ZADOMOWIENIE

 

ZADOMOWIENIE

 

www.antoniorzech.eu

 
 

 

 

 

 

 

 

 

przepisane 8

 

 

Jonasz Kofta, W moim domu 

Tyle lat jesteśmy razem, miła, wybacz 
Ale wszystko tak jak trzeba chyba nie jest 
Gdy musimy się codziennie przekonywać 
Że ty dla mnie, ja dla ciebie, istniejemy 

Przecież nie mam żadnej innej poza tobą 
I mieć nie chcę, tyś jest wieczna i jedyna 
Naszym sercom zagroziła, tak jak słowom 
Niedokrwistość, zniechęcenie i rutyna 

To normalne, że chcesz mieć nareszcie spokój 
A na wiosnę grządki zasiać i zagrabić 
Ale wiesz, bywają różne pory roku 
A tak życia jak tapczana nie ustawisz 

Kiedy niebo nad głowami ciąży chmurnie 
Twoje oczy wciąż mnie śledzą niespokojnie 
Ja dla ciebie chyba chyba zawsze byłem durniem 
Co nic nie wie, nic nie czuje, nic nie pojmie 

Nie ma takiej gorzkiej prawdy, moja miła 
Która dla mnie byłoby nie do zniesienia 
Jeśli rzecz nam jaka serca podzieliła 
To naiwne i tchórzliwe przemilczenia 

Póki czas, lepiej otwarcie ze mną pomów 
Zanim w złości lepszy numer ci wykręcę 
Chyba prawo mam, by w moim własnym domu 
Więcej w oczy mi patrzono, mniej na ręce 


Wiem na pewno, że ze sobą zostaniemy 
Chociaż życie nam układa się nieprosto 
Nie możemy rozstać się trzasnąwszy drzwiami 
Moja miła, moja droga 
Moja Polsko

 

 

 

 

 

 

Nowa era kosmiczna

Stephen Hawking zauważył, że w czasie kryzysów ludzie zwykle poszukiwali nowych lądów. Dziś na Ziemi nie ma już nowych ziem do odkrycia. Z tego względu zdaniem astrofizyka przyszłość ludzkości rozstrzygnie się w kosmosie. Jeśli Homo sapiens ma przetrwać kolejny milion lat, musi wyruszyć tam, gdzie nikt wcześniej nie dotarł.

Sam wyznał, iż darzy astronautów wielkim podziwem, a podróż w kosmos od dawna jest jego marzeniem.

>>"Kosmosie, nadchodzę!". Stephen Hawking zaakceptował zaproszenie do lotu w kosmos

Zdaniem naukowca stoimy na progu nowej ery kosmicznej. Jesteśmy co prawda na początku długiej drogi, ale prowadzącej we właściwym kierunku.

Hawking wierzy, że:

  1. Jesteśmy w stanie zbudować cywilizację poza rodzimą planetą. To nie science fiction, bo nauka i technologia oraz prawa fizyki dają nam na to realną możliwość, szczególnie gdy weźmiemy pod uwagę dynamiczne tempo naszego rozwoju.

  2. Czołowe nacje tego świata powinny połączyć siły, by do roku 2020 wysłać znowu astronautów na Księżyc.

  3. W ciągu najbliższych 30 lat można zbudować stację lunarną, a pierwszą stopę na Marsie możemy postawić już około roku 2030. Ten wspólny cel realizowany przez podmioty rządowe i prywatne mógłby dać ludzkości poczucie misji. Nowy ambitny program kosmiczny zainteresowałby też młodych ludzi i przyciągnął ich do nauk ścisłych, w tym astrofizyki i kosmologii.

  4. W dłuższej perspektywie powinniśmy skupić się na rozwoju technologii oraz źródeł energii, które pozwoliłyby nam na podróże międzygalaktyczne, na przykład dotarcie do planety typu ziemskiego krążącej wokół Proxima Centauri.

Podbój kosmosu całkowicie zmieni przyszłość ludzkości. Mam nadzieję, że ten wspólny cel i wyzwanie jednocześnie zjednoczy rywalizujące ze sobą nacje – powiedział Hawking. - Zaczyna nam być ciasno na Ziemi. Jedyne miejsca, w jakie możemy wyruszyć, leżą w przestrzeni kosmicznej.

Wprawdzie zdaniem astrofizyka podróże kosmiczne nie rozwiążą naszych problemów na Ziemi, ale pozwolą nam spojrzeć na nie z nowej perspektywy. Powinniśmy zacząć myśleć długofalowo, w perspektywie stuleci, a nie dekad.

- Nadszedł czas, byśmy eksplorowali inne układy słoneczne – twierdzi astrofizyk. - Rozproszenie się w kosmosie może być jedynym sposobem, by uratować ludzkość przed nią samą.

 

 

 

 

Prof. Michał Heller: Teoria Wielkiego Wybuchu jest jak czarny sen racjonalistów

WYWIAD

 

Piotr Cieśliński

 

 

 

 

 Rozmowa z ks. prof. Michałem Hellerem*.

Piotr Cieśliński: Kiedy i jak zaczął się świat? Czy w ogóle miał jakiś początek?

Michał Heller: Dzisiaj nie ulega wątpliwości, że ten cykl ewolucji, który Wszechświat przeżywa obecnie, miał swój początek. Nazywamy go Wielkim Wybuchem. Ale do lat 30. nie było do tego żadnych podstaw, no. prawie żadnych.

Zawahał się pan.

– Dlatego że w XIX wieku rozważano jednak wizję śmierci cieplnej Wszechświata. Wyrosła ona z osiągnięć termodynamiki, nauki o cieple, której produktem ubocznym była maszyna parowa. Zgodnie z prawami termodynamiki świat stygnie, jego entropia nieubłaganie rośnie i w końcu osiągnie maksimum, czyli temperatura przestrzeni kosmicznej spadnie praktycznie do zera absolutnego.

Czyli nastąpi koniec świata. A gdzie tu początek?

– Jeśli jest taki koniec, to musiał być i początek, niezbyt odległy w czasie, bo inaczej świat dawno by wystygł. Ale na początku XX wieku pojawił się drugi argument. W 1929 r. astronom Edwin Hubble badał przesunięcie ku czerwieni widma galaktyk, co świadczy o tym, że one się od nas oddalają. Na podstawie własnych i wcześniejszych obserwacji sformułował prawo, że im dalej galaktyka jest położona, tym szybciej ucieka. I znowu można rozumować wstecz: jeśli galaktyki się oddalają, to kiedyś musiały być wszystkie blisko siebie, w jednym miejscu. W tym punkcie obecny cykl Wszechświata miał swój początek. Można obliczyć, kiedy to było. Prędkość ucieczki galaktyk jest proporcjonalna do odległości, a współczynnikiem tej proporcjonalności jest stała fizyczna – stała Hubble’a. Jej odwrotność daje oszacowanie wieku Wszechświata: czasu, jaki nas dzieli od chwili, gdy galaktyki były w jednym punkcie.

>> Bozon Higgsa nie ma lżejszego brata - dowiedli fizycy z Krakowa. Co więc rozdęło kosmos po Wielkim Wybuchu?
 

I co wyszło z obliczeń?

– Hubble oszacował wiek Wszechświata na mniej więcej 2 mld lat, ale dzisiejsze pomiary przesunęły to na prawie 13,7 mld lat. Hubble źle ocenił odległości – nie ze swojej winy, taki był stan ówczesnej astronomii. Wtedy wydawało się, że galaktyki są bliżej siebie, więc i początek musiał być bliżej w czasie. Odkrycie Hubble’a było rewolucyjne, wzbudziło kontrowersje i dyskusje. Ludzie byli przyzwyczajeni do tego, że świat jest wieczny.

Dlaczego wieczność miała być lepsza?

– Przed Hubble’em świat wydawał się niezmienny, wyglądał zawsze tak samo, więc przyjęło się, że jest wieczny. Niektórym naukowcom to odpowiadało ze względów filozoficznych, bo Wielki Wybuch za bardzo im przypominał biblijne stworzenie. Amerykański astronom Robert Jastrow w latach 60. zeszłego wieku pisał, że teoria Wielkiego Wybuchu jest jak urzeczywistnienie czarnego snu racjonalistów, którzy właśnie wspięli się na najwyższy szczyt, pokonując ostatnią przeszkodę na drodze do odkrycia tajemnicy narodzin Wszechświata, a na szczycie witają ich teologowie, którzy siedzieli tam od wieków.

Właśnie z tej niechęci do „początku” trzech astrofizyków – Fred Hoyle, Hermann Bondi i Thomas Gold – wymyśliło teorię stanu stacjonarnego.

Kosmos się nie rozszerza i galaktyki nie uciekają?

– Tego nie mogli już kwestionować, ale oni twierdzili, że w pustych miejscach po uciekających galaktykach pojawia się nowa materia i z czasem tworzą się nowe galaktyki. Tak więc mimo że Wszechświat się rozszerza, zawsze jest, był i będzie taki sam.

Ale skąd się ta nowa materia bierze?

– Z niczego, z próżni. Ta teoria naruszała zasadę zachowania energii, choć tylko trochę. Oni wyliczyli, że w jednym centymetrze sześciennym kosmosu raz na biliard lat musi powstawać jeden atom wodoru. To niemierzalna ilość, ale wystarczyłoby, żeby utrzymać stałą gęstość materii w rozszerzającym się Wszechświecie.

Tyle że astronomia się rozwijała i w latach 50. można było już sprawdzić, czy rzeczywiście – jak chce hipoteza wielkiego początku – kiedyś przestrzeń była gęściej zapełniona gwiazdami i galaktykami. Im dalej sięgamy wzrokiem, tym wcześniejsze czasy widzimy. Wystarczyło więc zliczać liczbę galaktyk w różnych odległościach od Ziemi. Jeżeli blisko nas jest ich tyle samo na jednostkę objętości, co daleko, to kosmos jest w stanie stacjonarnym. Ale jeżeli okaże się, że im dalej, tym galaktyki są skupione coraz gęściej, to znaczy, że dawniej świat był ciaśniejszy, zgodnie z hipotezą Wielkiego Wybuchu.

>> NASA: 219 kandydatek na nowe planety. W tym 10 podobnych do Ziemi

I jaki był werdykt?

– Pierwsze wyniki tych obserwacji pokazywały, że im dalej, tym gęściej. Fred Hoyle się przeciw temu buntował, ale pojawiły się nowe pomiary, już nie do podważenia. Argumentów za Wielkim Wybuchem przybywało: obserwacyjnych, ale i teoretycznych.

Teoretycznych?

– Chodziło o teorię narodzin pierwiastków chemicznych, którą stworzył George Gamow, fizyk jądrowy. Zbadał procesy, jakie mogły zachodzić w niemowlęcym Wszechświecie, kiedy materia była tak gęsta, że tworzyła gorącą plazmę. Z jego wyliczeń wynikało, że wtedy powstały atomy wodoru i helu. Nie był jednak w stanie wyjaśnić, skąd się wzięły cięższe pierwiastki. Wtedy Hoyle, broniąc swojej teorii stanu stacjonarnego, razem z małżeństwem Burbidge’ów opracował teorię syntezy pierwiastków we wnętrzach gorących gwiazd. Nie chciał, aby Wielki Wybuch był do tego konieczny. Ale okazało się, że gwiazdy są w stanie wyprodukować wszystkie pierwiastki z wyjątkiem wodoru i większości helu.

Czyli te dwie teorie się pięknie uzupełniły!

– Wodór i część helu powstały w Wielkim Wybuchu według scenariusza Gamowa, a reszta pierwiastków przepaliła się we wnętrzach gwiazd. I to jest dzisiaj ogólnie przyjęta teoria, oczywiście poprawiona i uzupełniona w szczegółach. Bez Wielkiego Wybuchu nie byłoby wodoru i helu, a bez nich nie byłoby gwiazd i pierwiastków, które powstają we wnętrzach gwiazd. Nie byłoby też nas, bo my jesteśmy zbudowani z tych pierwiastków.

>> Epokowe zdjęcie czarnej dziury! Test Einsteina i największe w tym roku wydarzenie w nauce

Ostatecznym nokautem dla teorii stanu stacjonarnego było odkrycie w 1965 r. tzw. promieniowania tła przez radioastronomów Roberta Wilsona i Arno Penziasa. Natrafili na nie przypadkiem i dopiero kosmologowie z Princeton uświadomili im, że to pozostałość po Wielkim Wybuchu. Już Gamow pod koniec lat 40. wyliczył, że gorąca plazma musiała pozostawić po sobie gorące promieniowanie. W rozszerzającym się świecie promieniowanie wystygło i z rachunku Gamowa wynikało, że obecnie ma temperaturę tylko kilku stopni w skali bezwzględnej. Promieniowanie, które odkryli Penzias i Wilson, miało 2,7 kelwina.

Zgadzało się!

– Zgadzały się też inne przewidziane cechy tego promieniowania, np. spektrum Plancka. Promieniowanie tła daje nam mapę Wszechświata mniej więcej 300 tys. lat po Wielkim Wybuchu i do dziś to nieoceniony skarbiec informacji dla kosmologii. To namacalny dowód Wielkiego Wybuchu. Teoria, która scala te wszystkie dane obserwacyjne i teoretyczne, nazywana jest Standardowym Modelem Kosmologicznym. Zgodnie z nią Wszechświat rozszerza się we wszystkich kierunkach jednakowo i żaden punkt nie jest uprzywilejowany.

To w którym punkcie nastąpił Wielki Wybuch?

– Na takie pytanie nie ma odpowiedzi. Nie wolno sobie wyobrażać, że jest przestrzeń, a w niej jakiś punkt, w którym świat wybucha niczym pocisk i zaczyna się rozszerzać. Ogólna teoria względności Einsteina daje zupełnie inną interpretację. Lepiej myśleć o całym Wszechświecie jako o powierzchni kuli. Na początku ta sfera była skurczona prawie do punktu, ale po wybuchu zaczęła się nadymać jak balonik. Tak należy sobie wyobrażać ekspansję Wszechświata (ale w wielkim uproszczeniu, bo po pierwsze, to niekoniecznie jest sfera, gdyż przestrzeń Wszechświata nie musi być zamknięta, a po drugie, powierzchnia kuli ma dwa wymiary, długość i szerokość geograficzną, a przestrzeń Wszechświata jest trzywymiarowa).

A jak można wyobrażać sobie sam punkt zero, czyli sferę skurczoną do punktu?

– Tu mamy kłopot. Gęstość materii, temperatura i ciśnienie dążyły wtedy do nieskończoności. Ale czy nieskończone temperatura i gęstość mają sens fizyczny? Na ogół uważa się, że ma go to, co się da zmierzyć, a jak mierzyć nieskończone wielkości?

Pozostaje nam zdać się na matematykę, bo ona sobie radzi z nieskończonością. Staramy się więc ten punkt – zwany osobliwością początkową – jakoś matematycznie rozłożyć, wniknąć w jego strukturę za pomocą różnych trików. Znany fizyk i matematyk Roger Penrose jeszcze jako młody człowiek zastosował do kosmologii tzw. transformacje konforemne, które mają tę własność, że gdy się podda nim przestrzeń, to pewne wielkości się zachowują, np. kąty, drogi promieni świetlnych, a inne ulegają deformacji. Za pomocą tych transformacji można początkową osobliwość Wszechświata rozciągnąć i ona nie jest już wtedy punktem, tylko hiperpowierzchnią, której można się przyjrzeć. Ale to są matematyczne triki, a jeszcze nie bardzo wiemy, co im fizycznie odpowiada.

Z fizyką sobie nie radzimy?

– Jeżeli cofamy się w czasie do coraz mniejszego i ciaśniejszego Wszechświata, w końcu dochodzimy do gęstości Plancka: 10 do potęgi 93 gramów na centymetr sześcienny. To kolosalna gęstość, niewyobrażalna (gęstość wody to 1 g na centymetr sześcienny).

Cała kosmologia jest oparta na ogólnej teorii względności Einsteina, ale w tak ekstremalnych warunkach przestaje ona obowiązywać. Poniżej progu Plancka musiała działać inna teoria, którą nazywamy kwantową teorią grawitacji. Dopiero jej poszukujemy, mamy wielu kandydatów – najbardziej popularnym jest teoria superstrun lub teoria M, nowsza wersja teorii strun. Albo teoria pętli grawitacyjnych czy różne modele oparte na geometrii nieprzemiennej. Jest co najmniej kilkanaście różnych podejść do kwantowej grawitacji, ale ostatecznych wyników nie ma. Główną trudnością jest to, że nie ma danych empirycznych, które mogłyby nam podpowiedzieć, w którym kierunku iść, a więc na razie jest to domena szaleństw teoretyków. Dopóki nie znajdziemy właściwej teorii, to się nie dowiemy, jak naprawdę wyglądał początek.

A co mówią te szalone spekulacje?

– Jedna z koncepcji mówi, że wszechświatów jest nieskończenie wiele. Nasz Wielki Wybuch zapoczątkował jeden z nich, ale takich niezależnych – czy też równoległych – światów może być nieskończenie wiele. Z kolei Penrose sądzi, że kosmos odnawia się w cyklach. Teraz żyjemy w jednym z nich, ale przed Wielkim Wybuchem też istniał Wszechświat, a po naszym cyklu nastąpią kolejne. Ale to tylko hipotezy, żadna nie jest bardziej prawdopodobna niż inna, chyba większość fizyków nie uznałaby ich za teorie naukowe. Nie sposób ich empirycznie sprawdzić.

Natomiast obrońcy tych teorii mówią, że metoda fizyki musi ulec zmianie: musimy rozszerzyć fizykę na rzeczy niesprawdzalne. Ale to jest dość samobójczy krok, bo wtedy już wszystko byłoby dozwolone.

A co pan o tym myśli?

– Takie spekulacje są pożyteczne, bo rozszerzają nam horyzonty i być może niektóre z nich da się wykorzystać w sposób naukowy. Ale na razie to spekulacje i popularyzacja nauki robi złą robotę, kiedy stawia je na równi z teoriami dobrze uzasadnionymi i matematycznie poprawnymi. Co ciekawe jednak, wydaje się, że różne próby stworzenia kwantowej teorii grawitacji dają podobny obraz. Jakbyśmy się z różnych stron zbliżali do tej samej prawdy.

To znaczy?

– Wiele wskazuje na to, że poniżej progu Plancka nie było czasu i przestrzeni w takiej postaci, w jakiej my je dzisiaj znamy.

Szukając początku, zgubiliśmy czas!

– A jeśli znika czas, to pytanie o początek w czasie staje się nonsensowne, prawda? To dlatego słynna książka Stephena Hawkinga nosi tytuł „Krótka historia czasu”.

Czy mamy w ogóle szansę zgłębić początek? Może to już poza naszym rozumem.

– Niezależnie od tego, czy Wszechświat miał początek, czy też go nie miał, czy jest ograniczony w czasie, czy istnieje wiecznie, to i tak pozostaje pytanie: skąd on się wziął? Co jest przyczyną jego istnienia? Dlaczego – jak pytał Leibniz – istnieje raczej coś niż nic? Moim zdaniem to istotne i nietrywialne pytanie leży poza zasięgiem nauk empirycznych. Zawsze będą go stawiać filozofowie i teologowie.

Natomiast pytanie o to, co było przed Wielkim Wybuchem, jest jak najbardziej do zaatakowania, a właściwym kierunkiem ataku jest szukanie teorii kwantowej grawitacji. Gdy ją odkryjemy, nauka się nie skończy. Jedna tajemnica wydarta przyrodzie generuje sto następnych pytań. Jestem pewien, że gdy kwantowa teoria grawitacji odpowie na pytanie, co było na początku, to wygeneruje inne pytania, które dadzą zajęcie następnym pokoleniom fizyków.

* Ks. prof. Michał Heller – ur. w 1936 r., kosmolog, filozof, teolog, fizyk. Laureat Nagrody Templetona (2008), w 2014 r. odznaczony Orderem Orła Białego.

 
 

[WYWIAD]


 

Do księgarń trafiła właśnie "Iłła. Opowieść o Kazimierze Iłłakowiczównie" Joanny Kuciel-Frydryszak

  •  

Jakie cechy Iłły budzą pani sympatię?

Joanna Kuciel-Frydryszak:.Jestem pełna podziwu dla jej postawy życiowej, pełnej hartu. Widzę Iłłakowiczównę jako osobę bardzo silną. Była kobietą, która przeszła przez życie zupełnie sama. Odrzuciła wszystkie tradycyjne role kobiece. Nie została żoną, ani matką. Od bardzo wczesnych lat była zdana tylko na siebie. W XX wieku to było bardzo trudne. To jest trudne do tej pory, a przecież wkroczyliśmy w kolejne stulecie.

Wtedy pogardliwie mówiło się "stara panna". Ale do Iłłakowiczówny chyba lepiej pasowałoby współczesne "singielka". Bo to, kim była i jak żyła, było jej wyborem.

Była wykształcona i wiele wymagała od siebie, dlatego bardzo dobrze sobie poradziła. Ale życie jej nie oszczędzało. Stawiało ją w trudnych sytuacjach, w których zawsze musiała radzić sobie sama. To w niej chyba podziwiam najbardziej, poza talentem oczywiście. A także to, że miała głębokie, wewnętrzne poczucie sprawiedliwości. Nawet, jeśli nie zawsze była rozumiana przez innych.

W książce kilka razy pada się stwierdzenie, że Iłłakowiczówna miała sposób bycia, który potrafił irytować. Nie wszyscy czuli do niej sympatię.

Ta opinia pojawia się głównie we wspomnieniach Marii Dąbrowskiej, której stosunek do Iłłakowiczówny bywał ambiwalentny. Raz mówiła, że Kazimiera ma urok kobiet Żeromskiego, kiedy indziej, że jest dziwaczką. Rzeczywiście, Iłłakowiczówna nie zawsze mówiła to, czego się od niej oczekiwało. Była osobą wymagającą i taką sobiepańską. Czasem działała na granicy liczenia się z uczuciami innych ludzi. Ale tak to już jest z wybitnymi twórcami i indywidualistami, że bywają trudni i niełatwo się z nimi współpracuje. Były jednak osoby, które doskonale ją rozumiały. Na przykład Joanna Kulmowa, wypowiadająca się o niej wręcz z miłością. Iłła była ekscentryczna, ale nie wszystkich to drażniło.

A jak było z jej przyjaźniami w świecie literackim? Przez pewien czas kojarzono ją ze Skamandrytami. Ale czy rzeczywiście się z nimi przyjaźniła? W powojennych listach do Tuwima, mimo serdecznego tonu, zwraca się do niego per "pan".

Znalazłam list Iłłakowiczówny do Mieczysława Grydzewskiego, w którym przypomina mu, jak zaprosił ją do Skamandra, a ona to zaproszenie przyjęła. Ale potem Skamandryci atakowali pisarzy konserwatywnych, których ona ceniła i nie leżały jej te wszystkie spory, happeningi, które się odbywały. Ona należała do świata konserwatywnego. Ktoś mógłby uznać, że była oschła i kostyczna, ale nie lubiła tej całej otoczki, która towarzyszyła Skamandrowi. Chciała się oficjalnie z niego wypisać, ale Słonimski z Grydzewskim uprosili ją, żeby tego nie robiła. Byli wtedy bardzo atakowani i gest Iłłakowiczówny byłby kolejnym ciosem. Do dziś w podręcznikach pisze się, że Iłłakowiczówna znajdowała się w satelicie Skamandra, ale tak naprawdę nie należała do nikogo.

W tamtym czasie były dwie wielkie damy polskiej poezji: Kazimiera Iłłakowiczówna i Maria Pawlikowska-Jasnorzewska. Były rywalkami? "Lilka" podobno nie lubiła innych poetek…

Nie. One się lubiły. Może dlatego, że ich poezja operowała zupełnie innymi tonacjami. Były jednak w pierwszej lidze, co sprawiało, że jedni uważali, że lepsza jest Iłłakowiczówna, inni – że Pawlikowska-Jasnorzewska. Kazimiera nie miała wielkich przyjaźni w świecie literackim, ale jej relacje z Lilką były bardzo dobre.

Pisały zupełnie inaczej i zupełnie inne były ich biografie. Pawlikowska-Jasnorzewska wychowywała się jako ukochana córka Kossaków, w ciepłym, przyjaznym domu, gdzie spełniano wszystkie jej zachcianki. Iłłakowiczówna przyszła na świat jako nieślubne dziecko, bardzo wcześnie została osierocona. Dorastając słyszała, że ciąży na niej hańba bękarta.

Czuła się z tego powodu wyklęta lub przeklęta. Pisała o tym w wierszach. Jest taki wiersz zatytułowany "Dziedzictwo", który wydaje mi się kluczowy dla jej biografii. Powstał pod koniec lat 20. Pisze w nim: "jakiś się łańcuch ciągnie od przeszłości, przez krew i miłość, przez umarłych kości/przez ciężkie winy i srom, i pokutę ". Bycie nieślubnym dzieckiem, bękartem, naprawdę silnie wtedy naznaczało.

Kazimiera była drugą córką z nieformalnego związku Barbary Iłłakowicz ze znacznie starszym od niej i żonatym Klemensem Zanem. Dziadkiem poetki był Tomasz Zan. On też był artystą, przyjacielem Adama Mickiewicza, współzałożycielem Towarzystwa Filomatów.

Działał jako prezes Zgromadzenia Fileretów i założył uniwersyteckie stowarzyszenie Promieniści. Stworzył teorię, że o bliskich i wyjątkowych relacjach między ludźmi decydują promienie (promionki) wytworzone przez oczy ludzi, które stykają się i przenikają nawzajem. Kazimiera mogła odziedziczyć po dziadku pewne skłonności mistyczne, ale też, niestety, tendencję do melancholii i stanów depresyjnych.

Jak silnie naznaczyło ją dzieciństwo?

Ogromnie. Jako kilkulatka trafiła pod skrzydła Zofii z Platerów Buyno. Przybrana matka bardzo ją kochała, ale stawiała wysokie wymagania. Nie podobało jej się, że Iłłakowiczówna jako młoda dziewczyna pisze wiersze, uważała, że to niepoważne zajęcie. Gdy Kazimiera dowiedziała się od nauczycielki, że ze względu na urodzenie jest pohańbiona, że nie powinna być zbyt pewna siebie, bo jest bękartem i wyrzutkiem społecznym, wywołało to u niej głęboki kryzys psychiczny i prawdopodobnie zdecydowało, że postanowiła odejść od matki. Do końca życia miała z tego powodu poczucie winy.

Z książki wynika, że Zofia Buyno potrafiła być toksyczną matką…

Toksyczna i despotyczna wydaje się z dzisiejszej perspektywy, ale wtedy tak się wychowywało dzieci. Zwłaszcza na dworach arystokratycznych.

Zimny chów?

Na pewno surowy. Zofia i Kazimiera podczas posiłków siedziały przy różnych stołach i miały osobne menu. Dzieciom odmawiało się frykasów, a za takie uważało się na przykład jabłka czy kilka plasterków szynki. Jako dorastająca panna Kazia musiała leżeć na specjalnej desce, żeby nabrać odpowiedniej postawy. To było wychowanie trochę w duchu protestanckim, nauka dyscypliny. Iłłakowiczówna wiele na tym skorzystała, bo nauczyła się, że ciężka praca jest wartością. Ale zostawiła matkę, choć wierzyła, że Zofia była jedyną osobą, która ją kochała w życiu.

Mówimy "zostawiła", ale przecież Kazimiera była wtedy po prostu młodą, ambitną dziewczyną, która chciała zobaczyć trochę świata – innego niż ten na surowym dworze Zofii.

Ja to oczywiście rozumiem, ale mówię o jej samopoczuciu i jej oglądzie sytuacji. Ona sobie tego nigdy nie wybaczyła. Zachował się list z końcówki lat pięćdziesiątych, w którym Iłłakowiczówna, jako starsza już kobieta, pisze: "moją największą miłością była moja przybrana matka, byłam dla niej bardzo niedobra". Jakby była w regresie. W wieku 70 lat pisze z pozycji dziecka. Nigdy nie uwolniła się od winy, nie zrozumiała siebie młodej. To do niej wracało przez całe jej życie – że odrzuciła miłość, którą dostała. Bardzo znaczące jest, że pisała o sobie i matce jak o relacji miłosnej.

Zaskakuje, że w całej biografii Iłłakowiczówny w zasadzie nie ma wzmianek o jej życiu uczuciowym. Nie wiemy, czy podobali jej się mężczyźni, czy podobały jej się kobiety. A może po prostu nikt?

Na poziomie erotycznym być może nikt. W młodości miewała zauroczenia, ale prawdopodobnie nigdy nie była w poważnym związku.

Ze zdjęć nietrudno wywnioskować, że musiała uchodzić za piękność.

Są osoby piękne, które żyją samotnie. Albo po prostu żyją czymś innym niż związek. Przy czym, nie sądzę, żeby Iłłakowiczówna świadomie zrzekła się ról tradycyjnie przypisanych kobiecie. To był chyba jakiś rodzaj niezdolności i ona to przyjęła jako swój los.

Kiedy w dzieciństwie nie ma się wzoru ojca, który dawałby poczucie bezpieczeństwa, a na dodatek słyszy się, że zostało pohańbionym przez "grzechy" matki, pewnie bardzo trudno w dorosłym życiu wejść z ufnością w związek.

Na pewno była naznaczona tym swoim dzieciństwem, sieroctwem, potem poczuciem winy.

Moment odejścia Kazimiery z dworu Zofii Buyno, nawet jeśli został okupiony emocjonalną traumą, otworzył też przed nią nowe horyzonty. Bardzo ciekawy wątek dotyczy okresu w Londynie, kiedy młoda Iłłakowiczówna trafiła do salonu literackiego dla młodych niezależnych kobiet, prowadzonego przez pisarkę i edukatorkę, zwaną Amicą.

To był tak zwany Dom Prostego Życia. Dziś powiedzielibyśmy, że życie w nim było bardzo w stylu eko. Mieszkające tam młode kobiety były w zupełnej awangardzie. Uczyły się przemawiać, formułować poglądy, wiodły życie intelektualne ograniczając świadomie potrzeby materialne. Dla Iłłakowiczówny to okres poszukiwania dla siebie miejsca. Poddawała się różnym prądom, które wtedy się pojawiały. Była bardzo chłonna i otwarta. Potem znalazła się w Oxfordzie, w college’u dla cudzoziemek. To czas batalii sufrażystek, ona do nich dołącza, rozdaje gazety. Włączała się w ten ruch i była nim zafascynowana, a jednak po powrocie nie związała się z polskimi feministkami. Wzięła natomiast udział w słynnym studenckim proteście antyklerykalnym w Krakowie.

W tym czasie miała poglądy lewicowe. To był znak poszukiwań i młodzieńczego buntu?

Miała w sobie rodzaj lewicowej wrażliwości. Natomiast czas, kiedy deklarowała się jako ateistka, był przejściowym okresem buntu. Później już bardzo mocno identyfikowała się jako katoliczka. Mówiąc językiem ludzi religijnych, miała dar wiary. To jednak nie znaczy, że można było zastosować do niej termin Polak-katolik czy Polak-narodowiec.

Wyrażała sprzeciw wobec skrajnych ruchów narodowych?

Owszem, choć myślę, że narodowcy bardzo chcieli ją zawłaszczyć. Doskonałym przykładem jest rozczarowanie, jakie wyraziła gazeta młodych katolików, kiedy Iłłakowiczówna wystąpiła w obronie Żydów. Narodowcom zależało na jej poparciu, ale ona wprost deklarowała, że odrzuca nacjonalizm jako doktrynę, która każe nienawidzić.

Nie podzielała też konserwatywnych poglądów na temat społecznych ról kobiet.

Wydaje mi się, że Iłłakowiczówna do końca sympatyzowała z ruchami równościowymi. Sama nie miała problemu z tym, żeby rywalizować z mężczyznami. Nie ciążył na niej żaden kompleks w tej kwestii. Nierówności w traktowaniu kobiet i mężczyzn były dla niej kompletnie niezrozumiałymi sprawami, choć stykała się z nimi, kiedy pracowała w Ministerstwie Spraw Zagranicznych.

Już jako sekretarz osobisty Józefa Piłsudskiego spytała, czy mogłaby używać służbowego samochodu. Marszałek odmówił argumentując: "Jest przepis, że kobietom nie wolno używać aut wojskowych. Wprawdzie ty nie jesteś w wojsku kobietą, tylko Kazią, ale tego nikt nie może wiedzieć na zewnątrz."

Na każdym kroku stykała się podobną dyskryminacją, ale nie rozumiała tego. Jej myślenie było absolutnie nowoczesne.

Nie była najbliższą osobą w otoczeniu Piłsudskiego, ale dobrze go znała i bardzo podziwiała. Plotki o tym, że marszałek był jej platoniczną miłością, miały jakiekolwiek potwierdzenie w rzeczywistości?

To był jakiś mit, któremu zupełnie przeczy napisana przez Iłłakowiczównę książka o Piłsudskim. Poznała go jako studentka, była zafascynowana jego wielkością. Uważała za wielki splendor, że zna naczelnika, marszałka. Nie rozumiem jednak uporu, z jakim próbowano kreować plotki o tym, że Iłłakowiczówna była w marszałku zakochana. Mamy XXI wiek, a ludzie wciąż nie mogą pogodzić się z tym, że sensem życia kobiety nie musi być miłość. Przecież tak wielu ludzi, żyjących w związkach, też nie doświadcza miłości. Ona była bardzo świadoma. Nie potrzebowała żadnych konwencjonalnych zasad. Jej życie było pracą. Powiedziała kiedyś, że wyniszczała w życiu wszystko, co jednostkowe na rzecz wspólnoty. Aby tę wspólnotę wyrażać w pracy i w twórczości.

W świecie literatury kobiety też doznawały dyskryminacji. Cytuje pani Iłłakowiczównę, która powiedziała kiedyś: "Zdarzyło mi się opuścić kilka zebrań, m.in. jedno zebranie PEN CLUBU jedynie dlatego, że mówcy zwracali się do siebie proszę panów, jakby wykluczając obecne panie spomiędzy słuchaczy. A jakże byliby sami dotknięci, gdyby będąc, dajmy na to, w dziesięciu panów na zebraniu, gdzie by w większości były kobiety, usłyszeli od mówców proszę pań, zamiast proszę państwa." Brzmi całkiem znajomo, prawda?

To było prawie sto lat temu. Chciałoby się myśleć, że to, o czym mówiła, jest już nieaktualne. Ale muszę powiedzieć, że Iłłakowiczówna jako poetka była doceniana przez mężczyzn. Wysoko cenili ją Julian Tuwim, Jarosław Iwaszkiewicz, Kazimierz Wierzyński. Na wczesnym etapie twórczości pisywała erotyki, ale to nie była taka poezja jak Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, którą się wpisywało do pamiętniczków. Zakres poetyckich inspiracji Iłłakowiczówny był bardzo szeroki. Była wbrew prądom, wbrew trendom, a mimo to zdobywała nagrody literackie i bardzo dobre recenzje krytyków.

Profesor Bartoszewski mówił, że warto zachowywać się przyzwoicie. Czytając pani książkę, miałam wrażenie, że Kazimiera Iłłakowiczówna za wszelką cenę starała się zachowywać przyzwoicie i sprawiedliwie – w czasach ogromnych podziałów, ideologicznych dysput, narastających nienawiści i ksenofobii, które ostatecznie doprowadziły do tragedii. Nie jest tak, że świat, w którym żyjemy, coraz bardziej niepokojąco zaczyna przypominać ten z czasów międzywojnia?

Oczywiście. Jest trochę tak, że prawie każda książka o dwudziestoleciu międzywojennym jest książką o współczesności. Ubolewam nad tym, bo to znaczy, że nie odrobiliśmy gorzkich lekcji. Iłłakowiczówna starała się bronić pryncypiów, starała się być zdroworozsądkowa i po prostu bronić pokrzywdzonych. To świadczy o jej kręgosłupie. Ale też taka była podstawa etosu inteligenckiego.

 

WIERSZE IŁŁAKOWICZÓWNEJ

 

Miłosz Czesław

OECONOMIA DIVINA

Nie myślałem, że żyć będę w tak osobliwej chwili.
Kiedy Bóg skalnych wyżyn i gromów,
Bóg Zastępów, kyrios Sabaoth,
Najdotkliwiej upokorzy ludzi,
Pozwoliwszy im działać jak tylko zapragną,
Im pozostawiając wnioski i nie mówiąc nic.
Było to widowisko niepodobne, zaiste,
Do wiekowego cyklu królewskich tragedii.
Drogom na betonowych słupach, miastom ze szkła i żeliwa,
Lotniskom rozleglejszym niż plemienne państwa
Nagle zabrakło zasady i rozpadły się.
Nie we śnie ani na jawie, bo sobie odjęte
Trwały jak trwa to tylko, co trwać nie powinno.
Z drzew, polnych kamieni, nawet cytryn na stole
Uciekła materialność i widmo ich
Okazywało się pustką, dymem na kliszy.
Wydziedziczona z przedmiotów mrowiła się przestrzeń.
Wszędzie było nigdzie i nigdzie, wszędzie.
Litery ksiąg srebrniały, chwiały się i nikły.
Ręka nie mogła nakreślić znaku palmy, znaku rzeki, ni znaku ibisa.
Wrzawą wielu języków ogłoszono śmiertelność mowy.
Zabroniona była skarga, bo skarżyła się samej sobie.
Ludzie, dotknięci niezrozumiałą udręką,
Zrzucali suknie na placach żeby sądu wzywała ich nagość.
Ale na próżno tęsknili do grozy, litości i gniewu.
Za mało uzasadnione
Były praca i odpoczynek, twarz i włosy i biodra
I jakiekolwiek istnienie.

Berkeley, 1973

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

_________________________________ 

 

 

WIERSZE

 

_________________________________

 

OPOWIADANIA

__________________________________

 

  ESEJE  

__________________________________  

 

PRELEKCJE

historia  pedagogika  religia  filozofia

__________________________________

 

PEDAGOGIKA

___________________________________

 

TŁUMACZENIA

___________________________________

 

REBUSY

__________________________________

 

PRZEPISANE

____________________

FRANCISZEK

 Misericordiae vultus  Laudato si

__________________________________

 

SKAŁKI

__________________________________

 

PSY

__________________________________

 

DRZEWA

__________________________________

 

BLOG

          

2009 6 7 8 9 10 11 12  

 

2010 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12

 

2011 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12

          

2012 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12

 

2013 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12

 

2014 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12

 

  2015 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12

 

2016 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10

__________________________________

 

MOJA HISTORIA OSIEDLA

__________________________________

 

NOWE

 KRÓTKA HISTORIA

  NASZEGO OSIEDLA W OBRAZKACH

__________________________________

O NAS

 telewizyjny reportaż

__________________________________

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 
monitoring pozycji