu sukcesu górskiego? 

- Mam już swoje lata.

Ale prawdą jest, że wcześniej miałem bezgraniczne poczucie jedności z tym, co robię. To był klucz do podjęcia ryzyka. Potrafiłem wejść z wewnętrznym spokojem w śmiertelną ścianę. Tego uczucia nieraz mi brakuje.

Tak było z Kohe Bandaka w Hindukuszu? 

- Strach i wahania trwały dwa dni. Aż nadeszło przełamanie i uczucie pełnego zaufania. Ta wspinaczka rozgrywała się pod dyktando szóstego zmysłu. W ścianie działy się dziwne rzeczy. Niektóre decyzje wydawały się nierozsądne, ale okazywały się bezbłędne. Np. wejście w ścianę po południu, co uratowało nam życie. Trzeciego dnia ruszyliśmy z biwaku znowu z rażącym opóźnieniem, w samo południe, i znowu kolejne podarowane życie, bo inaczej zabiłyby nas lawiny w kominie Cyklotron. Takie historie w górach powtarzały mi się parę razy.

Może więź z przyrodą pozwalała mi unikać głupstw i błędów? Kiedyś pytany przez laika, dlaczego przeżyłem w górach, odpowiedziałem przekornie: bo jestem tchórzem.

Tylko tchórz się cofa? 

- Nigdy nie wiedziałem, czy mój strach jest podszeptem diabła, czy głosem opatrzności. Dotąd nie wiem. Było kilka wycofów w moim życiu. Najtrudniejsze sytuacje zdarzyły się z Jurkiem Kukuczką, który kilka razy próbował mnie zabić, naturalnie siebie również. Ale gdy wspinaliśmy się razem, to ja dyktowałem warunki. Kiedy mieliśmy wejść na Manaslu, zmusiłem go do odwrotu. Dookoła przez godzinę zeszło kilka przerażających lawin, a on próbował wejść w najgorzej wyglądający, śmiertelny stok.

Czy wchodząc w ścianę, trzeba być pogodzonym, że można z niej nie wrócić? 

- Lepiej być pogodzonym, niż działać w panice. Ale tu nie chodzi o poddanie się, raczej o przygarnięcie własnego losu. Na Kohe Bandaka poprzedzające wspinaczkę dni pełne były zwierzęcego strachu. Trzymał nas w kleszczach: Alexa MacIntyre'a, Johna Portera i mnie. Czułem strach fizycznie. Stałem na zewnątrz, namioty były połączone przedsionkiem, zerknąłem do środka. Zobaczyłem Alexa, który siedział w bieliźnie, w kucki. Miał szeroko otwarte oczy i rozmawiał ze sobą. Zobaczyłem przerażonego człowieka.

Pamiętam rozmowę z Johnem, która przełączyła nam coś w psychice. Znikły wątpliwości. Pogodziłem się i podjąłem decyzję, że wchodzimy. Stanęliśmy wobec sytuacji ostatecznej, a jednak zachowaliśmy prawdziwy spokój ducha. Takie chwile robią w życiu różnicę.

 

Rozmowa z Marcinem Tomaszewskim: 20 dni w ścianie
Polska sensacja fizjologiczna: 30 lat temu Maciej Berbeka i Ryszard Gajewski zdobyli Manaslu jako pierwsi w zimie



To takie uczucie, które opisywał pan po przejściu bez asekuracji, czyli na żywca, drogi o nazwie "Chiński Maharadża"? 

- Na Maharadży było o wiele gorzej. Wszedłem w skałę spięty. Pod ścianą czułem się zaszczuty jak zwierzę. Przeciągające się chwile koncentracji pod skałą były okropne. Jestem pewny, że strach udzielił się trzem przypadkowym świadkom. Z psychicznego punktu widzenia "Chiński Maharadża" był porażką. Nie zachowałem w tej konfrontacji czystego stanu ducha, a więc przegrałem wyzwanie. To cud, że to się dobrze skończyło. Jednakże po tym "żywcu" przeżyłem chwile, które czuję do dzisiaj. Wspinanie otwierało bramę, którą później, w normalnym życiu, sam już łatwiej otwierałem.

Pierwszy kontakt z przyrodą tatrzańską, jeszcze w liceum, był olśniewającym przeżyciem. Podobne wrażenie zrobił na mnie widok Trango Tower lub pobyt na przełęczy między Broad Peakami. Te chwile budziły we mnie silne poczucie jedności ze światem. Łatwiej wrócić do nich w zwyczajnym życiu. Pobyt w lesie lub w ogrodzie powoduje wyciszenie na tyle głębokie, że nawet szydera Kuby Wojewódzkiego nie wkurza. W pewnym sensie nauczyłem się tego poczucia jedności i teraz je mam. Nieraz jednak je tracę i wówczas życie też traci jakość. Łatwiej dostrzegam w tłumie skurwiela. Łatwiej widzę w rysach ludzi podłość. Kiedy poczucie tej więzi powraca, nawet w nikczemnej twarzy widzę szlachetność a zamiast podłości cierpienie, które wzbudza we mnie litość. Tę wrażliwość umocniły we mnie przyroda i góry, dlatego będą dla mnie zawsze ważne.

Do czego można porównać napięcie zmysłów, które towarzyszy przejściu bez asekuracji, czyli żywcowaniu? 

- Koncentracja jest na najwyższym poziomie. Percepcja jest niesłychanie wyostrzona. Przypadkowy sygnał, nawet zwykły szmer powoduje silne zachwianie wewnętrznego spokoju i równowagi, zamienia się w coś w rodzaju grzmotu. Grzmot i już po tobie!

Czy wspinanie się bez liny jest etyczne? 

- Z liną czy bez liny - jaka różnica? Jej obecność nieraz nic nie daje. Np. przy trawersie pod serakiem, który właśnie zabił na Evereście 16 Szerpów. A czy możemy sobie przyznać prawo do ekstremalnie trudnego przejścia ściany lub grani w Himalajach, z których nie ma odwrotu? Tak czy siak, bywa to gra pół na pół.

Mamy to prawo oceniać? 

- Pamiętacie Nicka z filmu "Łowca jeleni''? Grał go Christopher Walken. Nick podjął grę w rosyjską ruletkę z Wietnamczykami. I wygrywał. Zawsze to jego przeciwnik strzelał sobie w łeb. I Nick nie był w stanie z tego opętania się wyzwolić. Kiedy zaczął grać z najbliższym przyjacielem, coś tam do niego zaczęło docierać. Ale nie wyzwolił się i rozwalił się.

 

Wspinacze często słyszą, że są niegodziwcami, bo podejmują ryzyko nie do przyjęcia. Może nie potrafią inaczej. Trudno mi jest potępić samego siebie. Zwłaszcza że doświadczenie żywca na "Maharadży" uporządkowało coś w moim życiu i pozostawiło dobry ślad. Czułem po prostu potrzebę stanięcia ponad własnym strachem, wzniesienia się ponad siebie samego. Tak to wyglądało u mnie. A Nick? Być może upokarzające przeżycie zwierzęcego strachu podczas pierwszej rosyjskiej ruletki, do której zmuszono go w niewoli, było tak niszczące, że przez ciągłe powtarzanie tej strasznej gry usiłował z czegoś się wyzwolić. Ta scena mnie dręczy do dzisiaj.
                                                             Duży Format 15 maja 2014


"Chiński maharadża" Wojciecha Kurtyki, wydawnictwo Góry Books, to psychologiczny thriller górski 



 

-----------------

KONTAKT  CDN