|
--------------------
SOBOTA
30 MAJA
Pierwszy dzień
w moim nowym mieszkaniu.
To już dwunaste z kolei i mam nadzieję, że ostatnie.
Pierwsze własne. Własne, bo zapłaciłem i mieszkam, ale chcą mi je
zabrać i sprzedać, by oddać pieniądze tym, co nas
oszukali.
W Szwecji uczyłem języka polskiego. Przez kilkanaście lat
odkładałem i wracając do kraju byłem dumny, że zatrudnię
dwie osoby; jedna będzie pracować za moją emeryturę a
druga za pieniądze na to mieszkanie. Teraz doszło
jeszcze kilkoro innych, którym muszę płacić. Adwokaci
bronią mnie przed utratą mieszkania, syndyk próbuje je
sprzedać. I jeszcze dzień i noc czuwają, aby z bloków
czegoś nie ukradziono.
- Zawsze mówiłeś, że nie chcesz mieszkać na ogrodzonym osiedlu a tu
masz siatkę dookoła i prywatnego ochroniarza - żartuje
siostrzeniec.
Ponieważ w nocy w całym osiedlu nie ma żywego ducha, czuję się jak
Robinson krakowski. Pierwszy raz mogę grać na skrzypcach
nie obawiając się, że ktoś tego słucha. Samotność w
samym sercu Krakowa.
Dawno temu dotarłem
autostopem do Asyżu.
Na całą wyprawę miałem 10 dolarów, które i tak trzeba
było przemycić. Korzystałem więc z poleconych adresów.
- W mieście świętego Franciszka pytaj o brata Polaka - radzili
bardziej doświadczeni.
- Io vogljo fratello Polacco - mówię do zakonnika na furcie.
Przyszedł staruszek, pochylony, posuwał nogami. Zawsze mówił w
trzeciej osobie.
- Jak sobie podje, to niech idzie do siebie tak, żeby nikt go nie
widział, bo znowu powiedzą, że Polak Polaka sprowadził.
- Zostawił mnie w pustym refektarzu z miską makaronu i
butlą rozwodnionego wina.
Wcześniej byliśmy na galerii, z której widać cudowne pagórki
Umbrii.
- Tutaj ma dwadzieścia cel, to sobie wybierze. - Przez kilka dni,
zupełna cisza w ogromnym klasztorze. Tak jak teraz.
ASYŻ
|

tu,
na samej górze były moje
cele
|
-----------------------
NIEDZIELA 31 MAJA
Przeprowadzka z dwoma tysiącami książek na piąte piętro to
nieludzki wysiłek. Winda jest, ale nie działa.
Następnego dnia siedzę, patrzę przez okno i błogosławię
architekta, który przeszklił drzwi i balkon. W dole
rośnie potężny dąb i jesiony, dalej pasmo drzew aż do
lasu na Skałkach Twardowskiego. Wieczorem przyleciały
jerzyki. Wysoko, przecinają niebo
zakosami w karkołomnych akrobacjach. Między drzewami,
jak strzały, śmigają kosy. Czasem przeleci gawron,
nieporadny bombowiec przy tamtych myśliwcach. A
wszystkie czarne jak węgiel. Raz przepłynęła roztańczona
mgławica małych ptaszków.
Dwie czarne muchy, przyklejone do szyby, tu sobie znalazły
bezpieczne miejsce.
Na schodach nie ma światła. Wczoraj pracowałem do północy i
zapomniałem latarki. Schodziłem, trzymając się poręczy i
licząc stopnie. Gdy pod nogami zaszeleściły śmieci,
zrozumiałem, że jestem w piwnicy. Trzeba wyjść piętro
wyżej, tam puścić poręcz i znaleźć wyjście z hallu. Ale
gdy na ścianie poczułem metalowe drzwi skrzynki na
wodomierze, które są tylko na piętrach, zgłupiałem. Aby
się upewnić, znów zszedłem niżej, wróciłem i znalazłem
wyjście. Dziś sprawdziłem wszystko. Metalowe drzwi
skrzynki okazały się windą, o której zapomniałem a w
piwnicy jest otwarty, półtorametrowy dół. Zastawiłem go
paletą.
--------------------------------
PONIEDZIAŁEK 1 CZERWCA
Część każdego dnia schodzi mi na szukaniu. Ponieważ paczki były
zbyt ciężkie do wnoszenia na taką wysokość,
transportowcy przepakowali je, mieszając wszystko ze
wszystkim. I tak, nie wiem gdzie są sztućce. Mam tylko
małą łyżeczkę, której strzegę jak oka w głowie. Można
nią posłodzić herbatę, jeść makaron czy posmarować
chleb. Odnoszę ją w jedno i to samo miejsce, ponieważ
łyżeczki posianej nie wiadomo gdzie, trzeba potem długo
szukać. Z tego chaosu, wyłoniło się już kilka centrów,
jedno - kulinarne, drugie - elektroniczne, trzecie -
higiena, czwarte centrum - garderoba, piąte - dopiero w
zarysie.

Podobnie jest z książkami. (FOTO) Wnosili je, wysypując na stosy i
tak ojciec Leon w mnisim kapturze, pokornie słucha
Sokratesa Krońskiej a Gombrowicz przeprosił się z
Sienkiewiczem. Piotr Wielki obok Piłsudskiego i
Znajomych z zerówki, Małgorzaty Musierowicz. Wypłynęła
też mała książeczka Staszka Goli, z którym mieszkałem w
Żaczku. Każdego wieczoru, sam dla siebie, z pamięci
"odmawiał" szeptem kilka wierszy tak, jak ja modlitwy.
------------------------
WTOREK
2 CZERWCA
Przedpołudnia spędzam w urzędach. Dziesięć dni zajęło mi
zameldowanie a kilka razy wydawało się już niemożliwe.
Brakowało wymeldowania. Zadzwoniłem do poważanej osoby w
mojej rodzinnej wsi. Przyjaciel poszedł i dzwoni, że
mnie tam nie ma w żadnych dokumentach, bo po 30 latach
wysyłają je do Przemyśla. Dzwonię do tego archiwum.
Poszukają, ale trzeba napisać podanie, można e-mailem,
choć jego odbiór zajmie parę dni a kolejka poszukujących
jest na kilka miesięcy. Po tłumaczeniach, pani
archiwistka obiecuje znaleźć mnie w ciągu tygodnia. I
nie znajduje. Dostaję zaświadczenie, że szukano wśród
posiadaczy pastwisk, koni, gruntów rolnych, itp. Jedyna
wartościowa rzecz, jaką wtedy miałem, to skrzypce, ale
takiego spisu widocznie nie ma.
Jadę do urzędu. Odesłano mnie do młodej, energicznej i jak się
okazało, życzliwej kierowniczki, która przez godzinę
wydzwaniała do wszystkich możliwych miejsc i w
Jarosławiu znalazła świadectwo mojego urodzenia. A więc
na pewno istniałem.
- To wystarczy - mówi - a tu wpisze pan adres ze Szwecji.
Po trzech dniach mam odpis aktu i znowu jestem w urzędzie.
- Akt urodzenia, zamiast wymeldowania, to niemożliwe - mówi pani za
biurkiem.
- Ale pani kierowniczka powiedziała...
- Pani kierowniczki dzisiaj nie ma - ucina moje tłumaczenia. W
końcu daje się przekonać o ile dowiozę papier z
Przemyśla. Wszędzie jeżdżę na rowerze, więc następna
godzina gimnastyki i pani idzie kserować dokumenty.
Natychmiast wraca, bo zauważyła, że na zaświadczeniu odbioru
mieszkania brak pieczątki dewelopera. Musi być! Jest
piątek, późne popołudnie. Telefon dewelopera nie
odpowiada, więc mam dwa dni na rozmyślania, co zrobić,
jeśli bankrut zlikwidował biuro.
- Wyrobisz sobie jego pieczątkę - radzi siostrzeniec.
Biuro było. Jedyny, od stycznia nieopłacany urzędnik przyniósł
kilka pieczątek do wyboru i tak zakończyła się ta część
Odyssei. Skąd właśnie ten poemat? Bo w nim Odys po wielu
przygodach wraca do ojczystej Itaki. A którą z nich
przypomina ta historyjka? Tę, z jednookim cyklopem.
Gdyby go nie oślepił a siebie i towarzyszy nie
przywiązał pod baranami, zostałby zjedzony. Niewiele
brakowało i mnie zjadłby jednooki potwór.
Przez trzydzieści lat w Szwecji nie spędziłem w
urzędach tyle czasu, co tutaj przez te 10 dni. Tam nie
ma zameldowania ani pieczątek. Nie ma też dowodów
osobistych, który teraz próbuję wychodzić, bo znów nie
mogą znaleźć poprzedniego.
Tak, ale tam już w XVII w. żył Oxenstjerna,
geniusz od biurokracji i uporządkował kraj a potem,
przez dwieście lat bez wojen, porządek ten doskonalono.
Ale dawno już przesadzili. Przykłady? Na moim osiedlu
nie wolno było mieć psów, bo brudzą a na strzyżonych
regularnie trawnikach ostały się tylko stokrotki. Cóż to
za podwórko bez psów? Albo trawniki bez bodziszków,
których pełno na bulwarach nad Wisłą? Nauczyłem się nazw
wszystkich kwiatów przy krakowskich ścieżkach i mam
dziesiątki podobizn biegających kundli.
Człek jest jak pijany chłop wracający gościńcem
do domu. Co wylezie z jednego rowu, to zaraz wpadnie po
drugiej stronie. Ale po tej drugiej stronie, miałem tam
czyściutki śmietnik z wieloma pojemnikami i czerwoną
skrzynką na baterie. Jego dach był pokryty ziemią i
kwitły na nim
rozchodniki. (FOTO)

----------------------
ŚRODA 3 CZERWCA
Przez kontakt na mojej stronie internetowej
otrzymuję wiadomość, że w dawnym mieszkaniu zalewam
sąsiadce łazienkę. Nie mogąc się dodzwonić, jadę
taksówką na miejsce. Po drodze, wyobrażam sobie jak woda
spływa z balkonu-galerii. Kierowca uspokaja mnie, że nic
się nie stało, bo to przecież tylko czysta woda.
Otwieram drzwi do mieszkania i wody nie widać, otwieram
łazienkę, także sucha. Okazało się, że zawór, który
zakręciłem, zaczął przeciekać i kapiąca woda przeniknęła
przez podłogę.
Dom wybudowano w początkach PRLu a mój pokój,
wynajęty od znajomej ze Sztokholmu, nie był remontowany
nigdy. Przeciekał kaloryfer i rury wodociągowe. Gdy się
wprowadziłem, nie było żadnych drzwi wewnętrznych a
artysta fotograf, który mieszkał przede mną, ściany
pomalował na granatowo, szafę w żółte koła a na
zniszczonych parkietach zostawił plamy we wszystkich
kolorach.
Miałem tam mieszkać rok, najwyżej dwa a wyszło
pięć. Nie rozpakowałem paczek z książkami, które
zajmowały kuchnię, zresztą nie zmieściłyby się w
malutkim pokoiku skoro całość miała 28 metrów. Tym
bardziej, że architekt łazienkę umieścił między kuchnią
i pokoikiem a środkiem w kształcie litery L biegł długi
korytarz. Właścicielka nazwała go drugim pokojem. Pod
kuchennym oknem, w ścianie, była rozsuwana szafka,
pewnie zamiast lodówki. Obok mnie, na takiej
przestrzeni, mieszkało małżeństwo z dwójką dorosłych
dzieci.
----------------------------
CZWARTEK 4 CZERWCA

Od rana pada deszcz. Chwilami mży i wtedy
szyba, pokryta tysiącami kropelek, przypomina kryształ.
(FOTO)
Niektóre krople kluczą między tymi, co już
nieruchome, osuwają się w dół i jakby się ścierały stają
się coraz mniejsze, aż w końcu zatrzymują się i one.
Tylko te największe prują prosto i zbierając po drodze
inne, giną u dołu okiennej ramy.
Poi si torno all'eterna fontana - Potem się
wraca do wiecznego źródła. C. S. Lewis, Smutek.
Widziałem podobną instalację w Bunkrze Sztuki.
Na wystawie były dzieła korzystające ze zjawiska chaosu,
tzn. procesów niemożliwych do przewidzenia. Każdy ślad
spadającej kropli jest inny, ponieważ ciągłe
najmniejsze, nawet niewidoczne zmiany, wpływają
(dosłownie) na ich ruch. I taka jest też nasza sytuacja.
Jedni przewidują, że stracimy mieszkania, inni
przeciwnie są pełni optymizmu. Ale zarówno ci pierwsi,
jak i ci drudzy, zależnie od charakteru i życiowych
doświadczeń, opierają się na kilku przypadkowych
faktach.
W samo południe, tuż za oknem, słyszę dzwon
Zygmunta. Majestatyczny dźwięk. W przyrodzie nie ma
takiego, bo nawet piorun to nie to. Królewska pewność,
spokojna i radosna potęga.
------------------------
SOBOTA 6 CZERWCA
Na zakupach. Mój brat, który o budowaniu wie
wszystko, powiedział: kup sobie wiertarkę. Stoję więc
przed tymi pistoletami. Który wybrać? Ceny od
kilkudziesięciu do kilkuset złotych. Z ich siłą,
podobnie. Biorę średnią, 810 watów.
Z wiertłami jeszcze ciekawiej. Jedno kosztuje
40 zł a cała paczka o różnych rozmiarach, zarówno do
żelaza jak i do drewna a także jakieś spiralne i 300
dybli, zaledwie 10 zł. Nawet z plasteliny, tak
zapakowane, zamknięte na trzy spusty, powinny kosztować
więcej. Sam transport z Chin jest więcej wart. Ja wiem,
że to do niczego, ale może wywiercę kilka dziur i na
pewno nie będą to w żelazie. A przynajmniej się nauczę,
do jakiej śruby użyć 4 mm a do jakiej 10.
--------------------------------
PONIEDZIAŁEK 8 CZERWCA
Licząc, że wynajęcie mieszkania na naszym
osiedlu jest warte 1 000 zł, wynajęcie wszystkich, to
180 tysięcy. W ciągu roku ponad dwa miliony.
Nie liczę garaży, dwóch poziomów przestrzeni
użytkowej i innych dochodów. A tymczasem już drugi rok
mieszkania te stoją puste. Jak nazwać taką rozrzutność?
Skoro ja mogę mieszkać to znaczy, że
praktycznie jest to możliwe a więc pozostali wyrzucają
miliony w błoto.
-------------------------
ŚRODA 10 CZERWCA
Wieczorem poszedłem nad Zalew. To miejsce do
mieszkania wybrałem także ze względu na bliskość lasu.
Na polanach, dookoła kamieniołomu, rosną chyba wszystkie
kwiaty, jakie w życiu widziałem. Wyróżnia się wysoki,
karminowy goździk i drugi, którego nie znam,
ciemno-niebieski, podobny do łubinu.
Wszędzie winniczki. Mały chłopczyk liczy je a
gdy brat go poprawia:
- Przecież ten domek jest pusty,
- Bo ślimaczek poszedł sobie na wycieczkę -
odpowiada tamten.
Nieprzyjemny zgrzyt, tak, wlazłem i rozgniotłem
żywe stworzenie, które dom nosi wszędzie ze sobą.
Nad Wisłą, tam gdzie mieszkałem poprzednio,
miałem kilka bezpańskich orzechów. Planowałem, że
powrócę, gdy przyjdzie czas robienia nalewki, tymczasem
tutaj są ich dziesiątki. Widocznie ta ziemia na skałach,
to dobre miejsce dla kwiatów, winniczków i orzechów.
-------------------------
SOBOTA 13 CZERWCA
Każdy ma swoje Kilimandżaro - powiedziała dziś
w radiu Anna Dymna.
Moje ma zaledwie pięć pięter, ale stoi nad
przepaścią eksmisji na bruk.
W takich momentach życia, gdy się ma na głowie
tysiące spraw poznajemy, co znaczy pomoc innych. Podczas
tej przeprowadzki ze Szwecji na Wierzbową, bez przerwy
ktoś mi pomagał. Najczęściej radą. Kilka osób pytało czy
nie potrzebuję pomocy? Ale najbliżsi nie musieli pytać.
Zosia u swojej znajomej, załatwiła mi mieszkanie w
Krakowie, Ewa poleciła osobie pracującej w konsulacie w
Malmo a Ryszard podarował mi paczki, przemyślnie
składane, specjalnie do przeprowadzek. Kilkanaście
rodzin zapraszało mnie do siebie na pożegnalne
przyjęcia. Byłem tak zmęczony, że nie mogłem mówić a tu
propozycja kilkugodzinnego gadania. Odmawiałem i widać
było, że niektórzy czują się urażeni.
Poznaje się też wtedy, co znaczy rodzina,
której pomoc jest bezwarunkowa.
--------------------------
WTOREK 16 CZERWCA
W ogóle żyliśmy tam jakby w dwóch różnych
wymiarach.
Oni spokojni, pewni tego, co będzie jutro, za
rok, czy nawet do końca życia. W Szwecji, gdy się już
człowiek zakorzeni, może żyć z zamkniętymi oczami.
Wszystkie mechanizmy działają bezbłędnie. Poruszali się
więc jak na zwolnionym filmie, gdy ja zrywałem więzy,
szamotałem się na wszystkie strony, przeważnie
niewiadome. A jednak było mi ich żal. Zobaczyłem wtedy
tam, nasze, imigrantów, sieroctwo.
Teraz kupuję wszystko, co szwedzkie a więc mam
kuchenkę, szafę, drewniane żaluzje z IKEI. Ściany
pomalowane szwedzką farbą. Na imieniny dostałem sztućce
a sam częstowałem szwedzkimi hot dogami, lignon
(czerwone borówki) i gloggiem (korzenne wino). Nawet
nieświadomie - zauważyłem dopiero w domu po napisach na
opakowaniu - kupiłem szwedzką deskę sedesową, która
reklamuje się jako ekologiczna. Wyjątkowo masywna i
twarda, widocznie nie chodzi tu o moje środowisko. Mam
do nich zaufanie, bo tam wszystko jest naprawdę tym, za
co się podaje. A więc kuchenka jest kuchenką, szafa,
szafą i wiem, że z deski sedesowej nagle nie spadnę.
Po przyjeździe do Szwecji pracowałem przy
sadzeniu tulipanów na akord. Ogrodnik powiedział nam
studentom, że z podwórka do hali, mamy wozić po 10
skrzynek z ziemią. Ale ponieważ w drzwiach mieściło się
20, więc ładowaliśmy ile się dało. Gdy on to zobaczył,
widziałem jak nie może pojąć dlaczego, skoro powiedział
10, my wozimy po 20 skrzynek? Dlaczego nie robimy tak,
jak on mówił? Zabrał nam wózek i mogliśmy nosić, ile nam
się podobało.
Najczęstszym powiedzonkiem, już prawie
przerywnikiem, który ciągle się powtarza w radiowych
rozmowach, jest zwrot "tak naprawdę". Ktoś mówi jak jest
i zaraz dodaje, "ale tak naprawdę..." Czyli to, co mnie
się wydaje, że jest, to tylko złudzenie, fikcja, a tu
magik od radiowego stolika, pstryk, ujawnia mi zakrytą
prawdę.
-----------------------------
CZWARTEK 18 CZERWCA

Zachwycałem się szwedzkim dachogródkiem a tu za
oknem także mam śmietnik, dach zarośnięty chwastami a na
dodatek jeszcze garaż. Trzy w jednym. (FOTO)
Tak jak wszyscy, szukam pomocy w urzędach.
Najpierw pojechałem do biura znajomego senatora. Młody
aspirant poinformował mnie, że senator przyjmuje tylko w
co drugi poniedziałek i poradził przyjść godzinę
wcześniej, by zająć kolejkę.
Jadę więc piękną trasą rowerową wymijając na
niej przechodniów. Biuro się mieści w prywatnej willi.
Brama jest zamknięta, zimno. Byłem pewny, że kolejkę
zajmę na korytarzu, gdzie stoi kilka krzeseł a tymczasem
mam chodnik. Pół godziny przed otwarciem przychodzi
starsza pani. Przyjechała z daleka. Zaraz po niej,
zjawia się młody człowiek pracujący w krakowskim
wydawnictwie i prosi, by go przepuścić w kolejce, bo
chce odebrać papiery, które dziś jeszcze musi gdzieś
zanieść.
Mija godzina 19 a senatora nie ma. Kolejka
powiększa się o trzech panów w garniturach i z
półgodzinnym opóźnieniem, zajeżdża auto, wysiada senator
ze świtą. Powiało władzą. Za spóźnienie przepraszał
papież, tu ani słowa. Przyjmuje mnie w małym pokoiku,
tłumaczę, że kilkaset osób, że wołająca o pomstę
niesprawiedliwość, że możemy przyjść grupą, pyta czy nie
mam jakichś papierów. Daję mu skierowanie do
prokuratora. Wszystko trwa parę minut. Obiecuje odpisać
mailem. Mija tydzień, dwa, cisza. Dzwonię, nagrywam się
na automatyczną sekretarkę, ale już nie czekam. Senator
ma pewnie ważniejsze sprawy a tu stracił tylko jeden
głos w wyborach i znajomego.
---------------------------------
PONIEDZIAŁEK 22 CZERWCA
Wreszcie wszystkie książki stoją na półkach.
Zapakowane, czekały pięć lat. Przez cały wieczór patrzę
na nie tak, jak wcześniej przez okno. Bez nich moje
życie wyglądałoby zupełnie inaczej. Na wsi mieliśmy
tylko dwuhektarowe poletko, więc umiem się posługiwać
sierpem, narzędziem z epoki żelaza.
Odkąd pamiętam, zbierałem książki. Wtedy bez
wyboru, każdą dostępną wymieniałem za znaczki pocztowe
lub kupowałem za pieniądze, zarobione zrywaniem jagód,
które babcia sprzedawała pod halą. W niedzielę, na
stoisku przed księgarnią w Jarosławiu, ciągnąłem jeden
los. Gdy był pusty, przesuwałem się jak najdalej od
sprzedającej i gdy spojrzała w bok, ściągałem z brzegu
upatrzoną książkę, chowałem za koszulę i biegłem,
zatrzymując się dopiero pod wiaduktem kolejowym na
granicy miasta. Do dziś śni mi się ten bieg.
W tak kompletowanej bibliotece, obok Jaszczura,
Balzaca, którego znalazłem w szafce dziadka, stały
Dzieła wszystkie, Krasickiego, ogromna księga z początku
XIX w. na żółtawym, pergaminowym papierze, której
brakowało kilkunastu kartek. Otwierałem ją zawsze w
czasie choroby i zasypiałem nad Mikołaja
Doświadczyńskiego przypadkami.
Pierwszą książką, którą przeczytałem była
Historia gałgankowej Balbisi.
Drugą były Martwe dusze, Gogola. Zdzierżyłem tylko kilka
stron i do dziś pamiętam opisany tam pokój z karaluchami
jak suszone śliwki. Kilka książek z pierwszej biblioteki
sprzed pół wieku, o wytartych grzbietach, podpisanych
dziwnym pseudonimem, ponumerowanych, stoi przede mną na
półce.
--------------------------
WTOREK 23 CZERWCA
Czy nasz król Mieszko ma coś wspólnego z
mieszkaniem?
Oczywiście. W czasach Piastów, "mieszkać"
znaczyło "robić coś powoli, guzdrać się" a w
domu się "bydliło", (stąd "bydło"), czyli "było". "Mieszkiem"
(misiem) nazywano też niedźwiedzia, który porusza się
niezdarnie. (Samo słowo "niedźwiedź" pochodzi od
"miodojad". Czyli można powiedzieć, że sąsiedzi ze
wschodu, za władcę mają Mieszka I - Miedwiediewa). Nasz
pierwszy król musiał więc przypominać niedźwiedzia.
A jaką ścieżką skojarzeń, "guzdranie się"
przeszło w "stałe przebywanie w domu"?
Zaczęto mówić, że "komuś się mieszka" to
znaczy, że "czas mu się dłuży".
Do dziś pozostało "nie omieszkaj", jako "nie
zwlekaj, nie przegap".
Trzeba pamiętać, że wówczas odwiedziny nie
trwały godzinę czy dwie lecz przeważnie kilka dni. Jeśli
ktoś do znajomych jechał konno przez lasy dziesiątki
kilometrów, to nie mógł zaraz wracać i dlatego "witaj"
znaczyło "zanocuj u nas". I tak "mieszka" zaczęto
mówić, gdy ktoś "zwlekał z wyjazdem". A stąd już tylko
krok do dzisiejszego znaczenia.
W moim przypadku, oba te znaczenia są
prawdziwe. To, co najważniejsze zrobione, po tygodniach
pośpiechu, mogę się poguzdrać w mieszkaniu.
-------------------------
PIĄTEK 26 CZERWCA
Tam, gdzie mieszkałem poprzednio, nie było
korytarza tylko biegnąca wzdłuż wszystkich 10 mieszkań
na piętrze, galeria. Gdy robiło się cieplej, życie
przenosiło się na balkon. U wejścia, przy rozkładanym
stoliku, popijała kawę pani Agata. Przez okno z kuchni
dolatywał zapach potraw, którymi pani Halina co rusz
kogoś częstowała.

Tuż za progiem w poprzek, leżała Roksa. (FOTO)
Gdy wychodziłem, nawet w największe upały, podnosiła
się, łapą otwierała drzwi i po chwili wracała z piłeczką
w zębach. Uwielbiała być bramkarzem. Nawet z kilku
metrów, trudno było strzelić jej gola.
Po mojej drugiej stronie mieszkała charakterna
góralka, pani Małgosia, dla której "tak" znaczyło "tak",
a "nie", nie. Przez pierwsze dwa lata, przyglądała mi
się bez przekonania. Może dlatego, że nauczyłem się
szwedzkiego "nja", które znaczy coś pośredniego
między "nie" (nej) i "tak"(ja). Po pięciu
latach moglibyśmy jednak chyba konie kraść. Natomiast
jej jamniczek Filipek, do ostatnich swoich dni, szczekał
na mnie groźnie. Moje kuchenne okno wychodziło w samym
środku galerii tak, że chcąc nie chcąc, każdego dnia
słyszałem wszystko, co się wydarzyło.
A mężczyźni? Byliśmy bladym tłem dla tych
dzielnych kobiet, o sercach jak wulkan. One od zawsze
wiedziały, że "tak naprawdę" w życiu liczy się
serdeczność, reszta - wybacz Roksa - psu na budę.
-----------------------------
NIEDZIELA 28 CZERWCA
Z kościoła, w którym dziś mówiono, że "ten, kto
ma dużo, nie powinien mieć za wiele" (św. Paweł), wracam
pasem zieleni na osiedlu Podwawelskim. Wiele tu drzew,
nieskoszonej trawy, wszędzie proste, gustowne ławeczki.
Osiedle ubogie, lecz zadbane. Przy jednym z szarych
śmietników, rośnie kilka kwiatów a tego jeszcze nie
widziałem. Na tych podwawelskich plantach jest już nowy,
unijny, plac zabaw, ale także pozostałości po dawnych.
Tu i tam pojedyncze zjeżdżalnie, boiska, huśtawki,
drabinki a nawet ogromna atrapa ciężarówki bez kół, do
zabawy. Ależ Martynka się ucieszy! Gdy była niedawno,
kolekcjonowała place zabaw. Odwiedziła cztery a nie
wiedziałem, że po drugiej stronie ulicy takie cuda.
Idę i nagle masywny płot z metalowych prętów a
za nim wiezienie? Szpital chorób zakaźnych? Poprawczak?
Zaraz wyskoczy rottweiler? Nie. To tylko nowiutkie,
lukrowane osiedle. Ludzie oszczędzali całe życie, więc
boją się, że mógłbym przejść pod ich blokami. Mają nawet
malutką, wychuchaną piaskowniczkę, więc ich dziatwa
odgrodzona od złych wpływów takimi prętami, na pewno
wyrośnie na ludzi. Jakich? Przestraszonych.
Podejrzliwych. Lepszych od innych. Smutnych. Samotnych.
Ale za to bogatych!
--------------------------
WTOREK 30 CZERWCA
Ponieważ nie muszę już szukać łyżeczki, więc
szukam odpowiedzi na jedno z pytań, które cały czas nie
daje mi spokoju. A nie daje dosłownie, bo godzinami
muszę się guzdrać z jego skutkami. Już drugi dzień
różnymi chemikaliami, ścieram zacieki po bezbarwnym
kleju. Zachlapane są nim szyby w oknach i drzwiach,
płytki na balkonie i drzwi wejściowe.
Dlaczego ci młodzi chłopcy (rozmawiałem z nimi,
gdy budowali ten blok), wszędzie gdzie tylko mogli,
zostawili coś niewykończonego jak dziury dookoła futryn
albo jeszcze gorzej, spartaczyli to, co robili. Wokół
drzwi wyjściowych zachlapali gładzią połowę futryny.
Odpowiedzi, że się śpieszyli, że nikt ich nie pilnował,
że niedouczeni a nawet, że byli pijani, nic mi nie dają.
O spokoju nie mówiąc. Wolę już zostać z tym pytaniem.
PS.
Być może, ci budowlańcy nie nauczyli się
jeszcze, że gdy się coś robi, to największą frajdę ma
człowiek z tego, że wykonał to dobrze. Zwierzętom
wystarczy, że się najedzą, my potrzebujemy jeszcze, by
było smaczne, ładnie podane i w dobrym towarzystwie.
Szkoda, że oni o tym nie wiedzą i tracą radość z dobrze
wykonanej
roboty. A ja, czas.
----------------------
CZWARTEK 2 LIPCA
PO ZEBRANIU
Kilku bogatych cwaniaczków wzięło od 200
ludzi, ich z trudem zdobyte pieniądze, mówiąc, wybudujemy wam domy, w których
będziecie mieszkać.
Gdy domy były gotowe, cwaniacy powiedzieli
do każdego z osobna,
-wykup jeszcze raz swoje mieszkanie bo jak
nie, to go nie dostaniesz
i stracisz też pieniądze za które
wybudowaliśmy te domy.
-To bezprawie, rozbój w biały dzień,
odpowiedziało 200 zwykłych, dzielnych ludzi i odebrało cwaniakom swoje
domy.
Teraz przedstawiciel prawa orzeknie, czy
prawo stoi po stronie kilku bogatych oszustów, czy po stronie 200 zwykłych, dzielnych,
wierzących w praworządność, ludzi.
----------------------
NIEDZIELA 5 LIPCA
Wczoraj całe popołudnie sprzątaliśmy
klatkę schodową i hall
przy wejściu do pomieszczenia użytkowego. Pełno tam było kartonów,
styropianu, płytek, rur, paneli, gruzu, o kurzu nie wspominając. Ktoś z
hallu przy wejściu, zrobił sobie ubikację, inny miejsce na skrzynkę w
ścianie wypełnił gruzem, mimo iż parę metrów dalej, nad garażami, było
wysypisko śmieci.
Po co jednak miałby drzwi otwierać?
Odtąd klatka schodowa jest nasza. I szlag
nas będzie trafiał, gdy ktoś znów zostawi puszkę po piwie, peta lub
niepotrzebne kartony. Mieszkanie jest moje, klatka schodowa jest nasza.
Sprzątający z nami socjolog Marek, powiedział -to użytkowanie czyni, że
coś traktujemy jako swoje. Wystarczyło, że oddałem klucze do
poprzedniego mieszkania i teraz gdy przyjeżdżam tam po pocztę, patrzę na
wszystko jak obcy.
Wiele, jak zawsze, zależy od człowieka.
Dla mnie nauczyciela, wszystkie dzieci są nasze, podobnie jest z
przyrodą, chociaż nie jestem leśniczym. Jedni wszędzie czują się u
siebie, inni tylko w tym miejscu, w którym się urodzili. Niektórzy biorą
w posiadanie swoje mieszkania na Wierzbowej a Darkowi, który zostawił
swój głos na forum, niezbędny do tego jest papierek z czyimś podpisem. W pełni szczęśliwy byłby pewnie tam gdzie mówią,
że "czieławiek bez bumażki jest pędrakiem".
Czasem przy krawędzi nad garażem, stoi
ktoś i smętnie wpatruje się w okna niewykończonego bloku A. Gdy pytam,
które jest jego, nie zawsze umie wskazać.
Moje? Nasze? U siebie?
W Szwecji było mi dobrze, ale nigdy nie
czułem się tam u siebie.
Z BALKONU
wschód
zachód
|

KAMEDULI jaśnieją ZMARTWYCHWSTAŃCY
straszą
 |
---------------------
WTOREK 7 LIPCA
Tego jeszcze nie było, będę chwalił URZĄD.
Wypada rymami:
5 minut, 3 rozmowy
i sprawa z głowy.
Niech żyje Urząd Pocztowy!
Rozmowa 1. na poczcie: Wierzbowa 4.
-Zadzwoni pan do centrali na
Kobierzyńskiej, tu jest numer telefonu...
Rozmowa 2. telefoniczna z p. kierowniczką
na Kobierzyńskiej.
-Zadzwoni pan o 8. rano do listonosza z
Dworskiej.
Rozmowa 3. j.w. pan listonosz wie o
problemach naszego osiedla.
-Napisze pan pisemko i zostawi na
Wierzbowej.
Napisałem, zostawiłem.
-Tylko niech pan przychodzi raz w tygodniu
zapytać...
-Mogę codziennie.
Listy na mój adres: Dworska 1, będą czekać
na poczcie po drugiej stronie ulicy, bo w bloku nie ma skrzynek pocztowych.
Myślenie tej trójki - całkowicie
zadaniowe. Ani cienia martwych paragrafów.
Skąd się to u nich wzięło? Skąd ten dźwięczny i nierozdwojony głos,
którym przyjmowali mnie, nieznajomego? Czy to dlatego, że ich praca łączy ludzi?
Czy dlatego, że szeregowa piechota,
listonosze, nie zasiedziała się za biurkiem?
W Szwecji byłoby to niemożliwe. (Sam
problem zresztą też).
Tam wszystko idzie jak z płatka ale czasem
i ten płatek się zatnie i wtedy stają bezradni. Gdy pracowałem w ogrodnictwie razem z
grupą Rodaków, w takiej sytuacji myśmy czuli się jak ryby w wodzie, oni nie
wiedzieli co robić?
"Trza se radzić, powiedział baca,
zawiązując buta glistą".
Super! Jak powiedział pan listonosz.
----------------------
CZWARTEK 9
LIPCA
Gdy podpisywałem umowę na mieszkanie,
zapytałem p. Legerską.
-Czy będzie jeszcze umowa "wstępna" a
potem "definitywna", skoro ta, którą podpisuję nazywa się "przedwstępną"?
-To tylko taka nazwa, odpowiedziała.
Dziś dowiedziałem się, że kwestionują,
iżby nasze umowy z deweloperem, jako przedwstępne, były wzajemne.
Czy może być UMOWA, która nie jest wzajemną? Czy w języku polskim, można powiedzieć:
"umówiłem się z nią na 9.00 ale ona ze mną się nie umówiła"? Można tak
powiedzieć ale żartobliwie, zamiast, "dostałem kosza". Co powiedzieć o
ludziach, którzy żartują, gdy chodzi o miliony?
A może nie mówią po polsku?
-------------------
PIĄTEK 10 LIPCA
MacIntyre na
560 stronach, opisuje jak Europejczycy w ciągu trzech tysiącleci, różnie rozumieli sprawiedliwość.
Dla Greków, sprawiedliwy był ten, kto
dobrze wypełniał obowiązki względem swojego polis.
Dla chrześcijan, każdy inny człowiek to
moje drugie "ja" a więc powinienem dbać o niego, jak o siebie samego.
W XVIII-wiecznej Anglii, sprawiedliwe było
to, co dobre dla posiadaczy i dlatego bogatemu nie pozwalano żenić się z biedną (Jane
Austen).
Dziś sprawiedliwość mówi: na ile tylko
potrafisz i możesz, dbaj o siebie samego.
Jaka sprawiedliwość decyduje, że pieniądze
wyłożone na budowę naszych domów, najpierw zwrócą tym, którzy wykupili
obligacje a nam dopiero na szarym końcu?
- Im chodziło o zysk.
= Nam, o dach nad głową.
- Oni, doświadczeni spekulanci,
mieli pełną wiedzę o ryzyku.
Mieli nawet u siebie człowieka od
dewelopera.
= Ja nie miałem zielonego pojęcia, że
moimi, wpłaconymi na dom,
pieniędzmi,
ktoś będzie "grał w ruletkę".
Dzisiejsza sprawiedliwość mi odpowie:
-Przestań porównywać. Oni, jak tylko mogą,
dbają o siebie. I ty rób tak samo.
Dbaj o siebie!
Chyba, że się "skrzykniemy".
Tak, jak dotychczas.
WIĘCEJ: A. MacIntyre, Czyja sprawiedliwość? Jaka
racjonalność? 2007
----------------------------
PONIEDZIAŁEK 13 LIPCA
Pierwszy raz byłem w sądzie. Bezkresne
korytarze, przy wejściu bramka jak na lotnisku, adwokaci zostawiają
swoje komórki. Informacja kieruje mnie "prosto, do końca korytarza, za
podwójne drzwi, na II piętro, pokój 218".
W pokoju tym, pani jak królewna z PRL-u,
robi wszystko bym poczuł się winny, wszak jestem w sądzie.
PANI-Dlaczego nie zostawił pan tego w
punkcie oddań?
JA=Bo tu mnie skierowano na informacji.
P- Czy wszystkie dokumenty są w komplecie?
JA=Nie wiem.
P- To proszę skompletować, pani oddaje
moją kopertę.
JA=Ja skompletowałem, proszę sprawdzić czy
SĄ w komplecie.
P- Ja jestem tylko od przyjmowania a nie
od sprawdzania.
JA=Jeśli pani jest TYLKO OD PRZYJMOWANIA,
to dlaczego nie chce pani przyjąć?
P- Bo nie są w komplecie.
JA=Skąd pani wie, że nie są w komplecie,
skoro pani ich nie przeglądała?
P- Sam pan powiedział.
JA=Powiedziałem tylko, że NIE WIEM czy są
w komplecie, chociaż ja je SKOMPLETOWAŁEM.
Pani przegląda moje dokumenty.
Przybija pieczątkę na jednym z napisanych
przeze mnie ZGŁOSZEŃ WIERZYTELNOŚCI i zwraca je jako dowód, że złożyłem te
dokumenty.
Oddaje mi też jedną z dwóch kopii aktu
notarialnego jako niepotrzebną.
JA=W piśmie, które otrzymałem napisano, że
trzeba "złożyć 2 egzemplarze WRAZ z oryginałem". "Wraz" znaczy "razem" a
wiec "2 egzemplarze i oryginał" to w sumie trzy pisma.
P- Tak, można to tak źle zrozumieć.
JA=Bądźmy ściśli: Tak można DOBRZE
ZROZUMIEĆ to błędne sformułowanie.
P- Tak, bądźmy ściśli.
Wychodzę i idę na chybił trafił, żeby
sobie pozwiedzać ten labirynt.
Nagle zza rogu, ukazuje się rząd
prowadzony przez młodą policjantkę, za nią na zmianę, raz cywil raz policjant, w sumie
siedmioro. Dokąd oni tak maszerują? Pod niektórymi drzwiami stoją kolejki.
Zszedłem do piwnicy przez półotwarte drzwi
a gdy się zatrzasnęły nie mogę otworzyć. Ale to tylko sąd więc czekam aż ktoś się
zjawi i wyprowadzi mnie stamtąd. Na świeże powietrze.
-----------------------
CZWARTEK 15 LIPCA
Co o mieszkaniu może powiedzieć filozof?
I to jeden z najbardziej wpływowych, Martin Heidegger. W roku 1951 mówił
do zgromadzonych w Darmstadzie architektów.
Zamieszkiwanie uznał
za "podstawowy rys bycia" człowiekiem.
Człowiek, jako Śmiertelny, zamieszkuje
Ziemię.
Ale czyni to tylko wtedy:
-gdy ją ochrania, ratuje a nie męczy czyli
włada i eksploatuje,
-gdy godzi się na naturalny bieg rzeczy,
nie czyni z nocy dnia a z dnia nieustannej za czymś pogoni,
-gdy oczekuje znaków Boskich i nie
zapomina o nich, gdy ich brak. Nawet w niedoli, czeka na odebrane mu
ocalenie. Nie czyni siebie bogiem i nie służy żadnym bożyszczom.
-gdy posłuszny własnej istocie, umiera
dobrą śmiercią.
Podstawowym rysem zamieszkiwania jest
zachowywanie czyli troska, opieka
-nad tym kawałkiem przestrzeni, który jest
nasz, -
-nad rzeczami, które nam służą,
-nad drzewami, roślinami i wszystkim co
żyje w otoczeniu,
-nad całą przestrzenią, którą wyznacza
nasze mieszkanie.
Panujący "głód mieszkań" to nie tylko ich
brak. "Właściwy głód mieszkania polega na tym, że Śmiertelni zawsze
dopiero szukają utraconej istoty zamieszkiwania, że muszą dopiero uczyć
się zamieszkiwania".
Mnie to zajęło ponad 60 lat. A teraz
urządzając własnoręcznie mieszkanie, ucząc się szpachlowania, kładzenia
paneli i płytek, codziennie czegoś nowego - dziś czeka budowa szafki pod
zlewozmywak (z dozownikiem - kranik na płyn do naczyń) - podziwiam jaką
nieprawdopodobną ilość rzeczy wymyślił człowiek od czasu przebywania w
grocie.
To dobra nauka zamieszkiwania czyli według
Filozofa, tego co w życiu najważniejsze.
A w naszym szczególnym przypadku, wszystko
to w cieniu możliwości utraty mieszkania. To jeszcze bardziej,
uczy cenić to, co mamy.
Jak śmierć uczy żyć.
------------------------
NIEDZIELA 19 LIPCA
Gdy Heidegger mówił o poszukiwaniu czym
jest "zamieszkiwanie", sam uczył się tego już od ponad 60 lat. Mieszkał
z żoną a przez wiele lat miał romans ze swoją uczennicą, Hannah Arendt.
Mieszkał w Niemczech gdzie rządził Wariat. Mało tego, aktywnie wspierał
nazizm, donosił na kolegów. Stąd może: Prawdziwie
Zamieszkujący "nie służy żadnym bożyszczom".
Na tej samej konferencji i na ten sam
temat: El mito del hombre allende la tecnia, mówił filozof hiszpański,
Jose Ortega y Gasset.
Czytanie jego mądrych książek o życiu, to
prawdziwa frajda (Bunt mas, Szkice o miłości...). Nie przeczył, że zamieszkiwanie czyni
człowieka ale, przeciwnie niż Heidegger, uważał, że jest ono niemożliwe.
Ta niemożność zamieszkania zmusza człowieka, który jest "pielgrzymem", do ciągłego szukania nowych możliwości i
do tworzenia. Gdy wybuchła wojna domowa w Hiszpanii w
roku 1936, emigrował i w ciągu sześciu lat mieszkał we Francji,
Holandii, Portugalii i Argentynie.
Niemożność zamieszkiwania za każdą cenę?
---------------------
WTOREK 21 LIPCA
Po drugiej stronie ulicy, w baraku, jest
PLAYER CLUB. Około godziny 10, dziewczęta wynoszą stoliki i parasole ale dopiero po
południu przychodzi grupa chłopców. W sobotę i w niedzielę są wcześniej.
Siedzą do ciszy nocnej a potem jeszcze z godzinę stoją na chodniku. Co w
tym złego? To lepsze niż gdyby rzeczywiście w coś grali. A jednak ci
chłopcy, pewnie o tym nie wiedząc, GRAJĄ na nerwach niejednego
mieszkańca, szczególnie tego, który rano musi wstać do pracy a teraz
przez nich nie może zasnąć.
Gdyby tylko popijali piwo i rozmawiali,
ale młodość musi się wyszumieć więc oni wrzeszczą. Najbardziej przenikliwy jest jednak taki
pierwotny, trzęsący całym ciałem rechot. To nie jest śmiech, bo oni
rechoczą bez powodu. Może to taka cielęca radość; jestem młody, zdrowy i
silny. Buzują hormony, adrenalina i alkohol. Fajnie jest!
Sam też to i owo mógłbym sobie
przypomnieć.
Jednemu fajnie a drugi nie ma spokoju.
Tego nie da się uniknąć między mieszkającymi razem ludźmi bo tu symetria
nie działa. Nie będzie rechot, to będzie co innego. Jeden lubi rap,
drugi Bacha a niskich rytmów popu, nie zagłuszy nawet Koncert d-moll na
dwoje skrzypiec. Albo jeszcze gorzej, przeklinające się całymi dniami i
nocami małżeństwo. I chyba jakaś granica: narkotyczne szaleństwo i krew.
Wszystko to zdążyłem przerobić w ciągu 5 ostatnich lat i jestem prawie
pewien, że w tym nowym domu, czekają nas nowe przygody.
Czy jest na to jakieś lekarstwo?
Polecam dwa: koniecznie i za wszelką cenę,
trzeba polubić swoich sąsiadów.
I drugie bardziej osobiste, nie znoszę gdy
ktoś skacze mi po głowie. Dlatego zamieszkałem na ostatnim piętrze.
Tylko gołębie, wiatr i deszcz.
-------------------
ŚRODA 22 LIPCA
Mieszkając w miastach, żyjemy w morzu
dźwięków, głosów i hałasu.
Przyzwyczajenie sprawia, że ich nie
słyszymy. Przenosząc się z kraju tak wyciszonego jak Szwecja, myślałem
że nigdy nie przywyknę do całkowicie beztroskiego zaśmiecania ciszy. Sam
hałas nie jest tak męczący jak bezmyślność człowieka, który zostawia na
podwórkowym balkonie ogromnego psa, dudniącego jak grzmoty burzy. Albo
dźwięk z górnej skali, elektroniczny klucz do samochodu, piszczący o
każdej porze i to kilka razy bo właściciel musi być pewny że drzwi
zamknięte. Za morzem nie do pomyślenia jest parking wewnątrz osiedla.
Były też głosy zabawne. Mieszkając tam
wśród drzew i niedaleko pól, od czasu do czasu miałem sympatycznego
gościa, myszkę polną. Raz otwieram szafkę kuchenną a ona patrzy na mnie
zdziwionym oczkami. Dowiadywałem się o odwiedzinach, słysząc w nocy jej
chrobotanie gdy gryzła książki, materac albo drewno. Tutaj w każdą noc
budził mnie ten sam chrobot ale to nie myszki lecz gołębie siedzące nad
oknem, drapiąc mur pazurami, naśladowały tamten dźwięk.
Wyciszenie środowiska ma swoją cenę. Gdy
wszyscy hałasują, nie słychać nikogo ale w ciszy nawet pojedynczy głos
brzmi jak dzwon Zygmunta.
Tak było z sąsiadem, który jak każdy
prawdziwy mężczyzna, załatwiał się na stojąco. W idealnej ciszy brzmiało to jak rynna
podczas ulewy. W nocy chowałem głowę pod kołdrę, żeby mnie nie zalało.
Tutaj myślałem, że nigdy nie przywyknę do
sygnału karetki jeżdżącej co chwilę, bo obok było pogotowie. Po jakimś
czasie, gdyby ktoś o to zapytał, byłbym zdziwiony, karetka jaka karetka?
Mechaniczny hałas przestajemy słyszeć całkowicie. Najtrudniej jest z
pojedynczym ludzkim głosem np gdy na balkonie ktoś rozmawia przez
komórkę. W tramwaju także zapominają, że wszyscy dookoła ich słyszą.
Jest kraj, w którym mieszkańcy są przekonani, że gdy załatwiają swoje
potrzeby fizjologiczne, stają się niewidoczni. Przy drodze, co rusz
można tam zobaczyć jak ktoś kuca bo jest niewidoczny.
-----------------------
ŚRODA 5 SIERPNIA
KWIATKI Z NASZEJ RABATKI

lepnica
poziewnik
pępawa
UWAGA - Poziewnik jest
trujący!
-----------------------------
CZWARTEK 6 SIERPNIA
Już niedługo mieszkańcy bloku D, przez
okno, będą mogli zobaczyć gmach, jakiego w Krakowie jeszcze nie było. Jeśli
zaś spojrzą na sąsiednie budynki, to mogą być pewni, że widzą coś, czego nie
ma nigdzie na świecie. No bo gdzie obok siebie mogą stać, rozwalająca się
myjnia, wiejski domek (z nowym dachem!),
najnowocześniejszy dom w mieście i zamek królewski?
Tradycyjny dom ma cztery ściany i dach.
Ten budowany obok, nie przypomina
żadnej takiej budowli. Jest podobny do
lukrowanego ciacha, po którym spływa polewa a obok stoi kubek z sokiem.
Oczywiście na obrazku, bo w rzeczywistości będzie
można oglądać go w całości tylko z latającego obok Wawelu, balonu. Ale co to
za rzeczywistość widziana z balonu?
Senatorska, albo jakiejś innej szychy.
W budowanym
Centrum Kongresowym znajdzie się m.in. duża sala na ponad 2000
miejsc, oraz sala teatralna na 600 miejsc. Planowany termin zakończenia
budowy to rok 2013. Nas bezpośredni0 dotyczy przebudowa ul. Jana Bułhaka
(twórca polskiej fot0grafii artystycznej)
i
dochodzącej do niej, ul. Wierzbowej.
Tymczasem zwieźli setki rur
Przenoszą cmentarz
 
i "latarnię umarłych", kapliczkę z początków XVII w.,która dawniej stała
przy
ulicy Twardowskiego.
Od średniowiecza kapliczki takie
stawiano na rozstajach dróg, w sąsiedztwie szpitali i cmentarzy. Światło
umieszczonej na szczycie latarni, wskazywało drogę - naszej do Tyńca -
chroniło przed duchami i wzywało do modlitwy. Podobny filar znajduje się u
wylotu ulicy Szwedzkiej, na granicy Dębnik i Zakrzówka. Wzniesiono go w r.
1871 obok cmentarza zmarłych podczas epidemii cholery.
Najstarsza kapliczka, gotycka, stoi
przy kościele św. Mikołaja. Ponieważ była to moja poprzednia parafia, więc
można powiedzieć, że przywędrowałem od tamtej latarni do tej.
Tym bardziej, że tutaj, w jednej z wnęk
znalazłem mojego patrona z Padwy.
--------------------------
WTOREK 25 SIERPNIA
Najlepszymi
nauczycielami w urządzaniu mieszkania są sprzedawcy. Nie wszyscy,
oczywiście. Na Kazimierzu, niedaleko jeden od drugiego, jest sklep z farbami
i hydrauliczny. W tym pierwszym dowiedziałem się co to gładź (kładź gładź!),
ćwierćwałek i kątownik, którego użyłem do zakrycia dziury przy futrynie. Do
drugiego po każdą rzecz jechałem dwa razy. A to mufy brakuje, a to kolanko
nie takie.
"Mufa" - tak mówią małe dzieci na muchę
i ja mufę też pamiętam z dzieciństwa. Siedząc w załubkach, (ozdobne
sanie z łubek czyli cienkich desek) ręce trzymałem
w mufce (zarękawku).
Teraz gdy nadszedł czas balkonu, jadąc
Kapelanką do Tesco, w sklepiku ogrodniczym, spotkałem dwie urocze nauczycielki. O kwiatkach wiedzą
wszystko i chętnie się tym dzielą. Gdy zapytałem o nazwę jednego, który
będzie stał na półkach z książkami, otrzymałem trzy do wyboru, scindapsus (co da
psu?), rafidofora albo epipremnum. Co jedno imię to ciekawsze. Chyba wymyślę coś
swojego. Dowiedziałem się też kto jest kwaśnolubny i jak się drenuje. A gdy
wybrałem niecierpka, pani ostrzegła mnie, że on nie cierpi upałów i
rzeczywiście już pierwszego dnia oklapł tak, że musiałem go cucić w
łazience. Ale imię otrzymał bo jest niecierpliwy (impatiens), jego owoce, przy
najmniejszym dotknięciu, eksplodują nasionkami. Tych parę kwiatków to na
początek, bo marzy mi się altanka z kratkami.
------------------------
ŚRODA 26 SIERPNIA
O bezdomność otarłem się dwa razy.
Krótko i delikatnie a jednak ślad pozostał na zawsze.
Po studiach nie miałem pracy ani
mieszkania. Typowy dla PRL-u przepis głosił, że w dużym mieście, aby mieć jedno, wymagane
jest to drugie i odwrotnie, aby się zameldować potrzebne było zatrudnienie. Błędne koło. Przerwał je dyrektor domu
dziecka na Parkowej a po raz drugi prof. Estreicher. Przyjęli mnie do pracy bez
zameldowania.
Na początku mieszkałem w akademiku "na waleta" w pokoju przyjaciół, którzy jeszcze
studiowali (Z. Nęcki i A. Awdiejew). Spałem na materacach pod łóżkiem jednego z nich. Tylko głowa
wystawała na zewnątrz. Od czasu do czasu robiono obławę na nielegalnych mieszkańców.
Dyrektorem był sławny pan Buszek, więc pewnie nie zdarzyło się aby kogoś
złapali. Gdy sprawdzano jedno piętro, wiedzieliśmy o tym wcześniej i na
korytarzu wyżej pełno było spacerujących studentów.
Najgorzej gdy zimą wracałem w nocy. Nie bałem
się portiera, który znał mnie od lat ale nowy mógł zażądać legitymacji. I
co wtedy? Chociaż nigdy się to nie zdarzyło, do dziś śni mi się, że nie mogę
znaleźć swojego pokoju w Żaczku. Nigdy też na portierni nie prosiłem o
klucz. Gdy nikogo nie było w pokoju ani wśród znajomych, szedłem do łazienki
i drzemałem w wannie. Później wynajęliśmy pokój w Nowej Hucie. Właściciel,
lekarz, na pierwszym spotkaniu, zapytał
-z zameldowaniem nie miał pan
problemów?
-Żadnych!, odpowiedzieliśmy chórem.
Dosłownie było to prawdziwe, nie miałem problemów, bo się nie meldowałem.
Aby otrzymać paszport, potrzebny jednak
był pobyt stały. Pracowałem w TPSP i jeden z artystów malarzy,
zaproponował, że zamelduje mnie na ul. Cechowej, u swojej mamy. Niedawno
sprawdziłem adres bo mam go w prawie jazdy, które wtedy wyrobiłem.
Po kilku latach gdy miałem zostać w
Szwecji, konieczne było wymeldowanie. Okazało się to niemożliwe bo domu z tym
numerem w ogóle nie ma na Cechowej.
Artysta załatwił mi fikcyjny adres. Cd.
zob.
WTOREK 2 CZERWCA
------------------------
PIĄTEK 28 SIERPNIA
Prawdziwa bezdomność to jednak zupełnie co
innego.
W zimowy wieczór na schodkach przed
domem na Al.Daszyńskiego, leżał człowiek.
Pod głową miał zawiniątko z chlebem.
Zamarznie w nocy. Poszedłem do pobliskiego sklepu.
Co robić? Młoda ekspedientka zawołała
inną i wyszła ze mną.
-Ja go znam, powiedziała, kupuje u nas
czasem.
-Niech pan się obudzi, zawołała do
śpiącego. Posadziliśmy go. Był nieprzytomny.
-Trzeba zadzwonić do straży miejskiej.
Po chwili przyjechali dużym samochodem.
-Wstawaj! wrzasnął jeden z nich.
-O, Jezu! westchnął tamten podnosząc
się z ziemi.
-Zabierz to! strażnik wskazał na chleb.
Otworzyli tylne drzwi, wepchnęli
bezdomnego do środka i odjechali.
-----------------------------
CZWARTEK 3 WRZEŚNIA
Miron Białoszewski nowych mieszkańców,
wprowadzających się do bloku nazywał "ci-my". Ci, czyli oni, bo jeszcze
nieznani i obcy ale skoro będą mieszkać z nami pod tym samym dachem, to już
także i my.
W naszym bloku pojawia się ich coraz
więcej. Dziś trzy "ci-my", młodziutkie, bez latarki, szukały windy. Jak ćmy
krążyliśmy w ciem-nościach, sprawdzając czy z tej części bloku w której jest
winda, można przejść do tamtej, w której na górę wchodzi się tylko po
schodach. Przejścia nie ma. Chyba, że w mieszkaniu na końcu korytarza,
przebije się wyjście do drugiej klatki schodowej albo chociażby położy
kładkę z balkonu na balkon. Można też przechodzić przez okno w dachu.
W takich chwilach gram za weterana.
Odpowiadam gdzie i co można kupić. Doradzam, że nie warto dzielić pokoju na
maleńkie klitki.
I słucham o przygodach ciekawszych niż
moje. Wcześniej
opisałem jak bez latarki nie mogłem znaleźć wyjścia a
dowiaduję się, że sąsiadowi w tych ciemnościach spadł do piwnicy klucz. A więc jedna przeszkoda więcej. Muszę sprawdzić czy paleta, którą
zastawiłem studnię pod windą stoi na właściwym miejscu, bo jeszcze
ktoś tam wpadnie.
A tymczasem Jaś z Wojtusiem idą do
szkoły, bo znów wrzesień.
-Na wakacjach zabiłem pięć ćmów, chwali
się Jaś.
-Ciem! poprawia go Wojtuś.
-Kapciem, odpowiada Jaś.
---------------------------------
PONIEDZIAŁEK 7 WRZEŚNIA

Kwiaty
są dziećmi słońca.
To pokrewieństwo
widać u wielu ale tylko o jednym można
powiedzieć "wykapany tata".
Jego tarcza wrze. Żółty okrąg pyłków z
godziny na godzinę przesuwa się ku środkowi, który oślepia. A dookoła
promienie. W pokoju przyćmił wszystko. Jeden jego płatek zgasił płonące w
tle chryzantemy.
Oczywiście przesadzam bo chociaż jest
tak, jak piszę to widzimy tylko obraz słońca. Jak w Kaplicy
Sykstyńskiej. Dokładniej, jakby tkaninę.
W moim dawnym bloku pani Janina, po
przejściu na emeryturę otworzyła pracownię kilimów. Za oknem był wydeptany
trawnik. Zmieniła go w ogródek, pełen małych słoneczek rudbekii,
niezapominajek, chińskiej róży, kosmei i ciągle nowych kwiatów, których
imiona niekoniecznie zgadzały się z tymi w atlasach.
W Lundzie przed biblioteką,
stoi
najsłynniejszy ze Szwedów, Karol Linneusz. 300 lat temu, wszystkie kwiaty i to co żyje,
nazwał ich własnym imieniem i nazwiskiem. Stworzył jedną ziemską rodzinę z
trzema wielkimi klanami:
Animale, Vegetale i Minerale.
Ilekroć go mijałem zawsze w dłoniach trzymał żywy kwiat. Miłosz złożył mu
hołd "wierszem
podobnym do klasycznej ody".
------------------------
ŚRODA 9 WRZEŚNIA
Jedno z
najpiękniejszych miejsc na
świecie. Mam dziesiątki takich zdjęć jak te trzy u góry. Jest tam wszystko.
Jest woda, są skały, drzewa, motyle i ze sto orzechów
:-) W tym miejscu pracował Święty. A wszystko to, jak głosi drogowskaz, 2 km
od Wawelu a więc w sercu naszego miasta.
Wczoraj spotkałem tam pana Józefa.
Zagadnięty, zaczął się żalić
-Znów wycięli moje klony.
Nie zrozumiałem.
-Od 20 lat przychodzę tu prawie
codziennie. Mieszkam niedaleko i żeby się brzegi nie osuwały, sadzę
kanadyjskie klony. Nie wszystkie się przyjmują bo ziemia skalista. Ale
niektóre są już taaakie duże, podniósł wysoko rękę. -W ten weekend znów mi
trzy wycięli.
-Kto? pytam.
-Przychodzą, palą ogniska, piją i po
pijanemu wycinają co popadnie bo z tych gałązek to nawet ognia nie ma.
Rzeczywiście co parę dni z balkonu
widzę dymy nad Skałkami a jak wiatr wieje w tę stronę to lepiej zamknąć okno.
O tej porze roku dookoła Zalewu jest
śmietnik. Tuż przy ścieżce leży ogromna lodówka i butelki, butelki, butelki.
_______________________
SKRZYKNIJMY SIĘ (Znowu?).
Na początek wybierzemy się i
posprzątamy ile się da.
Bo zniszczą nam ten zielony skarb.
---------------------------
SOBOTA 19 WRZEŚNIA
"Skrzyknijmy się i posprzątajmy
Skałki!"
Usłyszała to tylko jedna osoba i razem
uzbieraliśmy cztery worki śmieci.
Akurat był Dzień Sprzątania Świata więc
robiliśmy porządek na Ziemi.
Przed nami już tam ktoś był ale chodził
tylko alejkami więc niewiele znalazł.
Przypomniało mi to zbieranie grzybów a
ponieważ urodziłem się niedaleko lasu, więc jestem w tym dobry.
Wygrzebywałem butelki przysypane liśćmi, zdarzały się worki ukryte pod
korzeniami drzew, jakieś stare ubrania. Najwięcej leży tego tam, gdzie
palono ogniska, talerze, kubki, widelce, rozbite szkło...
Dlaczego w takim miejscu, ludzie
zostawiają swoje odpady? Pytanie jak ta skała, na której ćwiczą młodzi
alpiniści. Można w nią walić łbem i na nic. Pozostaje wziąć worek i
pozbierać co inni zostawili. To jest jedyna odpowiedź.
I jeszcze wyrazy podziękowania od
rusałki pawik i kwiatka o gramatycznej nazwie, przymiotno. Czasem, gdy
go zapomnę, nie jestem pewien czy to liczebno, czasowno a może rzeczowno?

----------------------------------
PONIEDZIAŁEK 21 WRZEŚNIA
Dziś ścigałem
policję. Wyprzedzili mnie nyską gdy jechałem nad Zalew. Ja na rowerze, ile
sił w nogach, za nimi. Zniknęli w zaroślach przy drodze do kotła ze ścianą
alpinistów. Droga ślepa więc slalomem pomiędzy kałużami, złapałem ich
siedzących w pracy jak na majówce. Dwóch chłopców, jeden rozmowny, drugi
milczący i niepolicyjnie delikatny. Opowiedziałem o ogniskach i o klonach
pana Józefa.
-Wolno tu palić? pytam.
-To jest teren prywatny, mówi ten
rozmowny, więc jeśli nie pali się za blisko lasu, nic nie możemy zrobić.
-A to, że w nocy dymią na całą okolicę
i wycinają młode drzewka?
-Są z miasta, nie wiedzą, że z tych
gałęzi nie będzie ognia.
Na to nie wpadłem. Oni ścinają młode
klony bo są z miasta. I nic się nie da zrobić.
Nad Zalewem spotkałem babcię z
trzyletnią Julcią.
-Widzisz, to jest liść dębu, jak ładnie
dookoła wycięty.
Zdziwiłem się, że taka mała i już ma
lekcję przyrody a babcia chwali wnuczkę, że rozpoznaje brzozę. Zakazuję
podpowiadania i pytam
-Jak masz na imię? Julcia tylko boczy
się na mnie.
-Zosia?, Kasia?, Iwonka?, zgaduję. Ja
jestem Antoni a ty? Julcia milczy.
Mieszkają po drugiej stronie Zalewu, w
Pychowicach, przy ulicy, której nie mogłem znaleźć gdy przymierzałem się tam
do kupna mieszkania. Wtedy była to tylko polna droga wśród odłogów i ugorów.
Muszę pojechać, zobaczyć jak teraz wygląda.
-O wiewiórka, woła babcia. Czarna, to z
gór. Wiem, bom też góralka. Szuka orzechów.
-Tu ma jednego, mówię. Rozglądają się
dokoła bo nie wiedzą, że ja się tak nazywam. Łapię za aparat ale czarna
wiewiórka biegnąca w krzakach to nie rusałka na kwiatkach i na zdjęciu jest
niewidoczna.
---------------------------
WTOREK 22 WRZEŚNIA
Julcia miała rację nie odpowiadając.
Pytałem ją zawodowo, po belfersku. Dlatego dziś już nie pamiętam nawet buzi.
Babcię widzę a jej nie. Dzieci wiedzą czy się je traktuje serio czy tylko
udaje. W Pychowicach chyba nikt dotąd tak jej nie
zaczepiał.
Martynka
to co innego. Siedziała w minibusie-zabawce przed wejściem do ZOO. Zobaczyła
jakiegoś chłopca.
-Jak się nazywasz? Pyta.
-Piotruś.
-Piotruś, wsiadaj zawiozę cię do
Świnoujścia.
Prościej nie można.
Albo Tosia. Stała na środku ścieżki z
otwartymi ramionami. Musiałem się zatrzymać. Za to nauczyłem ją gwizdać na
palcach a na złożonych w okarynę dłoniach, pohukiwać jak sowa.
Tosiu, pozdrawiam -Tosiek.
------------------------------
CZWARTEK 24 WRZEŚNIA
Najpierw było spotkanie z panią syndyk.
Sprzedaje majątek bankruta, który budował nasze domy. W pustej hali jednego
z nich, w powietrzu latały sumy, od których dostałem zawrotu głowy. Jego
budowle są warte kilka milionów, działki jeszcze więcej. Gdy nagle wychodzi
na jaw, że ma też jakiś parking za kilkadziesiąt tysięcy, nie ma o czym
mówić, bo co to znaczy przy długu 66 milionów w jednym tylko banku. A
ponieważ to w obligacjach, więc z odsetkami urosło już do 104 milionów. Bank
zarobił więcej, niż warte jest całe osiedle na Wierzbowej. W czasie gdy my
obradujemy, tam znów przybyło kilka tysięcy.
Znany profesor z UJ orzekł, że nasze
umowy podpisane tylko z deweloperem nie są
wzajemne
więc nam zwrócą pieniądze na samym końcu, jeśli wystarczy.
Natychmiast po tym pierwszym, drugie
spotkanie już w realnym świecie. To my mieszkańcy i być może, wtyczka
dewelopera. Zaczyna się od dramatycznej separacji z właścicielami
niewykończonego bloku A. Odchodzą do innego pomieszczenia aby zastanawiać
się jak, z naszą pomocą, mogliby dokończyć swoją budowę.
My, "co zrobić?" mamy za sobą, więc
deliberujemy "jak załatwić?" ciepłą wodę, ogrzewanie, światło na klatkach,
sprzątanie, wywóz śmieci i wszystko co potrzebne do pozwolenia na używanie
mieszkań. Niektóre kwiaty, chwasty a nawet jedno drzewo, tak jak w
przyrodzie bez pozwolenia, zapuściły już korzenie w pustych murach.
Do tego załatwiania musimy się ponownie
zrzeszyć
czyli "związać razem". Zaczęło się więc podpisywanie, głosowanie,
przekonywanie wszystkich i każdego z osobna. Jak za dawnych, dobrych czasów
na sejmikach w Wielkiej Rzeczpospolitej. Za oknem noc, coraz mniej ludzi
wytrzymuje piątą godzinę obrad w duchocie na stojąco a tu ktoś zgłasza swoje
veto.
-Trzy złote od metra, na fundusz
remontowy to za dużo!
Przed chwilą były miliony, teraz są
trzy złote. Nie zdzierżył tego sąsiad z południa. Nie ma genów I.RP wiec
huknął jak grom z jasnego nieba
-Kurnik,
jako Czech se vam, Polakom, opravdu divim. Stratili jsme vszichni niekolik set
tisicz zlotych a vy se tu, kurnik, hadate o par zlotówek miesicznie!
(-Kurczę,
jako Czech, naprawdę dziwię się wam Polakom. Wszyscy straciliśmy setki
tysięcy złotych a wy się tu, kurczę, procesujecie o kilka złotówek
miesięcznie!)
Poskutkowało niczym ozon po burzy. On
przeprosił a my ruszyliśmy z kopyta dalej przed siebie.
--------------------------------
SOBOTA 10 PAŹDZIERNIKA
-Dlaczego wychodzicie? -
Mistrz Eckhart
-Aby odnaleźć drogę do domu. -
H.-G.Gadamer
----------------------------------
NIEDZIELA 11 PAŹDZIERNIKA
Mojsze mieszkał z żoną i
pięciorgiem dzieci w jednym małym pokoiku. Poszedł do rabina.
-Rabbi, ja już dłużej nie
wytrzymam.
-Weź sobie kozę, poradził mu
rabin. I przyjdź za tydzień.
-Nauczycielu, gdzie ja ją
postawię? W nocy, z boku na bok, obracamy się na komendę.
Jak zawsze tak i teraz,
jednak posłuchał mistrza. A koza spała na stojąco. Minęło siedem
dni, Mojsze biegnie do rabina.
-Rabbi, ja zwariuję!
-To wyrzuć kozę z mieszkania.
Za tydzień Mojsze znów jest u mistrza.
-Dziękuję ci nauczycielu.
Teraz, bez tej kozy, to można żyć.
Z naszych mieszkań
wyprowadziliśmy już kilka takich kóz.
Ostatnio zimną wodę. Rączka
kranu w lewo i można się umyć albo spłukać naczynia bez podgrzewania
wody w czajniku. Co za wygoda!
Czy ten, kto przez kilka
miesięcy nie był bez tego, w ogóle wie co ma?
-----------------------------------
CZWARTEK 15 PAŹDZIERNIKA
Poszła sobie następna koza. Nie
wspominałem o niej bo wstydliwa.
Brudna, cuchnąca i trochę
bezprawna. Śmieci.
Gdy jeszcze pracowałem przy
urządzaniu mieszkania,
odpady wywoziłem na rowerze do śmietnika przy moim dawnym
bloku. Większe zabierał siostrzeniec, chociaż obruszał się, że jego
samochód to nie śmieciara.
Zadzwoniłem do MPO, kazano mi
przyjść. Wysiadłem z tramwaju przy ulicy Ofiar Dąbia. Stoi tam blok
o takiej samej elewacji jak nasza. Biały tynk i boazeria koloru
jasnego orzecha. U nas jeszcze wygląda pięknie. Tamta poczerniała,
niektóre deski odpadły. Obraz nędzy. Dalej szedłem ulicą Nowohucką
poprzez bieszczadzkie tereny Zakola Wisły. Od numeru 1 do 7, godzina
drogi. Dwie spotkane kobiety nie słyszały o takim przedsiębiorstwie.
Gdy je w końcu
znalazłem, pani za biurkiem była zdziwiona.
-Z
prywatnymi osobami, mieszkającymi w bloku, nie zawieramy żadnych
umów.
Segregowałem więc każdy
papierek i plastikową przykrywkę. Po drugiej stronie ulicy, stoją
pojemniki na odpady. Zostawało niewiele, jakieś obierzyny, resztki
warzyw. Raz w tygodniu, pakowałem worek do torby na ramię i przechodząc
lub jadąc na rowerze obok śmietnika, dyskretnie wrzucałem. Trochę jak śmieciarz tylko na
odwrót.
Dziś, w moim bloku, tuż za rogiem, odnalazłem
nasz nowy
śmietnik. Otwieram masywne, metalowe
drzwi. Duże pomieszczenie i cztery kosze. Wszystkie puste. Wybieraj!
Worek wpadł na samo dno jak kamień z serca. Nie ma się z czego cieszyć to
tylko ulga.
-------------------------------
PIĄTEK 23 PAŹDZIERNIKA
Dostałem dziwne pismo z sądu.
Trzy miesiące temu
zaniosłem tam zaświadczenia o tym,
ile jest mi winien deweloper.
W tym piśmie "zarządza się
wezwać ...do wskazania kategorii, do której ma być zaliczona
wierzytelność, stosownie do treści art. 342 puin."
Nic z tego nie rozumiem.
Zadzwonię, to się dowiem. Jest podpis, są pieczątki, ale nie ma
ani adresu ani telefonu. Znalazłem numer sądu, odebrał portier, poradził
zadzwonić następnego dnia o 8 rano. Dzwonię. Poproszono starszego
protokolanta, panią, która napisała to wezwanie. Radzi mi pójść do
radcy prawnego.
-A mógłbym zapytać o to panią
sędzinę?
-Muszę najpierw się z nią
skontaktować, odpowiada. Proszę zadzwonić za godzinę. Dzwonię. Pani
sędzia, miłym, młodym głosem zadaje jedno pytanie
-Czego dotyczy wierzytelność?
-Kupiłem mieszkanie,
odpowiadam.
-To kategoria 4.
Jeśli one to wiedziały, to
dlaczego pytają "pod rygorem zwrotu zgłoszenia o wierzytelności?"
--------------------------------
WTOREK 27 PAŹDZIERNIKA
Matematyczna teoria o
powstawaniu struktur złożonych mówi, że każdy wzrost złożoności
lokalnie, w jednym miejscu, łączy się ze wzrostem bałaganu w
wymiarze globalnym (entropia).
Mieszkanie to przedłużenie
różnych funkcji naszego ciała, takich jak oddychanie
(wywietrzniki i filtry), odżywianie (lodówka, kuchnia) wydalanie
(toaleta, śmietnik), widzenie (okno, balkon), myślenie (książki,
komputer), komunikacja (telefon, domofon), odpoczynek (łóżko, TV).
Pokoje spełniają także rolę
ochronną (ciepło, higiena), estetyczną (wystrój, kosmetyka),
społeczną (całość).
Jednym słowem, dom to coś
niezwykle skomplikowanego.
Nic więc dziwnego, że odkąd
zaczęto urządzać nowe mieszkania w naszym bloku, wszędzie dookoła
pojawił się bałagan.
Resztki pustaków i cegieł,
kurz, szkło, pety, butelki, papiery, plastikowe torby, styropian,
deski, rury, pręty, druty, siatki i zajeżdżone samochodami rabatki
czy smród po papierosach na klatkach schodowych.
Nieład ten będzie trwał aż
ustanie "wzrost złożoności" czyli praca w mieszkaniach. Potem także będziemy
przyczyniać się do bałaganu
globalnego, ale wpływ ten będzie mniejszy, uporządkowany i
ukryty.
BAŁAGAN
(ros. dawniej stragan, buda, szopa)

i powstały z niego ŁAD

z niepotrzebnej półki na
książki i zasłony na okna, zrobiłem kuchnię
------------------------
ŚRODA 4 LISTOPADA
Za oknem mamy wielki pomnik przyrody,

prawem
chroniony, potężny dąb. Nie widziałem większego w Krakowie. Te w Skałkach też są
mniejsze. Ten ma 3 m i 15 cm obwodu w pasie i pewnie wiele lat. Przy nim
jest połączenie między równoległymi drogami i zanim zbudowano garaże i nasze bloki, był
tu wielki zielony plac. Być może i on kiedyś nie był tylko zabytkiem? Albo też, skoro
rośnie na Dębnikach przy ulicy Dworskiej, stanowił ozdobę hrabiowskiego parku.
Na mapie z r. 1913 jest tu ul. Dębowa a
na planie Krakowa z r. 1972, Dworska nie jest jeszcze połączona z Wierzbową, lecz kończy się
przy Mieszczańskiej.
Nasz dąb długo grał w zielone
aż
nagle, przez jedną noc pobrązowiał. Tylko akacje widoczne w tle nad
czerwonymi dachami, nic sobie nie robią z zimna.
Mamy też
latających sąsiadów.
Przeważnie siedzą na dachu małego domku przy ulicy Twardowskiego, ale kilka
razy dziennie krążą między naszym osiedlem i dębem. Zawsze w stadzie. Gdy nie było bloków, miały więcej miejsca, bo nie latają
tak wysoko jak jeżyki, których w lecie było tu pełno.
Teraz pewnie są już w Afryce. Na wakacjach czy na emigracji zarobkowej?
Gołębie czasem przelatują tak nisko, że
widzę je z góry albo z bliska, tuż za oknem jak w ogromnym akwarium.
Wyróżniają się spośród innych
skrzydlatych stworzeń ptasim mleczkiem, którym karmią młode. Umieją też szybko pić wsysając
wodę, podczas gdy inne ptaki napełniają dziób i przechylają łebek
do góry.
Miejskie gołębie pochodzą od skalnych
znad Morza Śródziemnego i można o nich powiedzieć, że są to nasze
latające odpady, bo żywią się tym, co my wyrzucamy.
----------------------------------
PONIEDZIAŁEK 9 LISTOPADA
Pada deszcz. Wewnętrzne
podwórko naszego osiedla czyli strop podziemnych garaży, to betonowa
zapadlina pełna śmieci.
I nagle z naprzeciwka, do bloku
C podchodzi młoda matka z dziecięcym wózkiem. Odkąd tu mieszkam,
pierwszy raz w tych murach pojawiło się dziecko. Coś gaworzy.
Pojaśniało jak w letnie południe.
Filozofowie
dumają czym jest zamieszkiwanie. A bez dzieci, domy są jak zimne
piwnice. To dla dzieci przygotowujemy to wszystko. Mamy już ciepłą
wodę. Na klatkach schodowych jest światło. Oświetlone są drzwi
wejściowe. Ale bez śmiechu i płaczu dzieci, nasze bloki to ciągle jeszcze
cztery wielkie grobowce.
--------------------------
PIĄTEK 13 LISTOPADA
Na ósmym piętrze bloku A, od
strony Wawelu, zaczęliśmy z Łukaszem wieszać baner OKRADLI.PL.
Ponieważ okien jest 4 a liter w pierwszym słowie 7, więc trzy z nich muszą być
przyklejone na murze. Można by zrobić mural, ale
żaden z nas nie jest taternikiem. Wycięliśmy więc z plandeki
prostokąt 1x1,5 m, boki przypięliśmy do dwóch listew a te, stojące
we wnękach okiennych, przywiązaliśmy do zawiasów i dookoła
ściany. Zajęło nam to pół dnia.
Ten niebieski prostokąt, na
próbę bez litery, będzie wisiał do poniedziałku. Jeśli nie spadnie, zrobimy jeszcze dwa takie
same a pozostałe litery będą przyklejone w oknach.
---------------------------
SOBOTA 14 LISTOPADA
Spotkaliśmy się dopiero przy
projektowaniu i wieszaniu baneru,
ale nasze losy są podobne. On
też wiele lat był za granicą. Jako młody chłopiec wyjechał do USA,
gdzie zrealizował swoje marzenie: jazdę samochodem i podróże, które
opisał w miesięczniku Traker nr 1/2008.
Przez 10 lat był kierowcą tira.
Wcześniej pracował tam na budowie, w restauracji, przy sortowaniu
paczek... Jednocześnie kończył szkołę średnią.
Wrócił do kraju i kupił
mieszkanie w tym nieszczęsnym bloku A, który okna ma zabite deskami,
schody wiszą nad przepaścią
a w niektórych pokojach stoi
woda.
Aby zapłacić ostatnią ratę,
sprzedał samochód i został bez pieniędzy.
Znowu przez rok jeździł tirem.
Tym razem bliżej, w Norwegii.
Spał w samochodzie, bo w ten
sposób można więcej zaoszczędzić.
Teraz jest jednym z najbardziej
aktywnych w naszej grupie.
Wczoraj, gdy zeszliśmy na dół,
na zakończenie powiedział:
- Nie będę narzekał, są młodzi
ludzie, których spotkało prawdziwe nieszczęście.
----------------------------
WTOREK 17 LISTOPADA

Po trzech dniach (i nocach) pracy
w scenerii z
Wawelem w tle, napis Okradli.pl jest na swoim miejscu.
--------------------------
ŚRODA 18 LISTOPADA
U mojego sąsiada pracuje kilku
młodych ludzi.
Potrzebowali odkręcić zawory w
skrzynce wodociągowej. Wszyscy mamy kluczyki do jej otwierania.
Tymczasem oni wyrwali drzwi niszcząc jeden zamek całkowicie a w
drugim odgięli skrzydełko. Rozmawiałem z właścicielem mieszkania.
Obiecał, że naprawią.
Jeszcze nie zdążyliśmy
uporządkować niechlujstwa po tych, którzy budowali blok a już
następni rozpoczęli jego dewastację.
PS. Po rozmowie chłopcy
"zemścili się". Zamknęli mi ogrzewanie,
którego zawór jest w tej samej
skrzynce.
----------------------------
SOBOTA 21 LISTOPADA
,

Dziś pojawił się nowy nurt w
naszych zmaganiach ze zło-dziejstwem (=zło się dzieje). Wyszliśmy na
ulicę.
Prawie wszyscy, od samego
początku, uczestniczymy w
manewrach prawnych, w których bronią jest, znany nielicznym, język
mandarynów, pełen takich pojęć jak "umowa niewzajemna", czy
"niedoszły nabywca".
Te bloki, do których wtargnęło
życie, mają swoich dzielnych praktyków, którzy, mimo iż są tylko "niedoszłymi nabywcami", przejęli w posiadanie
i naprawiają to, za co zapłacili.
Dziś w południe, pełnym głosem
przemówił nurt trzeci, nurt protestu, wyraz elementarnego poczucia
sprawiedliwości:
NIE POZWOLIMY BY NAS OKRADANO!
Wołanie to jest zwrócone, z
jednej strony (
www.okradli.pl ) do każdego:
- żyjesz w kraju, w którym
jeden może bezkarnie ukraść
drugiemu jego dorobek całego
życia. Może go pozbawić dachu nad głową. Jeśli przejdziesz obojętnie
obok tych murów, które miały być naszymi mieszkaniami, ty także nie możesz
czuć się bezpiecznie.
Drugim adresatem są ci, którzy
mogą zapobiec tej kradzieży. Słusznie próbują ratować
niewolników hazardu, którzy sami pozwalają się okradać.
- Posłowie i Senatorzy: Cichoń, Gowin,
Raś, Wasserman, dlaczego nie
jesteście w stanie nic zrobić mimo iż wiecie, że okradziono nas
bezkarnie w biały dzień i w świetle prawa? Co to za prawo, które w
naszym imieniu i za nasze pieniądze, wy stanowicie?
--------------------------
ŚRODA 25 LISTOPADA
Na stronie kontaktowej otrzymałem kilka wpisów od czytelników tego bloga. Serdecznie dziękuję.
Przypomniało mi to podobne doświadczenie gdy byłem nauczycielem.
Poczucie wspólnoty z osobami rozproszonymi gdzieś w różnych
stronach świata.
Gdy w Internecie pojawiła się
możliwość czatowania, w czasie ferii mieliśmy lekcje na dystans. O
wyznaczonej godzinie, moi uczniowie siadali przed komputerami w
Warszawie, Kopenhadze, Lundzie i Malmo, ja
po kolei wpisywałem
myśli nieuczesane S.J.Leca a oni je komentowali:
"Nikt nie jest tak głupi, żeby
czasem takiego nie udawać".
"Otyli żyją krócej, ale jedzą
dłużej".
"Sezamie, otwórz się! Ja chcę
wyjść!"...
Pełno było przy tym medialnego
szumu i żartów. Długo szukaliśmy jednej uczennicy.
- Zuzia, gdzie jesteś? (A gdzie
jesteś teraz? I kim jesteś Zuziu?)
Okazało się, że jej komputer odmówił posłuszeństwa, poszła
więc do biblioteki i dołączyła do nas.
Podobnie jest teraz z tą
różnicą, że piszących nie znam ale poczucie wspólnoty takie samo. Ci,
którzy porównują je ze spotkaniami przy stoliku, nie biorą pod
uwagę, że są to rzeczy nieporównywalne.
W tych wpisach kontaktowych,
zaskakuje ich różnorodność. Są tam rady, proroctwa, zrozumienie bo
się samemu przechodziło tę zarazę. Jest chęć pomocy (przesłałem ją
do autora grafiki Okradli.pl).
Jest też jeden głos, chyba dość
typowy: sami sobie jesteście winni.
Po coście kupowali dziurę w
ziemi?
Absolutnie nie mam żadnego
poczucia winy. Wręcz przeciwnie, jestem wdzięczny za to wszystko, co
się wydarzyło. Za tych dzielnych ludzi, których poznałem i za to, że mogę jeszcze coś pożytecznego zrobić.
Nie zamierzam ani
o jotę zmienić podchodzenia z pełnym zaufaniem do ludzi i spraw.
Czasem się człowiek zawiedzie i wtedy trzeba dochodzić swego ale z
góry zakładać, że nas oszukają?
Co to za życie? Czy to w ogóle
jeszcze jest życie?
PS.
Wchodzi klient do sklepu i
pyta.
- Bułeczki są?
- Są.
- A czerstwe są?
- Są.
- Dobrze wam tak, po coście
tyle napiekli.
I wyszedł.ru
-----------------------
ŚRODA 2 GRUDNIA
Ile razy
można sprzedać tę samą
rzecz? Raz? Dwa? Trzy? Cztery?
Mówią, że do trzech razy
sztuka.
1-Najpierw deweloper sprzedał
mieszkania nam.
2-Następnie, bez naszej wiedzy,
oddał je w zastaw spółce Manchester w USA.
3-Trzeci raz znów chciał nam
sprzedać proponując, tanio,
1 m za 3 000 zł (jako dopłatę "bo
jak nie, to wam zabiorą wszystko").
4-Teraz, czwarty raz, chce je
sprzedać pani syndyk, aby zwrócić pieniądze Manchesterowi.
Manchester wiedział, że
mieszkania są już sprzedane a więc wziął udział w kradzieży. Takie
nabywanie lub przechowywanie cudzej własności nazywa się paserstwem.
Nic nie wiedząc o tym, nie
mogliśmy zapobiec oddaniu naszych domów spółce z USA. Na ponowną ich sprzedaż nam
(dopłata) nie zgodziliśmy się, zmuszając tym samym dewelopera do
upadłości.
Czwartą sprzedaż próbujemy
zablokować dowodząc, że handel z Manchesterem był przestępstwem.
Złożyliśmy w tej sprawie pismo w prokuraturze. Nie wolno sprzedawać
rzeczy, co do których jest podejrzenie paserstwa. Pani syndyk jest
innego zdania i twierdzi, że prokuratura nie powinna się mieszać do
jej zadań.
Jedno jest pewne. Teraz nabywca kupi mieszkania razem z nami, bo już
w nich mieszkamy. Chciałbym go zobaczyć.
PS
-Nigdy go nie zobaczysz. Może
to być nawet ktoś ze spółki Manchester albo od twego dewelopera, przejmie domy razem z wami i
znów was wystawi na sprzedaż.
-----------------------
WTOREK 8 GRUDNIA
Po wejściu do naszego bloku, na
parterze automatycznie zapala się światło. To takie udogodnienie, nie trzeba
szukać kontaktu i nie świeci się niepotrzebnie przez cały czas. Tyle tylko, że
lampy zapalają się także wtedy, gdy na korytarzu jest jasno od dziennego światła.
Można powiedzieć, że to drobiazg, ale
pewien belgijski inżynier dzięki takim drobiazgom, zmniejszył swoje
zatruwanie świata aż o 80%.
Vromman (www.lowimpactman.org)
kupuje produkty nieopakowane a energię elektryczną od dostawcy ze źródeł
odnawialnych. Myje się w deszczówce. To, że codziennie jeździ na rowerze jest
banałem, tak może każdy. Ale on ma także rower w mieszkaniu, kręci pedałami oglądając
telewizję czy pracując na komputerze i w ten sposób wytwarza potrzebny mu prąd. W zimie temperaturę w domu obniżył z 22 do 18
stopni. Każdą dziedzinę życia oczyścił z bezmyślnego marnotrawstwa a teraz
planuje najtrudniejszy wyczyn, powrót do żony, z którą się rozwiódł 10 lat
temu. Żyjąc razem, prawie wszystkiego zużywa się mniej.
Belg jest rekordzistą, ale nie ma
nikogo kto nie mógłby zmniejszyć swojej codziennej, prywatnej dewastacji
świata. Gdyby w
naszym bloku na tym jednym ciemnym piętrze było małe okienko, nie
musielibyśmy w dzień zapalać
światła i to od razu na wszystkich pięciu poziomach.
Chodziłem po schodach, gdy przez kilka
miesięcy było całkiem ciemno więc i teraz,
dla tych paru schodków, nie świecę.
Kto postępuje głupio w małym,
najpewniej podobnie
postąpi i w dużym.
--------------------------
WTOREK 15 GRUDNIA

Ukradli "Okradli.Pl"
Dziś skradziono nam wielki, czerwony
napis
z najwyższego piętra
bloku A. Był widoczny przez cały miesiąc i na pewno
przeczytały go setki przechodniów i przejezdnych. Swoje zadanie spełnił.
------------------------
PIĄTEK 18 GRUDNIA

Spadł śnieg. Za ścianą, która jest
jednym wielkim oknem, Narnia.
Czarne odnogi starego dębu, nadkreślone
biało. W dali Kopiec jak namiot eskimosów. I śmietnik na dachach garaży,
przykryty.
Z dwóch drewnianych skrzynek na
kwiatki, zrobiłem karmnik dla sikorek. Mam nieskończony podziw dla tych
dzielnych ptaków.
W zimną noc, za oknem puka serce, nie
większe od paznokcia,
które się nie boi.

CD rok 2010
|