ZADOMOWIENIE

 

ZADOMOWIENIE

 

www.antoniorzech.eu

 
 

 

 

 

 

 

 

 

2009

 

 

--------------------

SOBOTA 30 MAJA

 

Pierwszy dzień w moim nowym mieszkaniu.

To już dwunaste z kolei i mam nadzieję, że ostatnie.

Pierwsze własne. Własne, bo zapłaciłem i mieszkam, ale chcą mi je zabrać i sprzedać, by oddać pieniądze tym, co nas oszukali.

 

W Szwecji uczyłem języka polskiego. Przez kilkanaście lat odkładałem i wracając do kraju byłem dumny, że zatrudnię dwie osoby; jedna będzie pracować za moją emeryturę a druga za pieniądze na to mieszkanie. Teraz doszło jeszcze kilkoro innych, którym muszę płacić. Adwokaci bronią mnie przed utratą mieszkania, syndyk próbuje je sprzedać. I jeszcze dzień i noc czuwają, aby z bloków czegoś nie ukradziono.

- Zawsze mówiłeś, że nie chcesz mieszkać na ogrodzonym osiedlu a tu masz siatkę dookoła i prywatnego ochroniarza - żartuje siostrzeniec.

Ponieważ w nocy w całym osiedlu nie ma żywego ducha, czuję się jak Robinson krakowski. Pierwszy raz mogę grać na skrzypcach nie obawiając się, że ktoś tego słucha. Samotność w samym sercu Krakowa.

 

Dawno temu dotarłem autostopem do Asyżu. Na całą wyprawę miałem 10 dolarów, które i tak trzeba było przemycić. Korzystałem więc z poleconych adresów.

- W mieście świętego Franciszka pytaj o brata Polaka - radzili bardziej doświadczeni.

- Io vogljo fratello Polacco - mówię do zakonnika na furcie.

Przyszedł staruszek, pochylony, posuwał nogami. Zawsze mówił w trzeciej osobie.

- Jak sobie podje, to niech idzie do siebie tak, żeby nikt go nie widział, bo znowu powiedzą, że Polak Polaka sprowadził. - Zostawił mnie w pustym refektarzu z miską makaronu i butlą rozwodnionego wina.

Wcześniej byliśmy na galerii, z której widać cudowne pagórki Umbrii.

- Tutaj ma dwadzieścia cel, to sobie wybierze. - Przez kilka dni, zupełna cisza w ogromnym klasztorze. Tak jak teraz.

 

ASYŻ

    tu, na samej górze były moje cele                                        

 

-----------------------

NIEDZIELA 31 MAJA

Przeprowadzka z dwoma tysiącami książek na piąte piętro to nieludzki wysiłek. Winda jest, ale nie działa. Następnego dnia siedzę, patrzę przez okno i błogosławię architekta, który przeszklił drzwi i balkon. W dole rośnie potężny dąb i jesiony, dalej pasmo drzew aż do lasu na Skałkach Twardowskiego. Wieczorem przyleciały jerzyki. Wysoko, przecinają niebo zakosami w karkołomnych akrobacjach. Między drzewami, jak strzały, śmigają kosy. Czasem przeleci gawron, nieporadny bombowiec przy tamtych myśliwcach. A wszystkie czarne jak węgiel. Raz przepłynęła roztańczona mgławica małych ptaszków.

Dwie czarne muchy, przyklejone do szyby, tu sobie znalazły bezpieczne miejsce.

 

Na schodach nie ma światła. Wczoraj pracowałem do północy i zapomniałem latarki. Schodziłem, trzymając się poręczy i licząc stopnie. Gdy pod nogami zaszeleściły śmieci, zrozumiałem, że jestem w piwnicy. Trzeba wyjść piętro wyżej, tam puścić poręcz i znaleźć wyjście z hallu. Ale gdy na ścianie poczułem metalowe drzwi skrzynki na wodomierze, które są tylko na piętrach, zgłupiałem. Aby się upewnić, znów zszedłem niżej, wróciłem i znalazłem wyjście. Dziś sprawdziłem wszystko. Metalowe drzwi skrzynki okazały się windą, o której zapomniałem a w piwnicy jest otwarty, półtorametrowy dół. Zastawiłem go paletą.

 

--------------------------------

PONIEDZIAŁEK 1 CZERWCA

Część każdego dnia schodzi mi na szukaniu. Ponieważ paczki były zbyt ciężkie do wnoszenia na taką wysokość, transportowcy przepakowali je, mieszając wszystko ze wszystkim. I tak, nie wiem gdzie są sztućce. Mam tylko małą łyżeczkę, której strzegę jak oka w głowie. Można nią posłodzić herbatę, jeść makaron czy posmarować chleb. Odnoszę ją w jedno i to samo miejsce, ponieważ  łyżeczki posianej nie wiadomo gdzie, trzeba potem długo szukać. Z tego chaosu, wyłoniło się już kilka centrów, jedno - kulinarne, drugie - elektroniczne, trzecie - higiena, czwarte centrum - garderoba, piąte - dopiero w zarysie.

 

Podobnie jest z książkami. (FOTO) Wnosili je, wysypując na stosy i tak ojciec Leon w mnisim kapturze, pokornie słucha Sokratesa Krońskiej a Gombrowicz przeprosił się z Sienkiewiczem. Piotr Wielki obok Piłsudskiego i Znajomych z zerówki, Małgorzaty Musierowicz. Wypłynęła też mała książeczka Staszka Goli, z którym mieszkałem w Żaczku. Każdego wieczoru, sam dla siebie, z pamięci "odmawiał" szeptem kilka wierszy tak, jak ja modlitwy.

 

------------------------

WTOREK 2 CZERWCA

Przedpołudnia spędzam w urzędach. Dziesięć dni zajęło mi zameldowanie a kilka razy wydawało się już niemożliwe. Brakowało wymeldowania. Zadzwoniłem do poważanej osoby w mojej rodzinnej wsi. Przyjaciel poszedł i dzwoni, że mnie tam nie ma w żadnych dokumentach, bo po 30 latach wysyłają je do Przemyśla. Dzwonię do tego archiwum. Poszukają, ale trzeba napisać podanie, można e-mailem, choć jego odbiór zajmie parę dni a kolejka poszukujących jest na kilka miesięcy. Po tłumaczeniach, pani archiwistka obiecuje znaleźć mnie w ciągu tygodnia. I nie znajduje. Dostaję zaświadczenie, że szukano wśród posiadaczy pastwisk, koni, gruntów rolnych, itp. Jedyna wartościowa rzecz, jaką wtedy miałem, to skrzypce, ale takiego spisu widocznie nie ma.

 

Jadę do urzędu. Odesłano mnie do młodej, energicznej i jak się okazało, życzliwej kierowniczki, która przez godzinę wydzwaniała do wszystkich możliwych miejsc i w Jarosławiu znalazła świadectwo mojego urodzenia. A więc na pewno istniałem.

- To wystarczy - mówi - a tu wpisze pan adres ze Szwecji.

Po trzech dniach mam odpis aktu i znowu jestem w urzędzie.

- Akt urodzenia, zamiast wymeldowania, to niemożliwe - mówi pani za biurkiem.

- Ale pani kierowniczka powiedziała...

- Pani kierowniczki dzisiaj nie ma - ucina moje tłumaczenia. W końcu daje się przekonać o ile dowiozę papier z Przemyśla. Wszędzie jeżdżę na rowerze, więc następna godzina gimnastyki i pani idzie kserować dokumenty.

Natychmiast wraca, bo zauważyła, że na zaświadczeniu odbioru mieszkania brak pieczątki dewelopera. Musi być! Jest piątek, późne popołudnie. Telefon dewelopera nie odpowiada, więc mam dwa dni na rozmyślania, co zrobić, jeśli bankrut zlikwidował biuro.

- Wyrobisz sobie jego pieczątkę - radzi siostrzeniec.

 

Biuro było. Jedyny, od stycznia nieopłacany urzędnik przyniósł kilka pieczątek do wyboru i tak zakończyła się ta część Odyssei. Skąd właśnie ten poemat? Bo w nim Odys po wielu przygodach wraca do ojczystej Itaki. A którą z nich przypomina ta historyjka? Tę, z jednookim cyklopem. Gdyby go nie oślepił a siebie i towarzyszy nie przywiązał pod baranami, zostałby zjedzony. Niewiele brakowało i mnie zjadłby jednooki potwór.

 

Przez trzydzieści lat w Szwecji nie spędziłem w urzędach tyle czasu, co tutaj przez te 10 dni. Tam nie ma zameldowania ani pieczątek. Nie ma też dowodów osobistych, który teraz próbuję wychodzić, bo znów nie mogą znaleźć poprzedniego.

Tak, ale tam już w XVII w. żył Oxenstjerna, geniusz od biurokracji i uporządkował kraj a potem, przez dwieście lat bez wojen, porządek ten doskonalono. Ale dawno już przesadzili. Przykłady? Na moim osiedlu nie wolno było mieć psów, bo brudzą a na strzyżonych regularnie trawnikach ostały się tylko stokrotki. Cóż to za podwórko bez psów? Albo trawniki bez bodziszków, których pełno na bulwarach nad Wisłą? Nauczyłem się nazw wszystkich kwiatów przy krakowskich ścieżkach i mam dziesiątki podobizn biegających kundli.

 

Człek jest jak pijany chłop wracający gościńcem do domu. Co wylezie z jednego rowu, to zaraz wpadnie po drugiej stronie. Ale po tej drugiej stronie, miałem tam czyściutki śmietnik z wieloma pojemnikami i czerwoną skrzynką na baterie. Jego dach był pokryty ziemią i kwitły na nim rozchodniki. (FOTO)

 

 

----------------------

ŚRODA 3 CZERWCA

Przez kontakt na mojej stronie internetowej otrzymuję wiadomość, że w dawnym mieszkaniu zalewam sąsiadce łazienkę. Nie mogąc się dodzwonić, jadę taksówką na miejsce. Po drodze, wyobrażam sobie jak woda spływa z balkonu-galerii. Kierowca uspokaja mnie, że nic się nie stało, bo to przecież tylko czysta woda. Otwieram drzwi do mieszkania i wody nie widać, otwieram łazienkę, także sucha. Okazało się, że zawór, który zakręciłem, zaczął przeciekać i kapiąca woda przeniknęła przez podłogę.

 

Dom wybudowano w początkach PRLu a mój pokój, wynajęty od znajomej ze Sztokholmu, nie był remontowany nigdy. Przeciekał kaloryfer i rury wodociągowe. Gdy się wprowadziłem, nie było żadnych drzwi wewnętrznych a artysta fotograf, który mieszkał przede mną, ściany pomalował na granatowo, szafę w żółte koła a na zniszczonych parkietach zostawił plamy we wszystkich kolorach.

 

Miałem tam mieszkać rok, najwyżej dwa a wyszło pięć. Nie rozpakowałem paczek z książkami, które zajmowały kuchnię, zresztą nie zmieściłyby się w malutkim pokoiku skoro całość miała 28 metrów. Tym bardziej, że architekt łazienkę umieścił między kuchnią i pokoikiem a środkiem w kształcie litery L biegł długi korytarz. Właścicielka nazwała go drugim pokojem. Pod kuchennym oknem, w ścianie, była rozsuwana szafka, pewnie zamiast lodówki. Obok mnie, na takiej przestrzeni, mieszkało małżeństwo z dwójką dorosłych dzieci.

 

----------------------------

CZWARTEK 4 CZERWCA

 

Od rana pada deszcz. Chwilami mży i wtedy szyba, pokryta tysiącami kropelek, przypomina kryształ. (FOTO) Niektóre krople kluczą między tymi, co już nieruchome, osuwają się w dół i jakby się ścierały stają się coraz mniejsze, aż w końcu zatrzymują się i one. Tylko te największe prują prosto i zbierając po drodze inne, giną u dołu okiennej ramy. 

Poi si torno all'eterna fontana - Potem się wraca do wiecznego źródła. C. S. Lewis, Smutek.

 

Widziałem podobną instalację w Bunkrze Sztuki. Na wystawie były dzieła korzystające ze zjawiska chaosu, tzn. procesów niemożliwych do przewidzenia. Każdy ślad spadającej kropli jest inny, ponieważ ciągłe najmniejsze, nawet niewidoczne zmiany, wpływają (dosłownie) na ich ruch. I taka jest też nasza sytuacja. Jedni przewidują, że stracimy mieszkania, inni przeciwnie są pełni optymizmu. Ale zarówno ci pierwsi, jak i ci drudzy, zależnie od charakteru i życiowych doświadczeń, opierają się na kilku przypadkowych faktach.

 

W samo południe, tuż za oknem, słyszę dzwon Zygmunta. Majestatyczny dźwięk. W przyrodzie nie ma takiego, bo nawet piorun to nie to.  Królewska pewność, spokojna i radosna potęga.

 

------------------------

SOBOTA 6 CZERWCA

Na zakupach. Mój brat, który o budowaniu wie wszystko, powiedział: kup sobie wiertarkę. Stoję więc przed tymi pistoletami. Który wybrać? Ceny od kilkudziesięciu do kilkuset złotych. Z ich siłą, podobnie. Biorę średnią, 810 watów.

 

Z wiertłami jeszcze ciekawiej. Jedno kosztuje 40 zł a cała paczka o różnych rozmiarach, zarówno do żelaza jak i do drewna a także jakieś spiralne i 300 dybli, zaledwie 10 zł. Nawet z plasteliny, tak zapakowane, zamknięte na trzy spusty, powinny kosztować więcej. Sam transport z Chin jest więcej wart. Ja wiem, że to do niczego, ale może wywiercę kilka dziur i na pewno nie będą to w żelazie. A przynajmniej się nauczę, do jakiej śruby użyć 4 mm a do jakiej 10.

 

--------------------------------

PONIEDZIAŁEK 8 CZERWCA

Licząc, że wynajęcie mieszkania na naszym osiedlu jest warte 1 000 zł, wynajęcie wszystkich, to 180 tysięcy. W ciągu roku ponad dwa miliony.

Nie liczę garaży, dwóch poziomów przestrzeni użytkowej i innych dochodów. A tymczasem już drugi rok mieszkania te stoją puste. Jak nazwać taką rozrzutność?

Skoro ja mogę mieszkać to znaczy, że praktycznie jest to możliwe a więc pozostali wyrzucają miliony w błoto.

 

-------------------------

ŚRODA  10  CZERWCA

Wieczorem poszedłem nad Zalew. To miejsce do mieszkania wybrałem także ze względu na bliskość lasu. Na polanach, dookoła kamieniołomu, rosną chyba wszystkie kwiaty, jakie w życiu widziałem.  Wyróżnia się wysoki, karminowy goździk i drugi, którego nie znam, ciemno-niebieski, podobny do łubinu.

 

Wszędzie winniczki. Mały chłopczyk liczy je a gdy brat go poprawia:

- Przecież ten domek jest pusty,

- Bo ślimaczek poszedł sobie na wycieczkę - odpowiada tamten.

Nieprzyjemny zgrzyt, tak, wlazłem i rozgniotłem żywe stworzenie, które dom nosi wszędzie ze sobą.

 

Nad Wisłą, tam gdzie mieszkałem poprzednio, miałem kilka bezpańskich orzechów. Planowałem, że powrócę, gdy przyjdzie czas robienia nalewki, tymczasem tutaj są ich dziesiątki. Widocznie ta ziemia na skałach, to dobre miejsce dla kwiatów, winniczków i orzechów.

 

-------------------------

SOBOTA 13 CZERWCA

Każdy ma swoje Kilimandżaro - powiedziała dziś w radiu Anna Dymna.

Moje ma zaledwie pięć pięter, ale stoi nad przepaścią eksmisji na bruk.

 

W takich momentach życia, gdy się ma na głowie tysiące spraw poznajemy, co znaczy pomoc innych. Podczas tej przeprowadzki ze Szwecji na Wierzbową, bez przerwy ktoś mi pomagał. Najczęściej radą. Kilka osób pytało czy nie potrzebuję pomocy? Ale najbliżsi nie musieli pytać. Zosia u swojej znajomej, załatwiła mi mieszkanie w Krakowie, Ewa poleciła osobie pracującej w konsulacie w Malmo a Ryszard podarował mi paczki, przemyślnie składane, specjalnie do przeprowadzek. Kilkanaście rodzin zapraszało mnie do siebie na pożegnalne przyjęcia. Byłem tak zmęczony, że nie mogłem mówić a tu propozycja kilkugodzinnego gadania. Odmawiałem i widać było, że niektórzy czują się urażeni.

Poznaje się też wtedy, co znaczy rodzina, której pomoc jest bezwarunkowa.

 

--------------------------

WTOREK 16 CZERWCA

W ogóle żyliśmy tam jakby w dwóch różnych wymiarach.

Oni spokojni, pewni tego, co będzie jutro, za rok, czy nawet do końca życia. W Szwecji, gdy się już człowiek zakorzeni, może żyć z zamkniętymi oczami. Wszystkie mechanizmy działają bezbłędnie. Poruszali się więc jak na zwolnionym filmie, gdy ja zrywałem więzy, szamotałem się na wszystkie strony, przeważnie niewiadome. A jednak było mi ich żal. Zobaczyłem wtedy tam, nasze, imigrantów, sieroctwo.

 

Teraz kupuję wszystko, co szwedzkie a więc mam kuchenkę, szafę, drewniane żaluzje z IKEI. Ściany pomalowane szwedzką farbą. Na imieniny dostałem sztućce a sam częstowałem szwedzkimi hot dogami, lignon (czerwone borówki) i gloggiem (korzenne wino). Nawet nieświadomie - zauważyłem dopiero w domu po napisach na opakowaniu - kupiłem szwedzką deskę sedesową, która reklamuje się jako ekologiczna. Wyjątkowo masywna i twarda, widocznie nie chodzi tu o moje środowisko. Mam do nich zaufanie, bo tam wszystko jest naprawdę tym, za co się podaje. A więc kuchenka jest kuchenką, szafa, szafą i wiem, że z deski sedesowej nagle nie spadnę.

 

Po przyjeździe do Szwecji pracowałem przy sadzeniu tulipanów na akord. Ogrodnik powiedział nam studentom, że z podwórka do hali, mamy wozić po 10 skrzynek z ziemią. Ale ponieważ w drzwiach mieściło się 20, więc ładowaliśmy ile się dało. Gdy on to zobaczył, widziałem jak nie może pojąć dlaczego, skoro powiedział 10, my wozimy po 20 skrzynek? Dlaczego nie robimy tak, jak on mówił? Zabrał nam wózek i mogliśmy nosić, ile nam się podobało.

 

Najczęstszym powiedzonkiem, już prawie przerywnikiem, który ciągle się powtarza w radiowych rozmowach, jest zwrot "tak naprawdę". Ktoś mówi jak jest i zaraz dodaje, "ale tak naprawdę..." Czyli to, co mnie się wydaje, że jest, to tylko złudzenie, fikcja, a tu magik od radiowego stolika, pstryk, ujawnia mi zakrytą prawdę. 

 

-----------------------------

CZWARTEK 18 CZERWCA

 

 

Zachwycałem się szwedzkim dachogródkiem a tu za oknem także mam śmietnik, dach zarośnięty chwastami a na dodatek jeszcze garaż. Trzy w jednym. (FOTO)

  

Tak jak wszyscy, szukam pomocy w urzędach. Najpierw pojechałem do biura znajomego senatora. Młody aspirant poinformował mnie, że senator przyjmuje tylko w co drugi poniedziałek i poradził przyjść godzinę wcześniej, by zająć kolejkę.

Jadę więc piękną trasą rowerową wymijając na niej przechodniów. Biuro się mieści w prywatnej willi. Brama jest zamknięta, zimno. Byłem pewny, że kolejkę zajmę na korytarzu, gdzie stoi kilka krzeseł a tymczasem mam chodnik. Pół godziny przed otwarciem przychodzi starsza pani. Przyjechała z daleka. Zaraz po niej, zjawia się młody człowiek pracujący w krakowskim wydawnictwie i prosi, by go przepuścić w kolejce, bo chce odebrać papiery, które dziś jeszcze musi gdzieś zanieść.

 

Mija godzina 19 a senatora nie ma. Kolejka powiększa się o trzech panów w garniturach i z półgodzinnym opóźnieniem, zajeżdża auto, wysiada senator ze świtą. Powiało władzą. Za spóźnienie przepraszał papież, tu ani słowa. Przyjmuje mnie w małym pokoiku, tłumaczę, że kilkaset osób, że wołająca o pomstę niesprawiedliwość, że możemy przyjść grupą, pyta czy nie mam jakichś papierów. Daję mu skierowanie do prokuratora. Wszystko trwa parę minut. Obiecuje odpisać mailem. Mija tydzień, dwa, cisza. Dzwonię, nagrywam się na automatyczną sekretarkę, ale już nie czekam. Senator ma pewnie ważniejsze sprawy a tu stracił tylko jeden głos w wyborach i znajomego.

 

---------------------------------

PONIEDZIAŁEK 22 CZERWCA

Wreszcie wszystkie książki stoją na półkach. Zapakowane, czekały pięć lat. Przez cały wieczór patrzę na nie tak, jak wcześniej przez okno. Bez nich moje życie wyglądałoby zupełnie inaczej. Na wsi mieliśmy tylko dwuhektarowe poletko, więc umiem się posługiwać sierpem, narzędziem z epoki żelaza.

 

Odkąd pamiętam, zbierałem książki. Wtedy bez wyboru, każdą dostępną wymieniałem za znaczki pocztowe lub kupowałem za pieniądze, zarobione zrywaniem jagód, które babcia sprzedawała pod halą. W niedzielę, na stoisku przed księgarnią w Jarosławiu, ciągnąłem jeden los. Gdy był pusty, przesuwałem się jak najdalej od sprzedającej i gdy spojrzała w bok, ściągałem z brzegu upatrzoną książkę, chowałem za koszulę i biegłem, zatrzymując się dopiero pod wiaduktem kolejowym na granicy miasta. Do dziś śni mi się ten bieg.

 

W tak kompletowanej bibliotece, obok Jaszczura, Balzaca, którego znalazłem w szafce dziadka, stały Dzieła wszystkie, Krasickiego, ogromna księga z początku XIX w. na żółtawym, pergaminowym papierze, której brakowało kilkunastu kartek. Otwierałem ją zawsze w czasie choroby i zasypiałem nad Mikołaja Doświadczyńskiego przypadkami.

 

Pierwszą książką, którą przeczytałem była Historia gałgankowej Balbisi. Drugą były Martwe dusze, Gogola. Zdzierżyłem tylko kilka stron i do dziś pamiętam opisany tam pokój z karaluchami jak suszone śliwki. Kilka książek z pierwszej biblioteki sprzed pół wieku, o wytartych grzbietach, podpisanych dziwnym pseudonimem, ponumerowanych, stoi przede mną na półce.

 

--------------------------

WTOREK 23 CZERWCA

Czy nasz król Mieszko ma coś wspólnego z mieszkaniem?

Oczywiście. W czasach Piastów, "mieszkać" znaczyło  "robić coś powoli, guzdrać się" a w domu się "bydliło", (stąd "bydło"), czyli "było". "Mieszkiem" (misiem) nazywano też niedźwiedzia, który porusza się niezdarnie. (Samo słowo "niedźwiedź" pochodzi od "miodojad". Czyli można powiedzieć, że sąsiedzi ze wschodu, za władcę mają Mieszka I - Miedwiediewa). Nasz pierwszy król musiał więc przypominać niedźwiedzia.

 

A jaką ścieżką skojarzeń, "guzdranie się" przeszło w "stałe przebywanie w domu"?

Zaczęto mówić, że "komuś się mieszka" to znaczy, że "czas mu się dłuży".

Do dziś pozostało "nie omieszkaj", jako "nie zwlekaj, nie przegap".

 

Trzeba pamiętać, że wówczas odwiedziny nie trwały godzinę czy dwie lecz przeważnie kilka dni. Jeśli ktoś do znajomych jechał konno przez lasy dziesiątki kilometrów, to nie mógł zaraz wracać i dlatego "witaj" znaczyło "zanocuj u nas". I  tak "mieszka" zaczęto mówić, gdy ktoś "zwlekał z wyjazdem". A stąd już tylko krok do dzisiejszego znaczenia.

W moim przypadku, oba te znaczenia są prawdziwe. To, co najważniejsze zrobione, po tygodniach pośpiechu, mogę się poguzdrać w mieszkaniu.

 

-------------------------

PIĄTEK 26 CZERWCA

Tam, gdzie mieszkałem poprzednio, nie było korytarza tylko biegnąca wzdłuż wszystkich 10 mieszkań na piętrze, galeria. Gdy robiło się cieplej, życie przenosiło się na balkon. U wejścia, przy rozkładanym stoliku, popijała kawę pani Agata. Przez okno z kuchni dolatywał zapach potraw, którymi pani Halina co rusz kogoś częstowała.

Tuż za progiem w poprzek, leżała Roksa. (FOTO) Gdy wychodziłem, nawet w największe upały, podnosiła się, łapą otwierała drzwi i po chwili wracała z piłeczką w zębach. Uwielbiała być bramkarzem. Nawet z kilku metrów, trudno było strzelić jej gola.

Po mojej drugiej stronie mieszkała charakterna góralka, pani Małgosia, dla której "tak" znaczyło "tak", a "nie", nie. Przez pierwsze dwa lata, przyglądała mi się bez przekonania. Może dlatego, że nauczyłem się szwedzkiego "nja", które znaczy coś pośredniego między "nie" (nej) i "tak"(ja). Po pięciu latach moglibyśmy jednak chyba konie kraść. Natomiast jej jamniczek Filipek, do ostatnich swoich dni, szczekał na mnie groźnie. Moje kuchenne okno wychodziło w samym środku galerii tak, że chcąc nie chcąc, każdego dnia słyszałem wszystko, co się wydarzyło.

A mężczyźni? Byliśmy bladym tłem dla tych dzielnych kobiet, o sercach jak wulkan. One od zawsze wiedziały, że "tak naprawdę" w życiu liczy się serdeczność, reszta - wybacz Roksa - psu na budę.

 

 

-----------------------------

NIEDZIELA 28 CZERWCA

Z kościoła, w którym dziś mówiono, że "ten, kto ma dużo, nie powinien mieć za wiele" (św. Paweł), wracam pasem zieleni na osiedlu Podwawelskim. Wiele tu drzew, nieskoszonej trawy, wszędzie proste, gustowne ławeczki. Osiedle ubogie, lecz zadbane. Przy jednym z szarych śmietników, rośnie kilka kwiatów a tego jeszcze nie widziałem. Na tych podwawelskich plantach jest już nowy, unijny, plac zabaw, ale także pozostałości po dawnych. Tu i tam pojedyncze zjeżdżalnie, boiska, huśtawki, drabinki a nawet ogromna atrapa ciężarówki bez kół, do zabawy. Ależ Martynka się ucieszy! Gdy była niedawno, kolekcjonowała place zabaw. Odwiedziła cztery a nie wiedziałem, że po drugiej stronie ulicy takie cuda.

 

Idę i nagle masywny płot z metalowych prętów a za nim wiezienie? Szpital chorób zakaźnych? Poprawczak? Zaraz wyskoczy rottweiler? Nie. To tylko nowiutkie, lukrowane osiedle. Ludzie oszczędzali całe życie, więc boją się, że mógłbym przejść pod ich blokami. Mają nawet malutką, wychuchaną piaskowniczkę, więc ich dziatwa odgrodzona od złych wpływów takimi prętami, na pewno wyrośnie na ludzi. Jakich? Przestraszonych. Podejrzliwych. Lepszych od innych. Smutnych. Samotnych. Ale za to bogatych!

 

--------------------------

WTOREK 30 CZERWCA

Ponieważ nie muszę już szukać łyżeczki, więc szukam odpowiedzi na jedno z pytań, które cały czas nie daje mi spokoju. A nie daje dosłownie, bo godzinami muszę się guzdrać z jego skutkami. Już drugi dzień różnymi chemikaliami, ścieram zacieki po bezbarwnym kleju. Zachlapane są nim szyby w oknach i drzwiach, płytki na balkonie i drzwi wejściowe.

Dlaczego ci młodzi chłopcy (rozmawiałem z nimi, gdy budowali ten blok), wszędzie gdzie tylko mogli, zostawili coś niewykończonego jak dziury dookoła futryn albo jeszcze gorzej, spartaczyli to, co robili. Wokół drzwi wyjściowych zachlapali gładzią połowę futryny. Odpowiedzi, że się śpieszyli, że nikt ich nie pilnował, że niedouczeni a nawet, że byli pijani, nic mi nie dają. O spokoju nie mówiąc. Wolę już zostać z tym pytaniem.

 

PS.

Być może, ci budowlańcy nie nauczyli się jeszcze, że gdy się coś robi, to największą frajdę ma człowiek z tego, że wykonał to dobrze. Zwierzętom wystarczy, że się najedzą, my potrzebujemy jeszcze, by było smaczne, ładnie podane i w dobrym towarzystwie. Szkoda, że oni o tym nie wiedzą i tracą radość z dobrze wykonanej roboty. A ja, czas. 

 

 

 

 

 

 

----------------------

CZWARTEK 2 LIPCA

 

PO ZEBRANIU

 

Kilku bogatych cwaniaczków wzięło od 200 ludzi, ich z trudem zdobyte pieniądze, mówiąc, wybudujemy wam  domy, w których będziecie mieszkać.

 

Gdy domy były gotowe, cwaniacy powiedzieli do każdego z osobna,

-wykup jeszcze raz swoje mieszkanie bo jak nie, to go nie dostaniesz

i stracisz też pieniądze za które wybudowaliśmy te domy.

 

-To bezprawie, rozbój w biały dzień, odpowiedziało 200 zwykłych, dzielnych ludzi i odebrało cwaniakom swoje domy.

 

Teraz przedstawiciel prawa orzeknie, czy prawo stoi po stronie kilku bogatych oszustów, czy po stronie 200 zwykłych, dzielnych, wierzących w praworządność, ludzi.

 

----------------------

NIEDZIELA 5 LIPCA

 

Wczoraj całe popołudnie sprzątaliśmy klatkę schodową i hall przy wejściu do pomieszczenia użytkowego. Pełno tam było kartonów, styropianu, płytek, rur, paneli, gruzu, o kurzu nie wspominając. Ktoś z hallu przy wejściu, zrobił sobie ubikację, inny miejsce na skrzynkę w ścianie wypełnił gruzem, mimo iż parę metrów dalej, nad garażami, było wysypisko śmieci.

Po co jednak miałby drzwi otwierać?

 

Odtąd klatka schodowa jest nasza. I szlag nas będzie trafiał, gdy ktoś znów zostawi puszkę po piwie, peta lub niepotrzebne kartony. Mieszkanie jest moje, klatka schodowa jest nasza. Sprzątający z nami socjolog Marek, powiedział -to użytkowanie czyni, że coś traktujemy jako swoje. Wystarczyło, że oddałem klucze do poprzedniego mieszkania i teraz gdy przyjeżdżam tam po pocztę, patrzę na wszystko jak obcy.

 

Wiele, jak zawsze, zależy od człowieka. Dla mnie nauczyciela, wszystkie dzieci są nasze, podobnie jest z przyrodą, chociaż nie jestem leśniczym. Jedni wszędzie czują się u siebie, inni tylko w tym miejscu, w którym się urodzili. Niektórzy biorą w posiadanie swoje mieszkania na Wierzbowej a Darkowi, który zostawił swój głos na forum, niezbędny do tego jest papierek z czyimś podpisem. W pełni szczęśliwy byłby pewnie tam gdzie mówią, że "czieławiek bez bumażki jest pędrakiem".

 

Czasem przy krawędzi nad garażem, stoi ktoś i smętnie wpatruje się w okna niewykończonego bloku A. Gdy pytam, które jest jego, nie zawsze umie wskazać.

 

Moje? Nasze? U siebie?

 

W Szwecji było mi dobrze, ale nigdy nie czułem się tam u siebie.

 

 Z BALKONU

                 wschód                                                 zachód                   

 

                                  KAMEDULI  jaśnieją                      ZMARTWYCHWSTAŃCY  straszą

  

                 

---------------------

WTOREK  7  LIPCA

 

Tego jeszcze nie było, będę chwalił URZĄD. Wypada rymami:

 

5 minut, 3 rozmowy

i sprawa z głowy.

Niech żyje Urząd Pocztowy!

 

Rozmowa 1. na poczcie: Wierzbowa 4.

-Zadzwoni pan do centrali na Kobierzyńskiej, tu jest numer telefonu...

 

Rozmowa 2. telefoniczna z p. kierowniczką na Kobierzyńskiej.

-Zadzwoni pan o 8. rano do listonosza z Dworskiej.

 

Rozmowa 3. j.w. pan listonosz wie o problemach naszego osiedla.

-Napisze pan pisemko i zostawi na Wierzbowej.

 

Napisałem, zostawiłem.

-Tylko niech pan przychodzi raz w tygodniu zapytać...

-Mogę codziennie.

Listy na mój adres: Dworska 1, będą czekać na poczcie po drugiej stronie ulicy, bo w bloku nie ma skrzynek pocztowych.

 

Myślenie tej trójki - całkowicie zadaniowe. Ani cienia martwych paragrafów.

Skąd się to u nich wzięło? Skąd ten dźwięczny i nierozdwojony głos, którym przyjmowali mnie, nieznajomego? Czy to dlatego, że ich praca łączy ludzi?

Czy dlatego, że szeregowa piechota, listonosze, nie zasiedziała się za biurkiem?

 

W Szwecji byłoby to niemożliwe. (Sam problem zresztą też).

Tam wszystko idzie jak z płatka ale czasem i ten płatek się zatnie i wtedy stają bezradni. Gdy pracowałem w ogrodnictwie razem z grupą Rodaków, w takiej sytuacji myśmy czuli się jak ryby w wodzie, oni nie wiedzieli co robić?

"Trza se radzić, powiedział baca, zawiązując buta glistą".

 

Super! Jak powiedział pan listonosz.

 

----------------------

CZWARTEK 9 LIPCA

 

Gdy podpisywałem umowę na mieszkanie, zapytałem p. Legerską.

-Czy będzie jeszcze umowa "wstępna" a potem "definitywna", skoro ta, którą podpisuję nazywa się "przedwstępną"?

-To tylko taka nazwa, odpowiedziała.

 

Dziś dowiedziałem się, że kwestionują, iżby nasze umowy z deweloperem, jako przedwstępne, były wzajemne. Czy może być UMOWA, która nie jest wzajemną? Czy w języku polskim, można powiedzieć: "umówiłem się z nią na 9.00 ale ona ze mną się nie umówiła"? Można tak powiedzieć ale żartobliwie, zamiast, "dostałem kosza". Co powiedzieć o ludziach, którzy żartują, gdy chodzi o miliony?

A może nie mówią po polsku?

 

-------------------

PIĄTEK 10 LIPCA

 

MacIntyre na 560 stronach, opisuje jak Europejczycy w ciągu trzech tysiącleci, różnie rozumieli sprawiedliwość.

 

Dla Greków, sprawiedliwy był ten, kto dobrze wypełniał obowiązki względem swojego polis.

 

Dla chrześcijan, każdy inny człowiek to moje drugie "ja" a więc powinienem dbać o niego, jak o siebie samego.

 

W XVIII-wiecznej Anglii, sprawiedliwe było to, co dobre dla posiadaczy i dlatego bogatemu nie pozwalano żenić się z biedną (Jane Austen).

 

Dziś sprawiedliwość mówi: na ile tylko potrafisz i możesz, dbaj o siebie samego.

 

Jaka sprawiedliwość decyduje, że pieniądze wyłożone na budowę naszych domów, najpierw zwrócą tym, którzy wykupili obligacje a nam dopiero na szarym końcu?

 

     -  Im chodziło o zysk.

     = Nam, o dach nad głową.

 

     -  Oni, doświadczeni spekulanci, mieli pełną wiedzę o ryzyku.

        Mieli nawet u siebie człowieka od dewelopera.

     = Ja nie miałem zielonego pojęcia, że moimi, wpłaconymi na dom,

        pieniędzmi,

        ktoś będzie "grał w ruletkę".

 

Dzisiejsza sprawiedliwość mi odpowie:

-Przestań porównywać. Oni, jak tylko mogą, dbają o siebie. I ty rób tak samo.

Dbaj o siebie!

 

Chyba, że się "skrzykniemy".

Tak, jak dotychczas.

 

WIĘCEJ: A. MacIntyre, Czyja sprawiedliwość? Jaka racjonalność? 2007 

 

----------------------------

PONIEDZIAŁEK 13 LIPCA

 

Pierwszy raz byłem w sądzie. Bezkresne korytarze, przy wejściu bramka jak na lotnisku, adwokaci zostawiają swoje komórki. Informacja kieruje mnie "prosto, do końca korytarza, za podwójne drzwi, na II piętro, pokój 218".

 

W pokoju tym, pani jak królewna z PRL-u, robi wszystko bym poczuł się winny, wszak jestem w sądzie.

 

PANI-Dlaczego nie zostawił pan tego w punkcie oddań?

JA=Bo tu mnie skierowano na informacji.

 

P- Czy wszystkie dokumenty są w komplecie?

JA=Nie wiem.

P- To proszę skompletować, pani oddaje moją kopertę.

JA=Ja skompletowałem, proszę sprawdzić czy SĄ w komplecie.

P- Ja jestem tylko od przyjmowania a nie od sprawdzania.

JA=Jeśli pani jest TYLKO OD PRZYJMOWANIA, to dlaczego nie chce pani przyjąć?

P- Bo nie są w komplecie.

JA=Skąd pani wie, że nie są w komplecie, skoro pani ich nie przeglądała?

P- Sam pan powiedział.

JA=Powiedziałem tylko, że NIE WIEM czy są w komplecie, chociaż ja je SKOMPLETOWAŁEM.

 

Pani przegląda moje dokumenty.

Przybija pieczątkę na jednym z napisanych przeze mnie ZGŁOSZEŃ WIERZYTELNOŚCI i zwraca je jako dowód, że złożyłem te dokumenty.

 

Oddaje mi też jedną z dwóch kopii aktu notarialnego jako niepotrzebną.

 

JA=W piśmie, które otrzymałem napisano, że trzeba "złożyć 2 egzemplarze WRAZ z oryginałem". "Wraz" znaczy "razem" a wiec "2 egzemplarze i oryginał" to w sumie trzy pisma.

P- Tak, można to tak źle zrozumieć.

JA=Bądźmy ściśli: Tak można DOBRZE ZROZUMIEĆ to błędne sformułowanie.

P- Tak, bądźmy ściśli.

 

Wychodzę i idę na chybił trafił, żeby sobie pozwiedzać ten labirynt.

Nagle zza rogu, ukazuje się rząd prowadzony przez młodą policjantkę, za nią na zmianę, raz cywil raz policjant, w sumie siedmioro. Dokąd oni tak maszerują? Pod niektórymi drzwiami stoją kolejki.

Zszedłem do piwnicy przez półotwarte drzwi a gdy się zatrzasnęły nie mogę otworzyć. Ale to tylko sąd więc czekam aż ktoś się zjawi i wyprowadzi mnie stamtąd. Na świeże powietrze.

 

-----------------------

CZWARTEK 15 LIPCA

 

Co o mieszkaniu może powiedzieć filozof? I to jeden z najbardziej wpływowych, Martin Heidegger. W roku 1951 mówił do zgromadzonych w Darmstadzie architektów.

 

Zamieszkiwanie uznał za "podstawowy rys bycia" człowiekiem.

Człowiek, jako Śmiertelny, zamieszkuje Ziemię.

Ale czyni to tylko wtedy:

 

-gdy ją ochrania, ratuje a nie męczy czyli włada i eksploatuje,

-gdy godzi się na naturalny bieg rzeczy, nie czyni z nocy dnia a z dnia nieustannej za czymś pogoni,

-gdy oczekuje znaków Boskich i nie zapomina o nich, gdy ich brak. Nawet w niedoli, czeka na odebrane mu ocalenie. Nie czyni siebie bogiem i nie służy żadnym bożyszczom.

-gdy posłuszny własnej istocie, umiera dobrą śmiercią.

 

Podstawowym rysem zamieszkiwania jest zachowywanie czyli troska, opieka

-nad tym kawałkiem przestrzeni, który jest nasz, -

-nad rzeczami, które nam służą,

-nad drzewami, roślinami i wszystkim co żyje w otoczeniu,

-nad całą przestrzenią, którą wyznacza nasze mieszkanie.

 

Panujący "głód mieszkań" to nie tylko ich brak. "Właściwy głód mieszkania polega na tym, że Śmiertelni zawsze dopiero szukają utraconej istoty zamieszkiwania, że muszą dopiero uczyć się zamieszkiwania".

 

Mnie to zajęło ponad 60 lat. A teraz urządzając własnoręcznie mieszkanie, ucząc się szpachlowania, kładzenia paneli i płytek, codziennie czegoś nowego - dziś czeka budowa szafki pod zlewozmywak (z dozownikiem - kranik na płyn do naczyń) - podziwiam jaką nieprawdopodobną ilość rzeczy wymyślił człowiek od czasu przebywania w grocie.

To dobra nauka zamieszkiwania czyli według Filozofa, tego co w życiu najważniejsze.

 

A w naszym szczególnym przypadku, wszystko to w cieniu możliwości utraty mieszkania. To jeszcze bardziej, uczy cenić to, co mamy.

Jak śmierć uczy żyć.

 

------------------------

NIEDZIELA 19 LIPCA

 

Gdy Heidegger mówił o poszukiwaniu czym jest "zamieszkiwanie", sam uczył się tego już od ponad 60 lat. Mieszkał z żoną a przez wiele lat miał romans ze swoją uczennicą, Hannah Arendt. Mieszkał w Niemczech gdzie rządził Wariat. Mało tego, aktywnie wspierał nazizm, donosił na kolegów. Stąd może: Prawdziwie Zamieszkujący "nie służy żadnym bożyszczom".

 

Na tej samej konferencji i na ten sam temat: El mito del hombre allende la tecnia, mówił filozof hiszpański, Jose Ortega y Gasset.

Czytanie jego mądrych książek o życiu, to prawdziwa frajda (Bunt mas, Szkice o miłości...). Nie przeczył, że zamieszkiwanie czyni człowieka ale, przeciwnie niż Heidegger, uważał, że jest ono niemożliwe. Ta niemożność zamieszkania zmusza człowieka, który jest "pielgrzymem", do ciągłego szukania nowych możliwości i do tworzenia. Gdy wybuchła wojna domowa w Hiszpanii w roku 1936, emigrował i w ciągu sześciu lat mieszkał we Francji, Holandii, Portugalii i Argentynie.

 

Niemożność zamieszkiwania za każdą cenę?

 

---------------------

WTOREK 21 LIPCA

 

Po drugiej stronie ulicy, w baraku, jest PLAYER CLUB. Około godziny 10, dziewczęta wynoszą stoliki i parasole ale dopiero po południu przychodzi grupa chłopców. W sobotę i w niedzielę są wcześniej. Siedzą do ciszy nocnej a potem jeszcze z godzinę stoją na chodniku. Co w tym złego? To lepsze niż gdyby rzeczywiście w coś grali. A jednak ci chłopcy, pewnie o tym nie wiedząc, GRAJĄ na nerwach niejednego mieszkańca, szczególnie tego, który rano musi wstać do pracy a teraz przez nich nie może zasnąć.

 

Gdyby tylko popijali piwo i rozmawiali, ale młodość musi się wyszumieć więc oni wrzeszczą. Najbardziej przenikliwy jest jednak taki pierwotny, trzęsący całym ciałem rechot. To nie jest śmiech, bo oni rechoczą bez powodu. Może to taka cielęca radość; jestem młody, zdrowy i silny. Buzują hormony, adrenalina i alkohol. Fajnie jest!

Sam też to i owo mógłbym sobie przypomnieć.

 

Jednemu fajnie a drugi nie ma spokoju. Tego nie da się uniknąć między mieszkającymi razem ludźmi bo tu symetria nie działa. Nie będzie rechot, to będzie co innego. Jeden lubi rap, drugi Bacha a niskich rytmów popu, nie zagłuszy nawet Koncert d-moll na dwoje skrzypiec. Albo jeszcze gorzej, przeklinające się całymi dniami i nocami małżeństwo. I chyba jakaś granica: narkotyczne szaleństwo i krew. Wszystko to zdążyłem przerobić w ciągu 5 ostatnich lat i jestem prawie pewien, że w tym nowym domu, czekają nas nowe przygody.

 

Czy jest na to jakieś lekarstwo?

Polecam dwa: koniecznie i za wszelką cenę, trzeba polubić swoich sąsiadów.

I drugie bardziej osobiste, nie znoszę gdy ktoś skacze mi po głowie. Dlatego zamieszkałem na ostatnim piętrze. Tylko gołębie, wiatr i deszcz.

 

-------------------

ŚRODA 22 LIPCA

 

Mieszkając w miastach, żyjemy w morzu dźwięków, głosów i hałasu.

Przyzwyczajenie sprawia, że ich nie słyszymy. Przenosząc się z kraju tak wyciszonego jak Szwecja, myślałem że nigdy nie przywyknę do całkowicie beztroskiego zaśmiecania ciszy. Sam hałas nie jest tak męczący jak bezmyślność człowieka, który zostawia na podwórkowym balkonie ogromnego psa, dudniącego jak grzmoty burzy. Albo dźwięk z górnej skali, elektroniczny klucz do samochodu, piszczący o każdej porze i to kilka razy bo właściciel musi być pewny że drzwi zamknięte. Za morzem nie do pomyślenia jest parking wewnątrz osiedla.

 

Były też głosy zabawne. Mieszkając tam wśród drzew i niedaleko pól, od czasu do czasu miałem sympatycznego gościa, myszkę polną. Raz otwieram szafkę kuchenną a ona patrzy na mnie zdziwionym oczkami. Dowiadywałem się o odwiedzinach, słysząc w nocy jej chrobotanie gdy gryzła książki, materac albo drewno. Tutaj w każdą noc budził mnie ten sam chrobot ale to nie myszki lecz gołębie siedzące nad oknem, drapiąc mur pazurami, naśladowały tamten dźwięk.

 

Wyciszenie środowiska ma swoją cenę. Gdy wszyscy hałasują, nie słychać nikogo ale w ciszy nawet pojedynczy głos brzmi jak dzwon Zygmunta.

Tak było z sąsiadem, który jak każdy prawdziwy mężczyzna, załatwiał się na stojąco. W idealnej ciszy brzmiało to jak rynna podczas ulewy. W nocy chowałem głowę pod kołdrę, żeby mnie nie zalało.

 

Tutaj myślałem, że nigdy nie przywyknę do sygnału karetki jeżdżącej co chwilę, bo obok było pogotowie. Po jakimś czasie, gdyby ktoś o to zapytał, byłbym zdziwiony, karetka jaka karetka? Mechaniczny hałas przestajemy słyszeć całkowicie. Najtrudniej jest z pojedynczym ludzkim głosem np gdy na balkonie ktoś rozmawia przez komórkę. W tramwaju także zapominają, że wszyscy dookoła ich słyszą. Jest kraj, w którym mieszkańcy są przekonani, że gdy załatwiają swoje potrzeby fizjologiczne, stają się niewidoczni. Przy drodze, co rusz można tam zobaczyć jak ktoś kuca bo jest niewidoczny.

 

 

 

 

 

 

 

 

-----------------------

ŚRODA 5 SIERPNIA

 

KWIATKI Z NASZEJ RABATKI

 

     

                                              lepnica                                        poziewnik                 pępawa

 

UWAGA  -  Poziewnik jest trujący!

 

-----------------------------

CZWARTEK  6 SIERPNIA

 

Już niedługo mieszkańcy bloku D, przez okno, będą mogli zobaczyć gmach, jakiego w Krakowie jeszcze nie było. Jeśli zaś spojrzą na sąsiednie budynki, to mogą być pewni, że widzą coś, czego nie ma nigdzie na świecie. No bo gdzie obok siebie mogą stać, rozwalająca się myjnia, wiejski domek (z nowym dachem!), najnowocześniejszy dom w mieście i zamek królewski?

 

Tradycyjny dom ma cztery ściany i dach. Ten budowany obok, nie przypomina

żadnej takiej budowli. Jest podobny do lukrowanego ciacha, po którym spływa polewa a obok stoi kubek z sokiem. Oczywiście na obrazku, bo w rzeczywistości będzie można oglądać go w całości tylko z latającego obok Wawelu, balonu. Ale co to za rzeczywistość widziana z balonu?

Senatorska, albo jakiejś innej szychy.

 

W budowanym Centrum Kongresowym znajdzie się m.in. duża sala na ponad 2000 miejsc, oraz sala teatralna na 600 miejsc. Planowany termin zakończenia budowy to rok 2013. Nas bezpośredni0 dotyczy przebudowa ul. Jana Bułhaka (twórca polskiej fot0grafii artystycznej)

i dochodzącej do niej, ul. Wierzbowej.

 

Tymczasem zwieźli setki rur    

 

 

 Przenoszą cmentarz                        

 

 i "latarnię umarłych", kapliczkę  z początków  XVII w.,która dawniej stała przy ulicy Twardowskiego.           

 

Od średniowiecza kapliczki takie stawiano na rozstajach dróg, w sąsiedztwie szpitali i cmentarzy. Światło umieszczonej na szczycie latarni, wskazywało drogę - naszej do Tyńca - chroniło przed duchami i wzywało do modlitwy. Podobny filar znajduje się u wylotu ulicy Szwedzkiej, na granicy Dębnik i Zakrzówka. Wzniesiono go w r. 1871 obok cmentarza zmarłych podczas epidemii cholery.

 

 

 

Najstarsza kapliczka, gotycka, stoi przy kościele św. Mikołaja. Ponieważ była to moja poprzednia parafia, więc można powiedzieć, że przywędrowałem od tamtej latarni do tej.

 

 

Tym bardziej, że tutaj, w jednej z wnęk znalazłem mojego patrona z Padwy.

 

 

 

 

--------------------------

WTOREK 25 SIERPNIA

 

Najlepszymi nauczycielami w urządzaniu mieszkania są sprzedawcy. Nie wszyscy, oczywiście. Na Kazimierzu, niedaleko jeden od drugiego, jest sklep z farbami i hydrauliczny. W tym pierwszym dowiedziałem się co to gładź (kładź gładź!), ćwierćwałek i kątownik, którego użyłem do zakrycia dziury przy futrynie. Do drugiego po każdą rzecz jechałem dwa razy. A to mufy brakuje, a to kolanko nie takie.

 

 

"Mufa" - tak mówią małe dzieci na muchę i  ja mufę też pamiętam z dzieciństwa. Siedząc w załubkach, (ozdobne sanie z łubek czyli cienkich desek) ręce trzymałem w mufce (zarękawku).

 

Teraz gdy nadszedł czas balkonu, jadąc Kapelanką do Tesco, w sklepiku ogrodniczym, spotkałem dwie urocze nauczycielki. O kwiatkach wiedzą wszystko i chętnie się tym dzielą. Gdy zapytałem o nazwę jednego, który będzie stał na półkach z książkami, otrzymałem trzy do wyboru, scindapsus (co da psu?), rafidofora albo epipremnum. Co jedno imię to ciekawsze. Chyba wymyślę coś swojego. Dowiedziałem się też kto jest kwaśnolubny i jak się drenuje. A gdy wybrałem niecierpka, pani ostrzegła mnie, że on nie cierpi upałów i rzeczywiście już pierwszego dnia oklapł tak, że musiałem go cucić w łazience. Ale imię otrzymał bo jest niecierpliwy (impatiens), jego owoce, przy najmniejszym dotknięciu, eksplodują nasionkami. Tych parę kwiatków to na początek, bo marzy mi się altanka z kratkami.

 

------------------------

ŚRODA 26 SIERPNIA

 

O bezdomność otarłem się dwa razy. Krótko i delikatnie a jednak ślad pozostał na zawsze.

Po studiach nie miałem pracy ani mieszkania. Typowy dla PRL-u przepis głosił, że w dużym mieście, aby mieć jedno, wymagane jest to drugie i odwrotnie, aby się zameldować potrzebne było zatrudnienie. Błędne koło. Przerwał je dyrektor domu dziecka na Parkowej a po raz drugi prof. Estreicher. Przyjęli mnie do pracy bez zameldowania.

 

Na początku mieszkałem w akademiku "na waleta" w pokoju przyjaciół, którzy jeszcze studiowali (Z. Nęcki i A. Awdiejew). Spałem na materacach pod łóżkiem jednego z nich. Tylko głowa wystawała na zewnątrz. Od czasu do czasu robiono obławę na nielegalnych mieszkańców. Dyrektorem był sławny pan Buszek, więc pewnie nie zdarzyło się aby kogoś złapali. Gdy sprawdzano jedno piętro, wiedzieliśmy o tym wcześniej i na korytarzu wyżej pełno było spacerujących studentów.

 

Najgorzej gdy zimą wracałem w nocy. Nie bałem się portiera, który znał mnie od lat ale nowy mógł zażądać legitymacji. I co wtedy? Chociaż nigdy się to nie zdarzyło, do dziś śni mi się, że nie mogę znaleźć swojego pokoju w Żaczku. Nigdy też na portierni nie prosiłem o klucz. Gdy nikogo nie było w pokoju ani wśród znajomych, szedłem do łazienki i drzemałem w wannie. Później wynajęliśmy pokój w Nowej Hucie. Właściciel, lekarz, na pierwszym spotkaniu, zapytał

-z zameldowaniem nie miał pan problemów?

-Żadnych!, odpowiedzieliśmy chórem. Dosłownie było to prawdziwe, nie miałem problemów, bo się nie meldowałem.

 

Aby otrzymać paszport, potrzebny jednak był pobyt stały. Pracowałem w TPSP i jeden z artystów malarzy, zaproponował, że zamelduje mnie na ul. Cechowej, u swojej mamy. Niedawno sprawdziłem adres bo mam go w prawie jazdy, które wtedy wyrobiłem.

Po kilku latach gdy miałem zostać w Szwecji, konieczne było wymeldowanie. Okazało się to niemożliwe bo domu z tym numerem w ogóle nie ma na Cechowej.

Artysta załatwił mi fikcyjny adres. Cd. zob. WTOREK 2 CZERWCA

 

------------------------

PIĄTEK 28 SIERPNIA

 

Prawdziwa bezdomność to jednak zupełnie co innego.

 

W zimowy wieczór na schodkach przed domem na Al.Daszyńskiego, leżał człowiek.

Pod głową miał zawiniątko z chlebem. Zamarznie w nocy. Poszedłem do pobliskiego sklepu.

Co robić? Młoda ekspedientka zawołała inną i wyszła ze mną.

-Ja go znam, powiedziała, kupuje u nas czasem.

-Niech pan się obudzi, zawołała do śpiącego. Posadziliśmy go. Był nieprzytomny.

-Trzeba zadzwonić do straży miejskiej. Po chwili przyjechali dużym samochodem.

-Wstawaj! wrzasnął jeden z nich.

-O, Jezu! westchnął tamten podnosząc się z ziemi.

-Zabierz to! strażnik wskazał na chleb.

Otworzyli tylne drzwi, wepchnęli bezdomnego do środka i odjechali.

 

 

 

 

 

 

 

 

-----------------------------

CZWARTEK 3 WRZEŚNIA

 

Miron Białoszewski nowych mieszkańców, wprowadzających się do bloku nazywał "ci-my". Ci, czyli oni, bo jeszcze nieznani i obcy ale skoro będą mieszkać z nami pod tym samym dachem, to już także i my.

 

W naszym bloku pojawia się ich coraz więcej. Dziś trzy "ci-my", młodziutkie, bez latarki, szukały windy. Jak ćmy krążyliśmy w ciem-nościach, sprawdzając czy z tej części bloku w której jest winda, można przejść do tamtej, w której na górę wchodzi się tylko po schodach. Przejścia nie ma. Chyba, że w mieszkaniu na końcu korytarza, przebije się wyjście do drugiej klatki schodowej albo chociażby położy kładkę z balkonu na balkon. Można też przechodzić przez okno w dachu.

 

W takich chwilach gram za weterana. Odpowiadam gdzie i co można kupić. Doradzam, że nie warto dzielić pokoju na maleńkie klitki.

I słucham o przygodach ciekawszych niż moje. Wcześniej opisałem jak bez latarki nie mogłem znaleźć wyjścia a dowiaduję się, że sąsiadowi w tych ciemnościach spadł do piwnicy klucz. A więc jedna przeszkoda więcej. Muszę sprawdzić czy paleta, którą zastawiłem studnię pod windą stoi na właściwym miejscu, bo jeszcze ktoś tam wpadnie.

 

A tymczasem Jaś z Wojtusiem idą do szkoły, bo znów wrzesień.

-Na wakacjach zabiłem pięć ćmów, chwali się Jaś.

-Ciem! poprawia go Wojtuś.

-Kapciem, odpowiada Jaś.

 

---------------------------------

PONIEDZIAŁEK 7 WRZEŚNIA

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Kwiaty są dziećmi słońca.

To pokrewieństwo

widać u wielu ale tylko o jednym można powiedzieć "wykapany tata".

 

Jego tarcza wrze. Żółty okrąg pyłków z godziny na godzinę przesuwa się ku środkowi, który oślepia. A dookoła promienie. W pokoju przyćmił wszystko. Jeden jego płatek zgasił płonące w tle chryzantemy.

Oczywiście przesadzam bo chociaż jest tak, jak piszę to widzimy tylko obraz słońca. Jak w Kaplicy Sykstyńskiej. Dokładniej, jakby tkaninę.

 

W moim dawnym bloku pani Janina, po przejściu na emeryturę otworzyła pracownię kilimów. Za oknem był wydeptany trawnik. Zmieniła go w ogródek, pełen małych słoneczek rudbekii, niezapominajek, chińskiej róży, kosmei i ciągle nowych kwiatów, których imiona niekoniecznie zgadzały się z tymi w atlasach.

 

W Lundzie przed biblioteką, stoi najsłynniejszy ze Szwedów, Karol Linneusz. 300 lat temu, wszystkie kwiaty i to co żyje, nazwał ich własnym imieniem i nazwiskiem. Stworzył jedną ziemską rodzinę z trzema wielkimi klanami: Animale, Vegetale i Minerale. Ilekroć go mijałem zawsze w dłoniach trzymał żywy kwiat. Miłosz złożył mu hołd "wierszem podobnym do klasycznej ody".

 

------------------------

ŚRODA 9 WRZEŚNIA

 

Jedno z najpiękniejszych miejsc na świecie. Mam dziesiątki takich zdjęć jak te trzy u góry. Jest tam wszystko. Jest woda, są skały, drzewa, motyle i ze sto orzechów :-) W tym miejscu pracował Święty. A wszystko to, jak głosi drogowskaz, 2 km od Wawelu a więc w sercu naszego miasta.

 

Wczoraj spotkałem tam pana Józefa. Zagadnięty, zaczął się żalić

-Znów wycięli moje klony.

Nie zrozumiałem.

-Od 20 lat przychodzę tu prawie codziennie. Mieszkam niedaleko i żeby się brzegi nie osuwały, sadzę kanadyjskie klony. Nie wszystkie się przyjmują bo ziemia skalista. Ale niektóre są już taaakie duże, podniósł wysoko rękę. -W ten weekend znów mi trzy wycięli.

-Kto? pytam.

-Przychodzą, palą ogniska, piją i po pijanemu wycinają co popadnie bo z tych gałązek to nawet ognia nie ma.

 

 

Rzeczywiście co parę dni z balkonu widzę dymy nad Skałkami a jak wiatr wieje w tę stronę to lepiej zamknąć okno.

 

O tej porze roku dookoła Zalewu jest śmietnik. Tuż przy ścieżce leży ogromna lodówka i butelki, butelki, butelki.

_______________________

SKRZYKNIJMY SIĘ (Znowu?).

 

Na początek wybierzemy się i posprzątamy ile się da.

Bo zniszczą nam ten zielony skarb.

 

---------------------------

SOBOTA 19 WRZEŚNIA

 

"Skrzyknijmy się i posprzątajmy Skałki!"

 

Usłyszała to tylko jedna osoba i razem uzbieraliśmy cztery worki śmieci.

Akurat był Dzień Sprzątania Świata więc robiliśmy porządek na Ziemi.

Przed nami już tam ktoś był ale chodził tylko alejkami więc niewiele znalazł.

 

Przypomniało mi to zbieranie grzybów a ponieważ urodziłem się niedaleko lasu, więc jestem w tym dobry. Wygrzebywałem butelki przysypane liśćmi, zdarzały się worki ukryte pod korzeniami drzew, jakieś stare ubrania. Najwięcej leży tego tam, gdzie palono ogniska, talerze, kubki, widelce, rozbite szkło...

 

Dlaczego w takim miejscu, ludzie zostawiają swoje odpady? Pytanie jak ta skała, na której ćwiczą młodzi alpiniści. Można w nią walić łbem i na nic. Pozostaje wziąć worek i pozbierać co inni zostawili. To jest jedyna odpowiedź.

 

I jeszcze wyrazy podziękowania od rusałki pawik i kwiatka o  gramatycznej nazwie, przymiotno. Czasem, gdy go zapomnę, nie jestem pewien czy to liczebno, czasowno a może rzeczowno?

 

   

 

----------------------------------

PONIEDZIAŁEK 21 WRZEŚNIA   

 

Dziś ścigałem policję. Wyprzedzili mnie nyską gdy jechałem nad Zalew. Ja na rowerze, ile sił w nogach, za nimi. Zniknęli w zaroślach przy drodze do kotła ze ścianą alpinistów. Droga ślepa więc slalomem pomiędzy kałużami, złapałem ich siedzących w pracy jak na majówce. Dwóch chłopców, jeden rozmowny, drugi milczący i niepolicyjnie delikatny. Opowiedziałem o ogniskach i o klonach pana Józefa.

-Wolno tu palić? pytam.

-To jest teren prywatny, mówi ten rozmowny, więc jeśli nie pali się za blisko lasu, nic nie możemy zrobić.

-A to, że w nocy dymią na całą okolicę i wycinają młode drzewka?

-Są z miasta, nie wiedzą, że z tych gałęzi nie będzie ognia.

Na to nie wpadłem. Oni ścinają młode klony bo są z miasta. I nic się nie da zrobić.

 

Nad Zalewem spotkałem babcię z trzyletnią Julcią.

-Widzisz, to jest liść dębu, jak ładnie dookoła wycięty.

Zdziwiłem się, że taka mała i już ma lekcję przyrody a babcia chwali wnuczkę, że rozpoznaje brzozę. Zakazuję podpowiadania i pytam

-Jak masz na imię? Julcia tylko boczy się na mnie.

-Zosia?, Kasia?, Iwonka?, zgaduję. Ja jestem Antoni a ty? Julcia milczy.

Mieszkają po drugiej stronie Zalewu, w Pychowicach, przy ulicy, której nie mogłem znaleźć gdy przymierzałem się tam do kupna mieszkania. Wtedy była to tylko polna droga wśród odłogów i ugorów. Muszę pojechać, zobaczyć jak teraz wygląda.

-O wiewiórka, woła babcia. Czarna, to z gór. Wiem, bom też góralka. Szuka orzechów.

-Tu ma jednego, mówię. Rozglądają się dokoła bo nie wiedzą, że ja się tak nazywam. Łapię za aparat ale czarna wiewiórka biegnąca w krzakach to nie rusałka na kwiatkach i na zdjęciu jest niewidoczna.

 

---------------------------

WTOREK 22 WRZEŚNIA

 

Julcia miała rację nie odpowiadając. Pytałem ją zawodowo, po belfersku. Dlatego dziś już nie pamiętam nawet buzi. Babcię widzę a jej nie. Dzieci wiedzą czy się je traktuje serio czy tylko udaje. W Pychowicach chyba nikt dotąd tak jej nie zaczepiał. Martynka to co innego. Siedziała w minibusie-zabawce przed wejściem do ZOO. Zobaczyła jakiegoś chłopca.

-Jak się nazywasz? Pyta.

-Piotruś.

-Piotruś, wsiadaj zawiozę cię do Świnoujścia.

Prościej nie można. 

Albo Tosia. Stała na środku ścieżki z otwartymi ramionami. Musiałem się zatrzymać. Za to nauczyłem ją gwizdać na palcach a na złożonych w okarynę dłoniach, pohukiwać jak sowa.

Tosiu, pozdrawiam -Tosiek.

 

------------------------------

CZWARTEK 24 WRZEŚNIA

 

Najpierw było spotkanie z panią syndyk. Sprzedaje majątek bankruta, który budował nasze domy. W pustej hali jednego z nich, w powietrzu latały sumy, od których dostałem zawrotu głowy. Jego budowle są warte kilka milionów, działki jeszcze więcej. Gdy nagle wychodzi na jaw, że ma też jakiś parking za kilkadziesiąt tysięcy, nie ma o czym mówić, bo co to znaczy przy długu 66 milionów w jednym tylko banku. A ponieważ to w obligacjach, więc z odsetkami urosło już do 104 milionów. Bank zarobił więcej, niż warte jest całe osiedle na Wierzbowej. W czasie gdy my obradujemy, tam znów przybyło kilka tysięcy.

 

Znany profesor z UJ orzekł, że nasze umowy podpisane tylko z deweloperem nie są wzajemne więc nam zwrócą pieniądze na samym końcu, jeśli wystarczy.

 

Natychmiast po tym pierwszym, drugie spotkanie już w realnym świecie. To my mieszkańcy i być może, wtyczka dewelopera. Zaczyna się od dramatycznej separacji z właścicielami niewykończonego bloku A. Odchodzą do innego pomieszczenia aby zastanawiać się jak, z naszą pomocą, mogliby dokończyć swoją budowę.

 

My, "co zrobić?" mamy za sobą, więc deliberujemy "jak załatwić?" ciepłą wodę, ogrzewanie, światło na klatkach, sprzątanie, wywóz śmieci i wszystko co potrzebne do pozwolenia na używanie mieszkań. Niektóre kwiaty, chwasty a nawet jedno drzewo, tak jak w przyrodzie bez pozwolenia, zapuściły już korzenie w pustych murach.

 

Do tego załatwiania musimy się ponownie zrzeszyć czyli "związać razem". Zaczęło się więc podpisywanie, głosowanie, przekonywanie wszystkich i każdego z osobna. Jak za dawnych, dobrych czasów na sejmikach w Wielkiej Rzeczpospolitej. Za oknem noc, coraz mniej ludzi wytrzymuje piątą godzinę obrad w duchocie na stojąco a tu ktoś zgłasza swoje veto.

-Trzy złote od metra, na fundusz remontowy to za dużo!

Przed chwilą były miliony, teraz są trzy złote. Nie zdzierżył tego sąsiad z południa. Nie ma genów I.RP wiec huknął jak grom z jasnego nieba

-Kurnik, jako Czech se vam, Polakom, opravdu divim. Stratili jsme vszichni niekolik set tisicz zlotych a vy se tu, kurnik, hadate o par zlotówek miesicznie!

(-Kurczę, jako Czech, naprawdę dziwię się wam Polakom. Wszyscy straciliśmy setki tysięcy złotych a wy się tu, kurczę, procesujecie o kilka złotówek miesięcznie!)

Poskutkowało niczym ozon po burzy. On przeprosił a my ruszyliśmy z kopyta dalej przed siebie.

 

 

 

 

 

 

--------------------------------

SOBOTA 10 PAŹDZIERNIKA

 

-Dlaczego wychodzicie?  - Mistrz Eckhart

-Aby odnaleźć drogę do domu. - H.-G.Gadamer

 

----------------------------------

NIEDZIELA 11 PAŹDZIERNIKA

 

Mojsze mieszkał z żoną i pięciorgiem dzieci w jednym małym pokoiku. Poszedł do rabina.

-Rabbi, ja już dłużej nie wytrzymam.

-Weź sobie kozę, poradził mu rabin. I przyjdź za tydzień.

-Nauczycielu, gdzie ja ją postawię? W nocy, z boku na bok, obracamy się na komendę.

 

Jak zawsze tak i teraz, jednak posłuchał mistrza. A koza spała na stojąco. Minęło siedem dni, Mojsze biegnie do rabina.

-Rabbi, ja zwariuję!

-To wyrzuć kozę z mieszkania. Za tydzień Mojsze znów jest u mistrza.

-Dziękuję ci nauczycielu. Teraz, bez tej kozy, to można żyć.

 

 

Z naszych mieszkań wyprowadziliśmy już kilka takich kóz.

Ostatnio zimną wodę. Rączka kranu w lewo i można się umyć albo spłukać naczynia bez podgrzewania wody w czajniku. Co za wygoda!

Czy ten, kto przez kilka miesięcy nie był bez tego, w ogóle wie co ma?

 

-----------------------------------

CZWARTEK 15 PAŹDZIERNIKA

 

Poszła sobie następna koza. Nie wspominałem o niej bo wstydliwa.

Brudna, cuchnąca i trochę bezprawna. Śmieci.

 

Gdy jeszcze pracowałem przy urządzaniu mieszkania, odpady wywoziłem na rowerze do śmietnika przy moim dawnym bloku. Większe zabierał siostrzeniec, chociaż obruszał się, że jego samochód to nie śmieciara.

 

Zadzwoniłem do MPO, kazano mi przyjść. Wysiadłem z tramwaju przy ulicy Ofiar Dąbia. Stoi tam blok o takiej samej elewacji jak nasza. Biały tynk i boazeria koloru jasnego orzecha. U nas jeszcze wygląda pięknie. Tamta poczerniała, niektóre deski odpadły. Obraz nędzy. Dalej szedłem ulicą Nowohucką poprzez bieszczadzkie tereny Zakola Wisły. Od numeru 1 do 7, godzina drogi. Dwie spotkane kobiety nie słyszały o takim przedsiębiorstwie. Gdy je w końcu

znalazłem, pani za biurkiem była zdziwiona.

-Z prywatnymi osobami, mieszkającymi w bloku, nie zawieramy żadnych umów.

 

Segregowałem więc każdy papierek i plastikową przykrywkę. Po drugiej stronie ulicy, stoją pojemniki na odpady. Zostawało niewiele, jakieś obierzyny, resztki warzyw. Raz w tygodniu, pakowałem worek do torby na ramię i przechodząc lub jadąc na rowerze obok śmietnika, dyskretnie wrzucałem. Trochę jak śmieciarz tylko na odwrót.

 

Dziś, w moim bloku, tuż za rogiem, odnalazłem nasz nowy śmietnik. Otwieram masywne, metalowe drzwi. Duże pomieszczenie i cztery kosze. Wszystkie puste. Wybieraj! Worek wpadł na samo dno jak kamień z serca. Nie ma się z czego cieszyć to tylko ulga.

 

-------------------------------

PIĄTEK 23 PAŹDZIERNIKA

 

Dostałem dziwne pismo z sądu. Trzy miesiące temu zaniosłem tam zaświadczenia o tym, ile jest mi winien deweloper.

W tym piśmie "zarządza się wezwać ...do wskazania kategorii, do której ma być zaliczona wierzytelność, stosownie do treści art. 342 puin."

 

Nic z tego nie rozumiem. Zadzwonię, to się dowiem. Jest podpis, są pieczątki, ale nie ma ani adresu ani telefonu. Znalazłem numer sądu, odebrał portier, poradził zadzwonić następnego dnia o 8 rano. Dzwonię. Poproszono starszego protokolanta, panią, która napisała to wezwanie. Radzi mi pójść do radcy prawnego.

-A mógłbym zapytać o to panią sędzinę?

-Muszę najpierw się z nią skontaktować, odpowiada. Proszę zadzwonić za godzinę. Dzwonię. Pani sędzia, miłym, młodym głosem zadaje jedno pytanie

-Czego dotyczy wierzytelność?

-Kupiłem mieszkanie, odpowiadam.

-To kategoria 4.

 

Jeśli one to wiedziały, to dlaczego pytają "pod rygorem zwrotu zgłoszenia o wierzytelności?"

 

--------------------------------

WTOREK 27 PAŹDZIERNIKA

 

Matematyczna teoria o powstawaniu struktur złożonych mówi, że każdy wzrost złożoności lokalnie, w jednym miejscu, łączy się ze wzrostem bałaganu w wymiarze globalnym (entropia).

 

Mieszkanie to przedłużenie różnych funkcji naszego ciała, takich jak oddychanie (wywietrzniki i filtry), odżywianie (lodówka, kuchnia) wydalanie (toaleta, śmietnik), widzenie (okno, balkon), myślenie (książki, komputer), komunikacja (telefon, domofon), odpoczynek (łóżko, TV).

Pokoje spełniają także rolę ochronną (ciepło, higiena), estetyczną (wystrój, kosmetyka), społeczną (całość).

 

Jednym słowem, dom to coś niezwykle skomplikowanego.

Nic więc dziwnego, że odkąd zaczęto urządzać nowe mieszkania w naszym bloku, wszędzie dookoła pojawił się bałagan.

Resztki pustaków i cegieł, kurz, szkło, pety, butelki, papiery, plastikowe torby, styropian, deski, rury, pręty, druty, siatki i zajeżdżone samochodami rabatki czy smród po papierosach na klatkach schodowych.

 

Nieład ten  będzie trwał aż ustanie "wzrost złożoności" czyli praca w mieszkaniach. Potem także będziemy przyczyniać się do bałaganu globalnego, ale wpływ ten będzie mniejszy, uporządkowany i ukryty.

 

BAŁAGAN  (ros. dawniej stragan, buda, szopa)

 

                                          i powstały z niego  ŁAD

 

z niepotrzebnej półki na książki i zasłony na okna, zrobiłem kuchnię

 

 

 

 

 

 

 

------------------------

ŚRODA 4 LISTOPADA

 

Za oknem mamy wielki pomnik przyrody,

 

prawem chroniony, potężny dąb. Nie widziałem większego w Krakowie. Te w Skałkach też są mniejsze. Ten ma 3 m i 15 cm obwodu w pasie i pewnie wiele lat. Przy nim jest połączenie między równoległymi drogami i zanim zbudowano garaże i nasze bloki, był tu wielki zielony plac. Być może i on kiedyś nie był tylko zabytkiem? Albo też, skoro rośnie na Dębnikach przy ulicy Dworskiej, stanowił ozdobę hrabiowskiego parku.

 

Na mapie z r. 1913 jest tu ul. Dębowa a na planie Krakowa z r. 1972, Dworska nie jest jeszcze połączona z Wierzbową, lecz kończy się przy Mieszczańskiej.

 

Nasz dąb długo grał w zielone aż nagle, przez jedną noc pobrązowiał. Tylko akacje widoczne w tle nad czerwonymi dachami, nic sobie nie robią z zimna.

 

Mamy też latających sąsiadów. Przeważnie siedzą na dachu małego domku przy ulicy Twardowskiego, ale kilka razy dziennie krążą między naszym osiedlem i dębem. Zawsze w stadzie. Gdy nie było bloków, miały więcej miejsca, bo nie latają tak wysoko jak jeżyki, których w lecie było tu pełno. Teraz pewnie są już w Afryce. Na wakacjach czy na emigracji zarobkowej?

 

Gołębie czasem przelatują tak nisko, że widzę je z góry albo z bliska, tuż za oknem jak w ogromnym akwarium.

Wyróżniają się spośród innych skrzydlatych stworzeń ptasim mleczkiem, którym karmią młode. Umieją też szybko pić wsysając wodę, podczas gdy inne ptaki napełniają dziób i przechylają łebek do góry.

 

Miejskie gołębie pochodzą od skalnych znad Morza Śródziemnego i można o nich powiedzieć, że są to nasze latające odpady, bo żywią się tym, co my wyrzucamy.

 

----------------------------------

PONIEDZIAŁEK 9 LISTOPADA

 

Pada deszcz. Wewnętrzne podwórko naszego osiedla czyli strop podziemnych garaży, to betonowa zapadlina pełna śmieci.

I nagle z naprzeciwka, do bloku C podchodzi młoda matka z dziecięcym wózkiem. Odkąd tu mieszkam, pierwszy raz w tych murach pojawiło się dziecko. Coś gaworzy. Pojaśniało jak w letnie południe.

 

Filozofowie dumają czym jest zamieszkiwanie. A bez dzieci, domy są jak zimne piwnice. To dla dzieci przygotowujemy to wszystko. Mamy już ciepłą wodę. Na klatkach schodowych jest światło. Oświetlone są drzwi wejściowe. Ale bez śmiechu i płaczu dzieci, nasze bloki to ciągle jeszcze cztery wielkie grobowce.

 

--------------------------

PIĄTEK 13 LISTOPADA

 

Na ósmym piętrze bloku A, od strony Wawelu, zaczęliśmy z Łukaszem wieszać baner OKRADLI.PL. Ponieważ okien jest 4 a liter w pierwszym słowie 7, więc trzy z nich muszą być przyklejone na murze. Można by zrobić mural, ale żaden z nas nie jest taternikiem. Wycięliśmy więc z plandeki prostokąt 1x1,5 m, boki przypięliśmy do dwóch listew a te, stojące we wnękach okiennych, przywiązaliśmy do zawiasów i dookoła ściany. Zajęło nam to pół dnia.

 

Ten niebieski prostokąt, na próbę bez litery, będzie wisiał do poniedziałku. Jeśli nie spadnie, zrobimy jeszcze dwa takie same a pozostałe litery będą przyklejone w oknach.

 

---------------------------

SOBOTA 14 LISTOPADA

 

Spotkaliśmy się dopiero przy projektowaniu i wieszaniu baneru,

ale nasze losy są podobne. On też wiele lat był za granicą. Jako młody chłopiec wyjechał do USA, gdzie zrealizował swoje marzenie: jazdę samochodem i podróże, które opisał w miesięczniku Traker nr 1/2008.

 

Przez 10 lat był kierowcą tira. Wcześniej pracował tam na budowie, w restauracji, przy sortowaniu paczek... Jednocześnie kończył szkołę średnią.

 

Wrócił do kraju i kupił mieszkanie w tym nieszczęsnym bloku A, który okna ma zabite deskami, schody wiszą nad przepaścią

a w niektórych pokojach stoi woda.

 

Aby zapłacić ostatnią ratę, sprzedał samochód i został bez pieniędzy.

Znowu przez rok jeździł tirem. Tym razem bliżej, w Norwegii.

Spał w samochodzie, bo w ten sposób można więcej zaoszczędzić.

 

Teraz jest jednym z najbardziej aktywnych w naszej grupie.

Wczoraj, gdy zeszliśmy na dół, na zakończenie powiedział:

- Nie będę narzekał, są młodzi ludzie, których spotkało prawdziwe nieszczęście.

 

----------------------------

WTOREK 17 LISTOPADA

 

 

Po trzech dniach (i nocach) pracy w scenerii z Wawelem w tle, napis Okradli.pl jest na swoim miejscu.

 

--------------------------

ŚRODA 18 LISTOPADA

 

U mojego sąsiada pracuje kilku młodych ludzi.

Potrzebowali odkręcić zawory w skrzynce wodociągowej. Wszyscy mamy kluczyki do jej otwierania. Tymczasem oni wyrwali drzwi niszcząc jeden zamek całkowicie a w drugim odgięli skrzydełko. Rozmawiałem z właścicielem mieszkania. Obiecał, że naprawią.

 

Jeszcze nie zdążyliśmy uporządkować niechlujstwa po tych, którzy budowali blok a już następni rozpoczęli jego dewastację.

 

PS. Po rozmowie chłopcy "zemścili się". Zamknęli mi ogrzewanie,

którego zawór jest w tej samej skrzynce.

 

 

----------------------------

SOBOTA 21 LISTOPADA

 

,

 

Dziś pojawił się nowy nurt w naszych zmaganiach ze zło-dziejstwem (=zło się dzieje). Wyszliśmy na ulicę.

 

Prawie wszyscy, od samego początku, uczestniczymy w manewrach prawnych, w których bronią jest, znany nielicznym, język mandarynów, pełen takich pojęć jak "umowa niewzajemna", czy "niedoszły nabywca".

 

Te bloki, do których wtargnęło życie, mają swoich dzielnych praktyków, którzy, mimo iż są tylko "niedoszłymi nabywcami", przejęli w posiadanie i naprawiają to, za co zapłacili.

 

Dziś w południe, pełnym głosem przemówił nurt trzeci, nurt protestu, wyraz elementarnego poczucia sprawiedliwości:

 

NIE POZWOLIMY BY NAS OKRADANO!

 

Wołanie to jest zwrócone, z jednej strony ( www.okradli.pl ) do każdego:

       

- żyjesz w kraju, w którym jeden może bezkarnie ukraść

drugiemu jego dorobek całego życia. Może go pozbawić dachu nad głową. Jeśli przejdziesz obojętnie obok tych murów, które miały być naszymi mieszkaniami, ty także nie możesz czuć się bezpiecznie.

 

Drugim adresatem są ci, którzy mogą zapobiec tej kradzieży. Słusznie próbują ratować niewolników hazardu, którzy sami pozwalają się okradać.

 

- Posłowie i Senatorzy: Cichoń, Gowin, Raś, Wasserman, dlaczego nie jesteście w stanie nic zrobić mimo iż wiecie, że okradziono nas bezkarnie w biały dzień i w świetle prawa? Co to za prawo, które w naszym imieniu i za nasze pieniądze, wy stanowicie?

 

--------------------------

ŚRODA 25 LISTOPADA

 

Na stronie kontaktowej otrzymałem kilka wpisów od czytelników tego bloga. Serdecznie dziękuję. Przypomniało mi to podobne doświadczenie gdy byłem nauczycielem. Poczucie wspólnoty z osobami rozproszonymi gdzieś w różnych stronach świata.

 

Gdy w Internecie pojawiła się możliwość czatowania, w czasie ferii mieliśmy lekcje na dystans. O wyznaczonej godzinie, moi uczniowie siadali przed komputerami w Warszawie, Kopenhadze, Lundzie i Malmo, ja po kolei wpisywałem myśli nieuczesane S.J.Leca a oni je komentowali:

 

"Nikt nie jest tak głupi, żeby czasem takiego nie udawać".

"Otyli żyją krócej, ale jedzą dłużej".

"Sezamie, otwórz się! Ja chcę wyjść!"...

 

Pełno było przy tym medialnego szumu i żartów. Długo szukaliśmy jednej uczennicy.

- Zuzia, gdzie jesteś? (A gdzie jesteś teraz? I kim jesteś Zuziu?)

Okazało się, że jej komputer odmówił posłuszeństwa, poszła więc do biblioteki i dołączyła do nas.

 

Podobnie jest teraz z tą różnicą, że piszących nie znam ale poczucie wspólnoty takie samo. Ci, którzy porównują je ze spotkaniami przy stoliku, nie biorą pod uwagę, że są to rzeczy nieporównywalne.

 

W tych wpisach kontaktowych, zaskakuje ich różnorodność. Są tam rady, proroctwa, zrozumienie bo się samemu przechodziło tę zarazę. Jest chęć pomocy (przesłałem ją do autora grafiki Okradli.pl).

Jest też jeden głos, chyba dość typowy: sami sobie jesteście winni.

Po coście kupowali dziurę w ziemi?

 

Absolutnie nie mam żadnego poczucia winy. Wręcz przeciwnie, jestem wdzięczny za to wszystko, co się wydarzyło. Za tych dzielnych ludzi, których poznałem i za to, że mogę jeszcze coś pożytecznego zrobić.

 

Nie zamierzam ani o jotę zmienić podchodzenia z pełnym zaufaniem do ludzi i spraw. Czasem się człowiek zawiedzie i wtedy trzeba dochodzić swego ale z góry zakładać, że nas oszukają?

Co to za życie? Czy to w ogóle jeszcze jest życie?

 

PS.

Wchodzi klient do sklepu i pyta.

- Bułeczki są?

- Są.

- A czerstwe są?

- Są.

- Dobrze wam tak, po coście tyle napiekli.

I wyszedł.ru

 

 

 

 

 

 

 

-----------------------

ŚRODA 2 GRUDNIA

 

Ile razy można sprzedać tę samą rzecz? Raz? Dwa? Trzy? Cztery?

Mówią, że do trzech razy sztuka.

 

1-Najpierw deweloper sprzedał mieszkania nam.

2-Następnie, bez naszej wiedzy, oddał je w zastaw spółce Manchester w USA.

3-Trzeci raz znów chciał nam sprzedać proponując, tanio,

1 m za 3 000 zł (jako dopłatę "bo jak nie, to wam zabiorą wszystko").

4-Teraz, czwarty raz, chce je sprzedać pani syndyk, aby zwrócić pieniądze Manchesterowi.

 

Manchester wiedział, że mieszkania są już sprzedane a więc wziął udział w kradzieży. Takie nabywanie lub przechowywanie cudzej własności nazywa się paserstwem.

 

Nic nie wiedząc o tym, nie mogliśmy zapobiec oddaniu naszych domów spółce z USA. Na ponowną ich sprzedaż nam (dopłata) nie zgodziliśmy się, zmuszając tym samym dewelopera do upadłości.

Czwartą sprzedaż próbujemy zablokować dowodząc, że handel z Manchesterem był przestępstwem. Złożyliśmy w tej sprawie pismo w prokuraturze. Nie wolno sprzedawać rzeczy, co do których jest podejrzenie paserstwa. Pani syndyk jest innego zdania i twierdzi, że prokuratura nie powinna się mieszać do jej zadań.

Jedno jest pewne. Teraz nabywca kupi mieszkania razem z nami, bo już w nich mieszkamy. Chciałbym go zobaczyć.

 

PS

-Nigdy go nie zobaczysz. Może to być nawet ktoś ze spółki Manchester albo od twego dewelopera, przejmie domy razem z wami i znów was wystawi na sprzedaż.

 

-----------------------

WTOREK 8 GRUDNIA

 

Po wejściu do naszego bloku, na parterze automatycznie zapala się światło. To takie udogodnienie, nie trzeba szukać kontaktu i nie świeci się niepotrzebnie przez cały czas. Tyle tylko, że lampy zapalają się także wtedy, gdy na korytarzu jest jasno od dziennego światła.

 

Można powiedzieć, że to drobiazg, ale pewien belgijski inżynier dzięki takim drobiazgom, zmniejszył swoje zatruwanie świata aż o 80%.

 

Vromman (www.lowimpactman.org) kupuje produkty nieopakowane a energię elektryczną od dostawcy ze źródeł odnawialnych. Myje się w deszczówce. To, że codziennie jeździ na rowerze jest banałem, tak może każdy. Ale on ma także rower w mieszkaniu, kręci pedałami oglądając telewizję czy pracując na komputerze i w ten sposób wytwarza potrzebny mu prąd. W zimie temperaturę w domu obniżył z 22 do 18 stopni. Każdą dziedzinę życia oczyścił z bezmyślnego marnotrawstwa a teraz planuje najtrudniejszy wyczyn, powrót do żony, z którą się rozwiódł 10 lat temu. Żyjąc razem, prawie wszystkiego zużywa się mniej.

 

Belg jest rekordzistą, ale nie ma nikogo kto nie mógłby zmniejszyć swojej codziennej, prywatnej dewastacji świata. Gdyby w naszym bloku na tym jednym ciemnym piętrze było małe okienko, nie musielibyśmy w dzień zapalać światła i to od razu na wszystkich pięciu poziomach.

 

Chodziłem po schodach, gdy przez kilka miesięcy było całkiem ciemno więc i teraz, dla tych paru schodków, nie świecę.

 

Kto postępuje głupio w małym, najpewniej podobnie postąpi i w dużym.

 

--------------------------

WTOREK 15 GRUDNIA

 

 

Ukradli "Okradli.Pl"

Dziś skradziono nam wielki, czerwony napis z najwyższego piętra

bloku A. Był widoczny przez cały miesiąc i na pewno przeczytały go setki przechodniów i przejezdnych. Swoje zadanie spełnił.

 

------------------------

PIĄTEK 18 GRUDNIA

 

 

Spadł śnieg. Za ścianą, która jest jednym wielkim oknem, Narnia.

Czarne odnogi starego dębu, nadkreślone biało. W dali Kopiec jak namiot eskimosów.  I śmietnik na dachach garaży, przykryty.

 

Z dwóch drewnianych skrzynek na kwiatki, zrobiłem karmnik dla sikorek. Mam nieskończony podziw dla tych dzielnych ptaków.

W zimną noc, za oknem puka serce, nie większe od paznokcia,

które się nie boi.

 

 

 

CD rok 2010

 

 

 

 

 

 

   

_________________________________ 

 

 

WIERSZE

 

 

_________________________________

 

OPOWIADANIA

 

__________________________________

 

  ESEJE  

 

__________________________________  

 

PRELEKCJE

 

__________________________________

 

PEDAGOGIKA

 

___________________________________

 

TŁUMACZENIA

 

___________________________________

 

REBUSY

 

__________________________________

 

PRZEPISANE

Franciszek Misericordiae vultus

____________________

 

SKAŁKI

__________________________________

 

 

BLOG

          

2009 6 7 8 9 10 11 12  

 

2010 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12

 

2011 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12

          

2012 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12

 

2013 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12

 

2014 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12

 

  2015 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12

 

2016 1 2 3 4 5 6

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 
monitoring pozycji