ZADOMOWIENIE

 

ZADOMOWIENIE

 

www.antoniorzech.eu

 
 

 

 

 

 

 

 

 

listopad 2018

 

 

 


   30 STYCZNIA       /           PAŻDZIERNIK          /            BLOG 2009-2016            /              KONTAKT


 

Fragment książki Bernadette McDonald "Kurtyka. Sztuka wolności"

 

Alex MacIntyre przekopywał się przez chybotliwe stosy papierów, które piętrzyły się na każdym z trzech poziomów jego zielonej półki na dokumenty. Był urzędnikiem British Mountaineering Council i każdemu wspinaczowi wydawało się, że powinien skonsultować z nim to i owo. "Obiekt ten (tacka na dokumenty) przypominał reaktor powielający - napisał później Alex - i pomimo liberalnej polityki, jaką stosowano w zarządzaniu koszem na śmieci, i tego, że czasem papiery lądowały na podłodze, jego apetyt był nienasycony". Na szczęście tego dnia powstrzymał się przed wyrzuceniem zalegających na półce dokumentów. Głęboko w ich stercie zagrzebana była bowiem kartka pocztowa z urzekającym zdjęciem stromej lodowej piramidy. Na jej odwrocie można było odczytać nazwę - wschodnia ściana Dhaulagiri - i krótką wiadomość.

 

Drogi Aleksie, wielka szansa na wspaniałe dni w ścianie, którą widzisz na pocztówce. Do zobaczenia w Katmandu 10 marca. Uściski, Wojtek. PS Zabierz partnera.Dhaulagiri (8167 m), siódma pod względem wysokości góra świata, wypiętrza się dramatycznie siedem tysięcy metrów ponad nurtem nepalskiej rzeki Kali Gandaki. To zdumiewający szczyt, którego nazwa znaczy "olśniewająca, biała i piękna".

Przed laty, w 1954 roku, próbowała na Dhaulagiri wejść argentyńska wyprawa wojskowa. Zastosowała przy tym niekonwencjonalną metodę: wysadzała w powietrze niedogodnie usytuowane skały i w ten sposób tworzyła wygodne platformy pod namioty. Zanim Argentyńczyków zawróciła burza, dotarli na wysokość ośmiu tysięcy metrów. Pierwszego udanego wejścia na Dhaulagiri granią północno-wschodnią dokonała w 1960 roku wyprawa szwajcarska. Ale kiedy Wojtek zwrócił uwagę na tę górę, jej wschodnia ściana wciąż pozostawała dziewicza.

W 1979 roku, a więc rok przed wysłaniem zaproszenia do Aleksa, Wojtek znalazł się wraz z grupą wspinaczy z Gdańska pod północną ścianą Dhaulagiri. Z Walentym Fiutem stworzył odrębny i samodzielny zespół, którego celem była ściana wschodnia. "Idea poprowadzenia prostej linii, nieomal linii bezczelnej, wydawała mi się niezwykle pociągająca", wspominał.

"Urzekająco gładkie pola lodowe wyglądały obiecująco, tak jakby biegły wprost do nieba".

Ale w 1979 roku na ścianie nie było śniegu; był za to bezmiar luźnych skał oraz płyt pozbawionych jakichkolwiek formacji i budzących lęk. Stało się dla nich jasne, że w tych warunkach to beznadziejne przedsięwzięcie. Wrócili więc na północną stronę góry i dołączyli do reszty zespołu. Dotarli na wysokość niemal ośmiu tysięcy metrów, zanim zła pogoda i choroba jednego z uczestników zawróciły ich z drogi. Niepokonana ściana wschodnia utkwiła jednak Wojtkowi w pamięci. Przyrzekł sobie, że na nią wróci.

Lód miał kluczowe znaczenie. "Patrzyłem na tę piękną ścianę i byłem przekonany, że w lepszych warunkach, kiedy pokrywała ją solidna warstwa lodu, szybka wspinaczka byłaby możliwa". Wojtek miał już wówczas spore doświadczenie we wspinaczce lodowej, zdobyte na północnych alpejskich ścianach Triolet, Les Courtes i Les Droites, więc bez trudu wyobrażał sobie podobne doświadczenie w znacznie większej skali. "Tego lodu będzie tam po prostu znacznie więcej" -  oceniał.

A któż byłby lepszym partnerem na tę ścianę niż Alex MacIntyre? Alex, lodowy magik. Alex, którego owalna, ciemna twarz kontrastowała z  wyrazistymi rysami bladego oblicza Wojtka. Różnili się także charakterem. Jeśli pominąć lęk przed spadającymi kamieniami, Alex był wyciszony i zrelaksowany, w Wojtku zaś czuło się niepokój i napięcie. Po dwóch wyprawach z Aleksem Wojtek zdawał sobie sprawę z tego, jak bardzo lubi w górach jego towarzystwo. Podobało mu się jego poczucie humoru, wyluzowany styl, jego eklektyczna kolekcja brytyjskiej muzyki i - oczywiście - jego wspinaczkowy etos. "Zawsze był niewidocznym członkiem zespołu. Aż do momentu, gdy stawał się nieodzowny. Wtedy wykręcał wyjątkowe numery", wspominał Wojtek, przywołując intuicyjną nawigację Aleksa przez przewieszony nawis tuż pod wierzchołkiem Bandaki. "Był naszą kartą atutową. Jak joker w talii".

Co najważniejsze, Wojtkowi podobał się w Aleksie jego talent do zabawy. "Cenię w ludziach umiejętność zabawy", powiedział. "Kiedy ktoś potrafi cieszyć się życiem i go używać, maleje szansa na przerośnięte ego". Wojtek bez wątpienia lubił także gotowość Aleksa do udziału w nielegalnych przedsięwzięciach.

Na Bandakę weszli wszak bez pozwolenia. Nielegalna była też ich próba wejścia na Nanda Dewi. Przyszłość zapewne mogła podsunąć inne okazje. Pozostało tylko wybierać! Wojtek planował wyprawę na wschodnią ścianę Dhaulagiri w  zespole polsko-brytyjskim, dlatego zaproponował Aleksowi, żeby zabrał ze sobą partnera.

 

Zachodni wspinacze byli kluczowi dla powodzenia przedsięwzięcia, gdyż wnosili do budżetu ekspedycji twardą walutę. Polskim partnerem Wojtka miał być Ludwik Wilczyński, nie tylko znakomity alpinista, ale również utalentowany pisarz i muzyk. Wprawdzie wcześniej nie wspinali się razem, ale Ludwik w środowisku taternickim był znaną postacią.

Jednakże Alex, zamiast sięgnąć po któregoś z brytyjskich kolegów, zaprosił do udziału pewnego siebie francuskiego przewodnika górskiego Rene Ghiliniego. Alex wspinał się z nim w czasie pobytu w Chamonix. Wojtek wspominał później, że Rene, podobnie jak Jurek Kukuczka, wpływał na niego "kojąco".

 

Kiedy po ponad trzydziestu latach spotkali się ponownie, tym razem we Francji, Rene uśmiechnął się, słysząc tę uwagę. Przyznał, że jego zdaniem Wojtek był najbardziej nadwrażliwym wspinaczem, jakiego w życiu spotkał.

 

Kiedy dotarli do Katmandu, zderzyli się z typową przeszkodą: brakiem zezwolenia. To wtedy właśnie Rene nauczył się nieco, jak rozwiązywać biurokratyczne problemy w polskim stylu. Negocjacje utknęły w martwym punkcie. Francuz usiadł wygodnie i przyglądał się, w jaki sposób Polak rozmawia z urzędnikiem nepalskiego ministerstwa turystyki.

Wojtek rozpoczął rozmowę od pojednawczego uśmiechu, po czym, posługując się pochlebnymi frazesami i wszelkimi ogranymi grzecznościami, zaczął wychwalać zalety współpracy pomiędzy Nepalczykami a zagranicznymi wspinaczami. Wreszcie uroczystym gestem, dla uczczenia cennego ducha współpracy, wręczył urzędnikowi prezent.

Rene przeżył szok, kiedy zobaczył podarunek: zniszczone i  zardzewiałe radio tranzystorowe. Wyglądało na zupełnie bezwartościowe. Co też Wojtek wymyślił, przekazując ten obraźliwy prezent?

A jednak urzędnik z wdziękiem i szelmowskim uśmiechem go przyjął. Podziękował Wojtkowi i z wprawą odsunął niewielką klapkę na tylnej ściance radia. Pod nią ukazał się gruby zwitek dolarów. Wrzucił radio i jego zawartość do szuflady biurka, nie przerywając nawet rozmowy o współpracy i partnerstwie w stosunkach międzynarodowych. Chwilę później na stole pojawiło się zezwolenie. Kiedy Rene wypytywał potem o tę sytuację, Wojtek odpowiedział, wzruszając ramionami: "Tak to bywa załatwiane w Polsce".

 

Po zdobyciu zezwolenia, w  Tukuche, ważnej etapowej wiosce w dolinie Kali Gandaki, wynajęli tragarzy i rozpoczęli marsz w kierunku Dhaulagiri. Pogoda była okropna. Od przełęczy Dhampus na wysokości 5200 metrów wciąż dzieliło ich kilka godzin marszu, gdy wydarzenia zaczęły się komplikować.

 

Wał groźnych, ciemnych chmur skłębił się wokół nich i  zasłonił pola śnieżne, które wiodły w stronę przełęczy. Wśród tragarzy narastał strach. Obawiali się o życie, w końcu porzucili ładunki i uciekli w dolinę. Wojtek był bezradny. "Wiedziałem, że bez nich nie zdołamy przenieść żywności i sprzętu przez przełęcz do Hidden Valley i dalej, przez jeszcze wyższą Przełęcz Francuzów, do bazy", powiedział. Marzenia, plany, kosztowne pozwolenie - wszystko na marne.

 

Zespół zaszył się w burzy na trzy dni, posilając się miskami zupy pomidorowej zaprawionej haszyszem i słuchając melancholijnych piosenek Marianne Faithfull. "Za co umierasz? To nie mój świat ", śpiewała. Pomimo zmartwień Wojtek zainteresował się tą dziwną kobietą. Zapytałem Aleksa, cóż to za osoba, skoro jej piosenki są tak smutne, przepełnione troską i zmęczeniem. Alex zadumał się przez chwilę i odpowiedział:

"Ona jest jak historia Polski: wszyscy tam byli i wszyscy wyrządzili wielkie szkody".

 

Kiedy pogoda się poprawiła, Wojtek wrócił do Tukuche, by wynająć nowych tragarzy, podczas gdy reszta ekipy w stanie niemal katatonicznym wciąż zalegała w obozie. Osiem dni później, wykończeni i przemoczeni po torowaniu drogi w głębokim, świeżym śniegu, dowlekli się do bazy. W końcu byli na miejscu, a wraz z nimi cały ekwipunek. Rene zabrał z Francji większość sprzętu technicznego: raki, czekany Simonda i buty Kastingera. Wojtek przywiózł z Polski puchowe ubrania i śpiwory. Rene był pod wrażeniem jakości puchu, fachowego szycia i kroju odzieży. "Ale nie było żadnych zamków", śmiał się. "Tylko guziki. Nasze kurtki, kamizelki, śpiwory - wszystko na guziki".

Po dotarciu w góry musieli zadbać o aklimatyzację. Skłonny do żartów Alex podpowiadał partnerom swoją strategię aklimatyzacji. "To proces, który ... polega na spożywaniu ogromnych ilości czosnku, uprawianiu bez opamiętania seksu zwieńczonego seriami pompek - na pięściach - i skakaniu pod górkę na jednym palcu przy wtórze wagnerowskich tonów płynących z ciężkiego jak ołów japońskiego mikrokaseciaka. To wzmacnia ciało". Ale żarty żartami, a klimatyzacja jest koniecznością, więc wykombinowali plan, który zależał od życzliwości wspinaczy sąsiedniej wyprawy.

Obok nich w bazie stacjonowała wyprawa szwajcarska, która planowała wspinaczkę północno-wschodnią granią. Wojtek nawiązał z nimi kontakt i wyprosił zgodę na użycie ich drogi na potrzeby aklimatyzacji. Wprawdzie niechętnie, ale się zgodzili. Wkrótce rozpoczęli tą umiarkowanie trudną drogą kursy w górę i w dół. Z każdym kolejnym wyjściem, na 6500, 7000, 7500 metrów czuli, jak rośnie ich wytrzymałość i sprawność. W trakcie jednego z wejść aklimatyzacyjnych Wojtek i Ludwik zostawili depozyt wysoko na grani, blisko ośmiu tysięcy metrów. Było to miejsce, w którym spodziewali się wyjść ze wschodniej ściany. "Byliśmy zaledwie około dwóch godzin od wierzchołka", wspominał Wojtek.

"Droga wyglądała łatwo, w dodatku świetnie się czułem. Ale nie chciałem popsuć sobie przyjemności wejścia na wierzchołek wprost ze ściany... Chciałem pozostać jej wierny.

Gdybyśmy wcześniej zdobyli szczyt, kto wie, jak zachowalibyśmy się po wyjściu ze ściany w ekstremalnych warunkach?".

Po latach Wojtek tłumaczył, że wejście na szczyt jakąkolwiek drogą nie było wówczas dla niego wyzwaniem.

"Nie inspirowały mnie klasyczne, dobrze znane drogi", powiedział. Brakowało im najcenniejszego elementu: gry z nieznanym.

"Ponadto w większości były to drogi technicznie łatwe i łagodne, a zatem pozbawione estetyki pionu. A to właśnie piękno pionu sprawiało, że rosły mi skrzydła. Jaki ma sens wspinaczka bez skrzydeł? Zostaje tylko ciężka harówa. Nie, dziękuję!.

Potem śmiał się ze swojego młodzieńczego podejścia do wspinaczki. "Być może w tamtych latach moja wrażliwość mnie zwodziła. Dziś już nie potrzebuję tak wielkiego dramatyzmu. Moje relacje z górą nabrały znacznie bardziej medytacyjnego charakteru. Chodzi tylko o to, aby zbliżyć się do jej piękna, stać się jej częścią".

 

Po osiągnięciu pełnej aklimatyzacji wspinacze byli gotowi do wejścia we wschodnią ścianę. Wspinaczkę rozpoczęli 6 maja o 2.45 w nocy. Alex zapamiętał, że "noc była niezwykle piękna, skąpana w świetle księżyca i pogodna aż po kraniec świata". Śnieg był solidny i skrzypiał pod rakami. Droga z przełęczy do podstawy ściany zajęła im nieco ponad godzinę.

Alex tak opisał tę scenę: "Wschodnia ściana, ubrana stosownie na tę okazję, wabiła, zimna i niebieska". Pierwszą przeszkodą był pas litych skał, którego przejście zajęło im ponad trzy godziny. Użyli liny tylko raz, na pierwszym wyciągu o  trudnościach piątego stopnia, pokrytym częściowo lodową skorupą. Po zwinięciu liny wspinali się ponad pasem skał bez asekuracji, przewijając się między językami lodu i  śniegu, szukając łatwiejszych pasaży i  wyławiając pasma lodu wiodące wprost w górę. Starali się unikać nagiej skały, która układała się w dziwne dachówkowate formacje. Zamiast tego kierowali się ku bieli. Ale pokrywa była rozczarowująco cienka. Szklisty, kruchy lód, krystaliczna lodowa skorupa ani pierzaste płaty śniegu nie zapewniały bezpieczeństwa na kruchej, dachówkowatej skale.

 

Pierwszego dnia w południe znaleźli niewielki skalny garb, idealny na przygotowanie herbaty. Siedząc na nim, zauważyli kilka rozproszonych pasemek chmur pędzących w oddali. Pozbawieni dostępu do prognoz pogody zdani byli na swój górski instynkt. Była to prawdopodobnie zwykła popołudniowa kumulacja chmur. Zjawisko trochę niepokojące, ale przecież dosyć codzienne na tej górze. Wspinali się dalej.

Wkrótce rozległy się grzmoty i otoczyły ich niskie, groźne wały ciężkich i ciemnych chmur. Kiedy łagodne popołudniowe powiewy nabrały sił, sypnęło śniegiem. Szli dalej, wspinając się wciąż bez asekuracji. "Nie rozważaliśmy wiązania się liną", wspominał Wojtek. "Nie było jakoś bardzo stromo: pięćdziesiąt do pięćdziesięciu pięciu stopni, nieraz w pojedynczych miejscach sześćdziesiąt. Trochę wyżej kilka mikstowych wyciągów".

 

Każdy ze wspinaczy wyszukiwał własną drogę, poruszając się swoim tempem i starając się zachować własny rytm. Wspinali się w odstępach co dwadzieścia lub trzydzieści metrów. Każdy sam w kurczącej się kuli wirującego śniegu i syczącej wichury. Późnym popołudniem skupili się pod skalną ścianą, która osłoniła ich od śnieżycy i lawin pyłowych. Było już jasne, że w tej ścianie nie ma co liczyć na wygodne półki. Dlatego na wysokości około 6450 metrów zaczęli wyrąbywać wąskie platformy, na których mogli urządzić pierwszy z trzech wyjątkowo niewygodnych biwaków.

 

Jak wspominał Wojtek, niewiele było rozmowy, za to mnóstwo rąbania, następnie rozwieszania płacht biwakowych; w sumie godziny przygotowań, zanim można było wreszcie rozpocząć kłopotliwe i ryzykowne gotowanie. Ale Wojtek pozostawał optymistą. "Jakoś po tym pierwszym dniu nabraliśmy ufności, że ryzyko zejścia wielkich lawin maleje", wspominał. Po chwili realistycznie wyjaśnił niebezpieczeństwo: "To ważne, bo przecież mieliśmy wciąż do pokonania tysiąc pięćset metrów w ścianie, więc zejście poważnej lawiny to nie lada kłopot".

Ich pierwszy biwak, wprawdzie niewygodny, był pięciogwiazdkowym luksusem w porównaniu z tym, co czekało ich kolejnej nocy. Wciąż podążali w górę ściany swoimi oddzielnymi szlakami, unikając miejsc pokrytych głębokim, miękkim śniegiem lub czarnym lodem. Każdy z członków zespołu znakomicie radził sobie w śniegu i lodzie, dzięki czemu w ciszy i odosobnieniu posuwali się szybko i równomiernie. W miarę zdobywania wysokości lód, wysmagany przez wiatr, stawał się coraz bardziej twardy, czarny i lśniący. Burza nie ustępowała i zamieć wciąż miotała się wokół nich.

W pewnym momencie Ludwik i Alex, tkwiąc w lodzie na przednich zębach raków, zostali uwięzieni w syczącym strumieniu napierającej lawiny.

Przez pewien czas ze strachu przed zmieceniem ze ściany nie byli w stanie drgnąć z miejsca ani wykonać ruchu przyrządem lodowym. Po całym długim dniu wspinaczki nadszedł czas, by założyć drugi biwak. Wojtek wyraźnie pamięta ten wieczór. "Brakowało miejsca na dwie platformy", opowiadał o maleńkiej półce, którą wykuli w ścianie. "Oni [Alex, Ludwik i Rene] jakoś zdołali się wcisnąć pod dwuosobową płachtę biwakową. Ale dla mnie zabrakło miejsca. Pozostałem na zewnątrz i nie miałem nawet szansy, żeby wcisnąć się do śpiwora. O gotowaniu nie było mowy. Nie było zbyt stromo, zapewne jakieś sześćdziesiąt stopni - ale nie było szansy na wyrąbanie półki, bo już po wyrąbaniu dwudziestu centymetrów trafialiśmy na skałę".

Ostatecznie Wojtek ułożył się, pół siedząc, częściowo zawieszony na wspierających pętlach, na maleńkiej, kruszącej się lodowej półeczce. Dla osłony przed pyłem śnieżnym otulił się luźno rozpostartą nad głową biwakową płachtą. Próbował ignorować otaczający go chaos. Tej drugiej nocy nie było żadnego jedzenia ani picia. Tylko niespokojna drzemka. W polskiej klasyfikacji biwaków ten zasługiwał na najwyższą notę.

 

Wynieśli się stamtąd z pierwszymi oznakami świtu. Kiedy ruszyli, ich uwagi nie umknęły kolejne zwały czarnych chmur, które toczyły się w ich kierunku. Znaleźli schronienie na zawietrznej stronie dużego skalnego żebra i uruchomili palnik, żeby przygotować menażkę herbaty. Alex tak opisał tę scenę: "Wreszcie mogliśmy ugotować coś do picia. Zanim powlekliśmy się do góry, wyglądaliśmy jak dojeżdżający do pracy robotnicy z rannej zmiany, siorbiący w półśnie letnią herbatę. W ostatnich promieniach dziennego światła wyszliśmy ze ściany w mikst i dokuśtykaliśmy na grań do biwaku pod ogromnym głazem, opierając się dującym z furią wiatrom Dhaulagiri".

Właśnie tutaj po raz drugi użyli liny, kiedy Wojtek po przejściu na żywca eksponowanego komina skalnego zdecydował się przed ostatecznym wyjściem ze ściany zrzucić partnerom linę asekuracyjną.

Ich trzeci biwak wypadł na grani północno-wschodniej na wysokości około 7900 metrów.

 Wojtek zapamiętał, że w końcu każdemu udało się wpełznąć do śpiwora. Że byli przemarznięci do kości. Że byli kompletnie zmordowani.

Ale odsłonili tajemnicę dziewiczej, wschodniej ściany Dhaulagiri. Pomimo przewalających się grzmotów, przenikliwego wiatru i sypiącego śniegu pozostało jedynie osiągniecie wierzchołka. Wstali krótko po północy 10 maja i zaczęli przygotowywać się do wyjścia na szczyt. Najpierw musieli uporać się z odwodnieniem, więc przez kilka godzin topili śnieg i pili. O świcie było jasne, że zła pogoda nie ustępuje. Raczej się pogarszała. Po przejściu zaledwie trzydziestu metrów w śniegu głębokim po kolana zdali sobie sprawę, że zagrożenie lawinowe na stoku w kierunku szczytu jest skrajne. Pokrywa śnieżna wydawała głuche odgłosy i osiadała przy każdym kroku. Złowieszcze linie pęknięć kreśliły stok zygzakami. Nie pozostało nic innego jak wycofać się północno-wschodnią granią do bazy.

 

Wojtek był zdruzgotany.

Po zbiegnięciu granią zastali Szwajcarów wciąż tkwiących w obozie i przerażonych straszną pogodą. Przez kilka dni odpoczywali w bazie i dyskutowali, co robić.

- Chłopaki - powiedział Wojtek w bazie - nie sądzę, żebyśmy zrealizowali nasz cel. Nie skończyliśmy jeszcze z tą górą.

Zasugerował, by jeszcze raz przeszli wschodnią ścianę, tym razem do samego szczytu.

Zdumiony Alex potrząsnął głową.

- Nie bądź głupi. Zrobiliśmy tę ścianę. Wystarczy, jeżeli wejdziemy na szczyt normalną drogą.

Wojtek przyznał, że pomysł ponownego przejścia ściany nie był zbyt kuszący. Mimo to nalegał: - Musimy coś zrobić z tym szczytem.

Podejrzewał, że ani Rene, ani Ludwik w ogóle nie dbali o to, czy wejdą na wierzchołek, ale ostatecznie zgodzili się raz jeszcze wyruszyć w stronę szczytu, tym razem granią północno-wschodnią, która doprowadzała do punktu wyjścia ze ściany. 18 maja tuż po południu, po kolejnych czterech dniach na grani osiągnęli wierzchołek Dhaulagiri. 20 maja byli już z powrotem w bazie. Misja została wykonana. A jednak Wojtkowi, perfekcjoniście, pozostało dokuczliwe poczucie jakiejś porażki, chciał bowiem wejść na szczyt bezpośrednio po przejściu wschodniej ściany.

 

Więcej w biografii Wojtka Kurtyki. Na polskim rynku ukaże się 31 stycznia 2018 roku nakładem Wydawnictwa Agora.

Książka w formie ebooka jest dostępna w Publio.pl

 

 

 

 
 

BLOG

          

2009 6 7 8 9 10 11 12  

 

2010 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12

 

2011 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12

          

2012 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12

 

2013 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12

 

2014 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12

 

  2015 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12

 

2016 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12

 

2017 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10

__________________________________

 

 

NOWE

 KRÓTKA HISTORIA

  NASZEGO OSIEDLA W OBRAZKACH

__________________________________

 

MOJA HISTORIA OSIEDLA

__________________________________

 

PRELEKCJE

historia  religia  filozofia

_________________________________ 

 

OPOWIADANIA

__________________________________

 

 

ESEJE

 

__________________________________  

 

WIERSZE

__________________________________

 

PEDAGOGIKA

___________________________________

 

TŁUMACZENIA

___________________________________

 

REBUSY

__________________________________

 

PRZEPISANE

____________________

FRANCISZEK

 Misericordiae vultus  Laudato si

__________________________________

 

SKAŁKI

__________________________________

 

PSY

__________________________________

 

DRZEWA

__________________________________

 

NOWE

DAWNO TEMU W PAWŁOSIOWIE

__________________________________

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 
monitoring pozycji