|
|
30
STYCZNIA
/ PAŻDZIERNIK
/
BLOG 2009-2016
/ KONTAKT
|
Fragment
książki Bernadette McDonald "Kurtyka.
Sztuka wolności" |
Alex MacIntyre przekopywał się przez
chybotliwe stosy papierów, które piętrzyły się na każdym z trzech
poziomów jego zielonej półki na dokumenty. Był urzędnikiem British
Mountaineering Council i każdemu wspinaczowi wydawało się, że powinien
skonsultować z nim to i owo. "Obiekt ten (tacka na dokumenty)
przypominał reaktor powielający - napisał później Alex - i pomimo
liberalnej polityki, jaką stosowano w zarządzaniu koszem na śmieci,
i tego, że czasem papiery lądowały na podłodze, jego apetyt był
nienasycony". Na szczęście tego dnia powstrzymał się przed wyrzuceniem
zalegających na półce dokumentów. Głęboko w ich stercie zagrzebana była
bowiem kartka pocztowa z urzekającym zdjęciem stromej lodowej piramidy.
Na jej odwrocie można było odczytać nazwę - wschodnia ściana Dhaulagiri
- i krótką wiadomość.
Drogi Aleksie, wielka szansa na wspaniałe dni w ścianie, którą widzisz
na pocztówce. Do zobaczenia w Katmandu 10 marca. Uściski, Wojtek. PS
Zabierz partnera.Dhaulagiri (8167 m), siódma pod względem
wysokości góra świata, wypiętrza się dramatycznie siedem tysięcy metrów
ponad nurtem nepalskiej rzeki Kali Gandaki. To zdumiewający szczyt,
którego nazwa znaczy "olśniewająca, biała i piękna".
Przed laty, w 1954 roku, próbowała na
Dhaulagiri wejść argentyńska wyprawa wojskowa. Zastosowała przy tym
niekonwencjonalną metodę: wysadzała w powietrze niedogodnie usytuowane
skały i w ten sposób tworzyła wygodne platformy pod namioty. Zanim
Argentyńczyków zawróciła burza,
dotarli na wysokość ośmiu tysięcy metrów. Pierwszego udanego wejścia na
Dhaulagiri granią północno-wschodnią dokonała w 1960 roku wyprawa
szwajcarska. Ale kiedy Wojtek zwrócił uwagę na tę górę, jej wschodnia
ściana wciąż pozostawała dziewicza.
W 1979 roku, a więc rok przed wysłaniem
zaproszenia do Aleksa, Wojtek znalazł się wraz z grupą wspinaczy
z Gdańska pod północną ścianą Dhaulagiri. Z Walentym Fiutem stworzył
odrębny i samodzielny zespół, którego celem była ściana wschodnia. "Idea
poprowadzenia prostej linii, nieomal linii bezczelnej, wydawała mi się
niezwykle pociągająca", wspominał.
"Urzekająco gładkie pola lodowe
wyglądały obiecująco, tak jakby biegły wprost do nieba".
Ale w 1979 roku na ścianie nie było śniegu;
był za to bezmiar luźnych skał oraz płyt pozbawionych jakichkolwiek
formacji i budzących lęk. Stało się dla nich jasne, że w tych warunkach
to beznadziejne przedsięwzięcie. Wrócili więc na północną stronę góry
i dołączyli do reszty zespołu. Dotarli na wysokość niemal ośmiu tysięcy
metrów, zanim zła pogoda i choroba jednego z uczestników zawróciły ich
z drogi. Niepokonana ściana wschodnia utkwiła jednak Wojtkowi w pamięci.
Przyrzekł sobie, że na nią wróci.
Lód miał kluczowe znaczenie. "Patrzyłem na
tę piękną ścianę i byłem przekonany, że w lepszych warunkach, kiedy
pokrywała ją solidna warstwa lodu, szybka wspinaczka byłaby możliwa".
Wojtek miał już wówczas spore doświadczenie we wspinaczce lodowej,
zdobyte na północnych alpejskich ścianach Triolet, Les Courtes i Les
Droites, więc bez trudu wyobrażał sobie podobne doświadczenie w znacznie
większej skali. "Tego lodu będzie tam po prostu znacznie więcej" -
oceniał.
A któż byłby lepszym partnerem na tę ścianę
niż Alex MacIntyre? Alex, lodowy magik. Alex, którego owalna, ciemna
twarz kontrastowała z wyrazistymi rysami bladego oblicza Wojtka.
Różnili się także charakterem. Jeśli pominąć lęk przed spadającymi
kamieniami, Alex był wyciszony i zrelaksowany, w Wojtku zaś czuło się
niepokój i napięcie. Po dwóch wyprawach z Aleksem Wojtek zdawał sobie
sprawę z tego, jak bardzo lubi w górach jego towarzystwo. Podobało mu
się jego poczucie humoru, wyluzowany styl, jego eklektyczna kolekcja
brytyjskiej muzyki i - oczywiście - jego wspinaczkowy etos. "Zawsze był
niewidocznym członkiem zespołu. Aż do momentu, gdy stawał się
nieodzowny. Wtedy wykręcał wyjątkowe numery", wspominał Wojtek,
przywołując intuicyjną nawigację Aleksa przez przewieszony nawis tuż pod
wierzchołkiem Bandaki. "Był naszą kartą atutową. Jak joker w talii".
Co najważniejsze, Wojtkowi podobał się
w Aleksie jego talent do zabawy. "Cenię w ludziach umiejętność zabawy",
powiedział. "Kiedy ktoś potrafi cieszyć się życiem i go używać, maleje
szansa na przerośnięte ego". Wojtek bez wątpienia lubił także gotowość
Aleksa do udziału w nielegalnych przedsięwzięciach.
|
Na Bandakę weszli wszak bez
pozwolenia. Nielegalna była też ich próba wejścia na Nanda Dewi. Przyszłość zapewne mogła podsunąć inne
okazje. Pozostało tylko wybierać! Wojtek planował wyprawę na wschodnią
ścianę Dhaulagiri w zespole polsko-brytyjskim, dlatego zaproponował
Aleksowi, żeby zabrał ze sobą partnera. |
Zachodni wspinacze byli kluczowi dla
powodzenia przedsięwzięcia, gdyż wnosili do budżetu ekspedycji twardą
walutę. Polskim partnerem Wojtka miał być Ludwik Wilczyński, nie tylko
znakomity alpinista, ale również utalentowany pisarz i muzyk. Wprawdzie
wcześniej nie wspinali się razem, ale Ludwik w środowisku taternickim
był znaną postacią.
Jednakże Alex, zamiast sięgnąć po któregoś
z brytyjskich kolegów, zaprosił do udziału pewnego siebie francuskiego
przewodnika górskiego Rene Ghiliniego. Alex wspinał się z nim w czasie
pobytu w Chamonix. Wojtek wspominał później, że Rene, podobnie jak Jurek
Kukuczka, wpływał na niego "kojąco".
Kiedy po ponad trzydziestu latach spotkali
się ponownie, tym razem we Francji,
Rene uśmiechnął się, słysząc tę uwagę. Przyznał, że jego zdaniem Wojtek
był najbardziej nadwrażliwym wspinaczem, jakiego w życiu spotkał.
Kiedy dotarli do Katmandu, zderzyli się
z typową przeszkodą: brakiem zezwolenia. To wtedy właśnie Rene nauczył
się nieco, jak rozwiązywać biurokratyczne problemy w polskim stylu.
Negocjacje utknęły w martwym punkcie. Francuz usiadł wygodnie
i przyglądał się, w jaki sposób Polak rozmawia z urzędnikiem nepalskiego
ministerstwa turystyki.
Wojtek rozpoczął rozmowę od pojednawczego
uśmiechu, po czym, posługując się pochlebnymi frazesami i wszelkimi
ogranymi grzecznościami, zaczął wychwalać zalety współpracy pomiędzy
Nepalczykami a zagranicznymi wspinaczami. Wreszcie uroczystym gestem,
dla uczczenia cennego ducha współpracy, wręczył urzędnikowi prezent.
|
Rene przeżył szok, kiedy zobaczył podarunek: zniszczone i zardzewiałe
radio tranzystorowe. Wyglądało na zupełnie bezwartościowe. Co też Wojtek
wymyślił, przekazując ten obraźliwy prezent? |
A jednak urzędnik z wdziękiem i szelmowskim
uśmiechem go przyjął. Podziękował Wojtkowi i z wprawą odsunął niewielką
klapkę na tylnej ściance radia. Pod nią ukazał się gruby zwitek dolarów.
Wrzucił radio i jego zawartość do szuflady biurka, nie przerywając nawet
rozmowy o współpracy i partnerstwie w stosunkach międzynarodowych.
Chwilę później na stole pojawiło się zezwolenie. Kiedy
Rene wypytywał
potem o tę sytuację, Wojtek odpowiedział, wzruszając ramionami: "Tak to
bywa załatwiane w Polsce".
Po zdobyciu zezwolenia, w Tukuche, ważnej
etapowej wiosce w dolinie Kali Gandaki, wynajęli tragarzy i rozpoczęli
marsz w kierunku Dhaulagiri. Pogoda była okropna. Od przełęczy Dhampus
na wysokości 5200 metrów wciąż dzieliło ich kilka godzin marszu, gdy
wydarzenia zaczęły się komplikować.
Wał groźnych, ciemnych chmur skłębił się
wokół nich i zasłonił pola śnieżne, które wiodły w stronę przełęczy.
Wśród tragarzy narastał strach. Obawiali się o życie, w końcu porzucili
ładunki i uciekli w dolinę. Wojtek był bezradny. "Wiedziałem, że bez
nich nie zdołamy przenieść żywności i sprzętu przez przełęcz do Hidden
Valley i dalej, przez jeszcze wyższą Przełęcz Francuzów, do bazy",
powiedział. Marzenia, plany, kosztowne pozwolenie - wszystko na marne.
Zespół zaszył się w burzy na trzy dni,
posilając się miskami zupy pomidorowej zaprawionej haszyszem i słuchając
melancholijnych piosenek Marianne Faithfull. "Za co umierasz? To nie mój
świat ", śpiewała. Pomimo zmartwień Wojtek zainteresował się tą dziwną
kobietą. Zapytałem Aleksa, cóż to za osoba, skoro jej piosenki są tak
smutne, przepełnione troską i zmęczeniem. Alex zadumał się przez chwilę
i odpowiedział:
"Ona jest jak historia Polski:
wszyscy tam byli i wszyscy wyrządzili wielkie szkody".
Kiedy pogoda się poprawiła, Wojtek wrócił
do Tukuche, by wynająć nowych tragarzy, podczas gdy reszta ekipy
w stanie niemal katatonicznym wciąż zalegała w obozie. Osiem dni
później, wykończeni i przemoczeni po torowaniu drogi w głębokim, świeżym
śniegu, dowlekli się do bazy. W końcu byli na miejscu, a wraz z nimi
cały ekwipunek. Rene zabrał z Francji większość sprzętu technicznego:
raki, czekany Simonda i buty Kastingera. Wojtek przywiózł z Polski
puchowe ubrania i śpiwory. Rene był pod wrażeniem jakości puchu,
fachowego szycia i kroju odzieży. "Ale nie było żadnych zamków", śmiał
się. "Tylko guziki. Nasze kurtki, kamizelki, śpiwory - wszystko na
guziki".
Po dotarciu w góry musieli zadbać
o aklimatyzację. Skłonny do żartów Alex podpowiadał partnerom swoją
strategię aklimatyzacji. "To proces, który ... polega na spożywaniu
ogromnych ilości czosnku, uprawianiu bez opamiętania seksu zwieńczonego
seriami pompek -
na pięściach - i skakaniu pod górkę na jednym palcu przy wtórze
wagnerowskich tonów płynących z ciężkiego jak ołów japońskiego
mikrokaseciaka. To wzmacnia ciało". Ale żarty żartami, a klimatyzacja
jest koniecznością, więc wykombinowali plan, który zależał od
życzliwości wspinaczy sąsiedniej wyprawy.
Obok nich w bazie stacjonowała wyprawa
szwajcarska, która planowała wspinaczkę północno-wschodnią granią.
Wojtek nawiązał z nimi kontakt i wyprosił zgodę na użycie ich drogi na
potrzeby aklimatyzacji. Wprawdzie niechętnie, ale się zgodzili. Wkrótce
rozpoczęli tą umiarkowanie trudną drogą kursy w górę i w dół. Z każdym
kolejnym wyjściem, na 6500, 7000, 7500 metrów czuli, jak rośnie ich
wytrzymałość i sprawność. W trakcie jednego z wejść aklimatyzacyjnych
Wojtek i Ludwik zostawili depozyt wysoko na grani, blisko ośmiu tysięcy
metrów. Było to miejsce, w którym spodziewali się wyjść ze wschodniej
ściany. "Byliśmy zaledwie około dwóch godzin od wierzchołka", wspominał
Wojtek.
"Droga wyglądała łatwo, w dodatku świetnie
się czułem. Ale nie chciałem popsuć sobie przyjemności wejścia na
wierzchołek wprost ze ściany... Chciałem pozostać jej wierny.
Gdybyśmy wcześniej zdobyli szczyt, kto wie,
jak zachowalibyśmy się po wyjściu ze ściany w ekstremalnych warunkach?".
Po latach Wojtek tłumaczył, że wejście na
szczyt jakąkolwiek drogą nie było wówczas dla niego wyzwaniem.
|
"Nie inspirowały mnie klasyczne,
dobrze znane drogi", powiedział. Brakowało im najcenniejszego
elementu: gry z nieznanym.
"Ponadto w większości były to drogi
technicznie łatwe i łagodne, a zatem pozbawione estetyki pionu. A to
właśnie piękno pionu sprawiało, że rosły mi skrzydła. Jaki ma sens
wspinaczka bez skrzydeł? Zostaje tylko ciężka harówa. Nie, dziękuję!.
|
Potem śmiał się ze swojego młodzieńczego
podejścia do wspinaczki. "Być może w tamtych latach moja wrażliwość mnie
zwodziła. Dziś już nie potrzebuję tak wielkiego dramatyzmu. Moje relacje
z górą nabrały znacznie bardziej medytacyjnego charakteru. Chodzi tylko
o to, aby zbliżyć się do jej piękna, stać się jej częścią".
Po osiągnięciu pełnej aklimatyzacji
wspinacze byli gotowi do wejścia we wschodnią ścianę. Wspinaczkę
rozpoczęli 6 maja o 2.45 w nocy. Alex zapamiętał, że
"noc była niezwykle
piękna, skąpana w świetle księżyca i pogodna aż po kraniec świata".
Śnieg był solidny i skrzypiał pod rakami. Droga z przełęczy do podstawy
ściany zajęła im nieco ponad godzinę.
Alex tak opisał tę scenę: "Wschodnia
ściana, ubrana stosownie na tę okazję, wabiła, zimna i niebieska".
Pierwszą przeszkodą był pas litych skał, którego przejście zajęło im
ponad trzy godziny. Użyli liny tylko raz, na pierwszym wyciągu o
trudnościach piątego stopnia, pokrytym częściowo lodową skorupą. Po
zwinięciu liny wspinali się ponad pasem skał bez asekuracji, przewijając
się między językami lodu i śniegu, szukając łatwiejszych pasaży i
wyławiając pasma lodu wiodące wprost w górę. Starali się unikać nagiej
skały, która układała się w dziwne dachówkowate formacje. Zamiast tego
kierowali się ku bieli. Ale pokrywa była rozczarowująco cienka.
Szklisty, kruchy lód, krystaliczna lodowa skorupa ani pierzaste płaty
śniegu nie zapewniały bezpieczeństwa na kruchej, dachówkowatej skale.
Pierwszego dnia w południe znaleźli
niewielki skalny garb, idealny na przygotowanie herbaty. Siedząc na nim,
zauważyli kilka rozproszonych pasemek chmur pędzących w oddali.
Pozbawieni dostępu do prognoz pogody zdani byli na swój górski instynkt.
Była to prawdopodobnie zwykła popołudniowa kumulacja chmur. Zjawisko
trochę niepokojące, ale przecież dosyć codzienne na tej górze. Wspinali
się dalej.
Wkrótce rozległy się grzmoty i otoczyły ich
niskie, groźne wały ciężkich i ciemnych chmur. Kiedy łagodne
popołudniowe powiewy nabrały sił, sypnęło śniegiem. Szli dalej,
wspinając się wciąż bez asekuracji. "Nie rozważaliśmy wiązania się
liną", wspominał Wojtek. "Nie było jakoś bardzo stromo: pięćdziesiąt do
pięćdziesięciu pięciu stopni, nieraz w pojedynczych miejscach
sześćdziesiąt. Trochę wyżej kilka mikstowych wyciągów".
Każdy ze wspinaczy wyszukiwał własną drogę,
poruszając się swoim tempem i starając się zachować własny rytm.
Wspinali się w odstępach co dwadzieścia lub trzydzieści metrów. Każdy
sam w kurczącej się kuli wirującego śniegu i syczącej wichury. Późnym
popołudniem skupili się pod skalną ścianą, która osłoniła ich od
śnieżycy i lawin pyłowych. Było już jasne, że w tej ścianie nie ma co
liczyć na wygodne półki. Dlatego na wysokości około 6450 metrów zaczęli
wyrąbywać wąskie platformy, na których mogli urządzić pierwszy z trzech
wyjątkowo niewygodnych biwaków.
Jak wspominał Wojtek, niewiele było
rozmowy, za to mnóstwo rąbania, następnie rozwieszania płacht
biwakowych; w sumie godziny przygotowań, zanim można było wreszcie
rozpocząć kłopotliwe i ryzykowne gotowanie. Ale Wojtek pozostawał
optymistą. "Jakoś po tym pierwszym dniu nabraliśmy ufności, że ryzyko
zejścia wielkich lawin maleje", wspominał. Po chwili realistycznie
wyjaśnił niebezpieczeństwo: "To ważne, bo przecież mieliśmy wciąż do
pokonania tysiąc pięćset metrów w ścianie, więc zejście poważnej lawiny
to nie lada kłopot".
Ich pierwszy biwak, wprawdzie niewygodny,
był pięciogwiazdkowym luksusem w porównaniu z tym, co czekało ich
kolejnej nocy. Wciąż podążali w górę ściany swoimi oddzielnymi szlakami,
unikając miejsc pokrytych głębokim, miękkim śniegiem lub czarnym lodem.
Każdy z członków zespołu znakomicie radził sobie w śniegu i lodzie,
dzięki czemu w ciszy i odosobnieniu posuwali się szybko i równomiernie.
W miarę zdobywania wysokości lód, wysmagany przez wiatr, stawał się
coraz bardziej twardy, czarny i lśniący. Burza nie
ustępowała i zamieć wciąż miotała się wokół nich.
|
W pewnym momencie Ludwik i Alex,
tkwiąc w lodzie na przednich zębach raków, zostali uwięzieni
w syczącym strumieniu napierającej lawiny. |
Przez pewien czas ze strachu przed
zmieceniem ze ściany nie byli w stanie drgnąć z miejsca ani wykonać
ruchu przyrządem lodowym. Po całym długim dniu wspinaczki nadszedł czas,
by założyć drugi biwak. Wojtek wyraźnie pamięta ten wieczór. "Brakowało
miejsca na dwie platformy", opowiadał o maleńkiej półce, którą wykuli
w ścianie. "Oni [Alex, Ludwik i Rene] jakoś zdołali się wcisnąć pod
dwuosobową płachtę biwakową. Ale dla mnie zabrakło miejsca. Pozostałem
na zewnątrz i nie miałem nawet szansy, żeby wcisnąć się do śpiwora.
O gotowaniu nie było mowy. Nie było zbyt stromo, zapewne
jakieś sześćdziesiąt stopni - ale nie było szansy na wyrąbanie półki, bo
już po wyrąbaniu dwudziestu centymetrów trafialiśmy na skałę".
Ostatecznie Wojtek ułożył się, pół siedząc,
częściowo zawieszony na wspierających pętlach, na maleńkiej, kruszącej
się lodowej półeczce. Dla osłony przed pyłem śnieżnym otulił się luźno
rozpostartą nad głową biwakową płachtą. Próbował ignorować otaczający go
chaos. Tej drugiej nocy nie było żadnego jedzenia ani picia. Tylko
niespokojna drzemka. W polskiej klasyfikacji biwaków ten zasługiwał na
najwyższą notę.
Wynieśli się stamtąd z pierwszymi oznakami
świtu. Kiedy ruszyli, ich uwagi nie umknęły kolejne zwały czarnych
chmur, które toczyły się w ich kierunku. Znaleźli schronienie na
zawietrznej stronie dużego skalnego żebra i uruchomili palnik, żeby
przygotować menażkę herbaty. Alex tak opisał tę scenę:
"Wreszcie
mogliśmy ugotować coś do picia. Zanim powlekliśmy się do góry,
wyglądaliśmy jak dojeżdżający do pracy robotnicy z rannej zmiany,
siorbiący w półśnie letnią herbatę. W ostatnich promieniach dziennego
światła wyszliśmy ze ściany w mikst i dokuśtykaliśmy na grań do biwaku
pod ogromnym głazem, opierając się dującym z furią wiatrom Dhaulagiri".
Właśnie tutaj po raz drugi użyli liny,
kiedy Wojtek po przejściu na żywca eksponowanego komina skalnego
zdecydował się przed ostatecznym wyjściem ze ściany zrzucić partnerom
linę asekuracyjną.
Ich trzeci biwak wypadł na grani
północno-wschodniej na wysokości około 7900 metrów.
|
Wojtek zapamiętał, że w końcu
każdemu udało się wpełznąć do śpiwora. Że byli przemarznięci do kości.
Że byli kompletnie zmordowani. |
Ale odsłonili tajemnicę dziewiczej,
wschodniej ściany Dhaulagiri. Pomimo przewalających się grzmotów,
przenikliwego wiatru i sypiącego śniegu pozostało jedynie osiągniecie
wierzchołka. Wstali krótko po północy 10 maja i zaczęli przygotowywać
się do wyjścia na szczyt. Najpierw musieli uporać się z odwodnieniem,
więc przez kilka godzin topili śnieg i pili. O świcie było jasne, że zła
pogoda nie ustępuje. Raczej się pogarszała. Po przejściu zaledwie
trzydziestu metrów w śniegu głębokim po kolana zdali sobie sprawę, że
zagrożenie lawinowe na stoku w kierunku szczytu jest skrajne. Pokrywa
śnieżna wydawała głuche odgłosy i osiadała przy każdym kroku.
Złowieszcze linie pęknięć kreśliły stok zygzakami. Nie pozostało nic
innego jak wycofać się północno-wschodnią granią do bazy.
Wojtek był zdruzgotany.
Po zbiegnięciu granią zastali Szwajcarów
wciąż tkwiących w obozie i przerażonych straszną pogodą. Przez kilka dni
odpoczywali w bazie i dyskutowali, co robić.
- Chłopaki - powiedział Wojtek w bazie -
nie sądzę, żebyśmy zrealizowali nasz cel. Nie skończyliśmy jeszcze z tą
górą.
Zasugerował, by jeszcze raz przeszli
wschodnią ścianę, tym razem do samego szczytu.
Zdumiony Alex potrząsnął głową.
- Nie bądź głupi. Zrobiliśmy tę ścianę.
Wystarczy, jeżeli wejdziemy na szczyt normalną drogą.
Wojtek przyznał, że pomysł ponownego
przejścia ściany nie był zbyt kuszący. Mimo to nalegał: - Musimy coś
zrobić z tym szczytem.
Podejrzewał, że ani Rene, ani Ludwik
w ogóle nie dbali o to, czy wejdą na wierzchołek, ale ostatecznie
zgodzili się raz jeszcze wyruszyć w stronę szczytu, tym razem granią
północno-wschodnią, która doprowadzała do punktu wyjścia ze ściany. 18
maja tuż po południu, po kolejnych czterech dniach na grani osiągnęli
wierzchołek Dhaulagiri. 20 maja byli już z powrotem w bazie. Misja
została wykonana. A jednak Wojtkowi, perfekcjoniście, pozostało
dokuczliwe poczucie jakiejś porażki, chciał bowiem wejść na szczyt
bezpośrednio po przejściu wschodniej ściany.
Więcej w biografii Wojtka Kurtyki. Na polskim rynku ukaże się 31
stycznia 2018 roku nakładem Wydawnictwa Agora.
Książka w formie ebooka jest dostępna w Publio.pl
|
|
|
|
|