|
Od zachodniej
strony rodzinnego
domu aż po wzgórze Ścieżek
rozciąga się kilometrowe pasmo pól. W dzieciństwie, w letnie dni, "gdy
pod zachód dzień nam dobiegł cały", siedząc na przyzbie z
dziadkiem, widziałem jak właśnie tam zachodzi słońce. Najpierw nisko
nad horyzontem, potem dotyka ziemi, powoli opada w dół i znika.
Jednego dnia
postanowiłem sam sprawdzić to z bliska, tym bardziej, że słonko było
wtedy wielkie i czerwone. Zacząłem biec gdy jeszcze nie dotykało
ziemi. Niestety, źle obliczyłem
i gdy byłem w
połowie drogi, schowało się za horyzontem. Następnym razem wybiegłem
wcześniej i zdążyłem, ale zamiast dotknąć słońca, zobaczyłem, że
jest ono daleko nad kolejnym wzniesieniem a tam już nie odważyłem
się biec.

droga, którą biegłem a przy niej
SOSNA
Jaka piękna jest ta stara sosna wejmutka
na wzgórzu twego dzieciństwa,
które znowu odwiedziłeś.
Wsłuchany w jej szum, wspominasz zmarłych
i rozmyślasz, kiedy twoja kolej.
Czym było twoje życie?
Opuszczałeś swoich dla obcych.
A los twój?
Raz tylko uśmiechnął się do ciebie a
ciebie przy tym nie było. - Vladimir Holan
Zrywając jagody,
które babcia sprzedawała pod halą, zarabiałem na piłkę i na łyżwy.
Piłkę do kosza, bo akurat w mieście nie
było innej a łyżwy nie te na blaszki tylko gorsze,
z żabkami. A ponieważ w sklepie były tylko
duże, jeździłem w butach babci, za wielkich
i z cholewkami. Przyjemność to była żadna,
ale najważniejsze, że się jakoś jechało.
Mój dziadek hodował pszczoły
a ja trzmiele. Gdy pasłem
krowy na miedzach, zdarzało się, że trafiłem na rój tych owadów.
Wystarczyło ich beczułkowate plastry włożyć do pudełka i zaczekać aż
wszystkie przylecą na noc. Wieczorem przenosiłem je do ogródka
i przez dwa dni trzymałem w zamknięciu.
Później zawsze już tam wracały. Podpijałem im miód słomką, ale było
go bardzo mało i smakował jak słodka woda.
Jeśli ich odwłok miał kolor czerwony,
nazywaliśmy je czerwono-dupce, jeśli biały, to biało-dupce.
Odróżniałem tylko te dwa gatunki, choć żyje ich u nas aż 30.
|
W dzieciństwie
zbierałem opakowania po papierosach.
Wycinaliśmy wierzchnie strony i graliśmy nimi w wojnę jak
kartami.
Jarosław. Mijam kościół
Reformatów i nagle obok chodnika wielkie, lekko podłużne, o
zaokrąglonych brzegach z bibułką w środku, zamykane jak
papierośnica a na wierzchu kolorowe zdjęcie. W całej wsi tylko
jeden chłopiec miał kartę zrobioną z tego pudełka.
Przebijała wszystkie
inne, Grunwaldy, Dukaty, Mewy, o Sportach czy Mocnych nie
wspominając, Belweder!
Gdy się spotkają obie
te karty, będzie wojna. Nie pamiętam, kto wygrał, być może nigdy
nie próbowaliśmy grać ze sobą.
|
 |
|
 |
W tym domu mieszkał mój
najlepszy kolega. W
izbie na lewo od wejścia rozgrywaliśmy mistrzostwa wsi w
cymbergaja. To taki hokej na stole, w którym zawodnikami i
krążkiem są monety. Już pół wieku temu, ta chałupina pod
strzechą była stara. Kaziak pilnował krowy na pastwisku a nam we
wszystkim przewodził. Najczęściej podczas zawodów
lekkoatletycznych.
|
Tu zapamiętałem swój pierwszy mecz
piłkarski. Byłem najmniejszy,
więc postawiono mnie na bramce i tak oberwałem piłką w twarz, że
piecze aż do dziś. Oprócz gry w dziada,
w kiczki, kamyki czy dołki, urządzaliśmy
także wyścigi kolarskie. Trasą był strumyk
a kolarzami puste pudełka pasty do butów.
Zanim pierwszy
raz zagrałem w piłkę nożną,
kopaliśmy nadmuchany pęcherz moczowy, który zostawał po uboju
świni. Zasada była prosta, biegało się, aby tylko go kopnąć.
Niekiedy, któryś z najmniejszych dzieciaków chwytał balon w dłonie i
uciekał z nim
na bok.
W czasie
omłotów, ogromne bele słomy
składano jedna na drugą w ogrodzie. Dla nas było to doskonałe
miejsce do rycia nor. Nogami do przodu, kopiąc, pełzło się między
snopami. Czasem trzeba było się przebić i przez wiązkę, dlatego
ścigano nas jak krety w polu. Żaden gospodarz nie odważył się jednak
wejść za nami do nory. A gdyby nawet, to i tak w tym labiryncie
ciemnych korytarzy byłby bez szans. W samym środku, gdzie zbiegały
się wszystkie dojścia, wiliśmy grotę ze słomy. I tam było
bezpiecznie.
Studiując w
Krakowie, wakacje spędzałem na wsi.
Pomagałem przy żniwach, jeździłem
z młockarnią a
jednego roku wraz z Marianem, zorganizowaliśmy dożynki. Codziennie
wieczorem w Domu Ludowym zwanym też Budą, uczyliśmy się pieśni i
kroków dawnych tańców ludowych, układaliśmy zabawne skecze. Na
zakończenie, już tylko dla siebie, tańczyliśmy polkę przez nogę albo
inaczej polkę w lewo.
ZABAWA Z
MOJEGO PRZEDSZKOLA
Po szerokim stawie,
stawie, pływają łabędzie,
kto pary nie
znajdzie, ten fujarą będzie.
Mamy, mamy fujarę
takiego,
co nie
umiał szukać, przyjaciela swego
|