ZADOMOWIENIE                                                                                                         

 

 

   mój dom    

 

 

 

 

 

 

     maj 2020

 

 
 
 

 


                    10 MAJA        /

          KWIECIEŃ           /  

            KONTAKT    

             


 

(O SIOSTRACH - NIŻEJ)

 

HISTORIA LUDZKOŚCI JEST HISTORIĄ PRZYJEMNOŚCI.

Nie wiem, jakim cudem udało mi się skończyć szkołę muzyczną. Byłem permanentnie nieprzygotowany do lekcji i egzaminów. Regularne powtarzanie gam i pasaży było dla mnie torturą. Tym większym podziwem darzyłem koleżankę, która każdego dnia ćwiczyła na fortepianie przez trzy-cztery godziny. Nie mogłem pojąć, jakim cudem zmusza się do tego. Myśląc o własnych trzydziestominutowych cierpieniach przy wiolonczeli, nie byłem sobie nawet w stanie wyobrazić, jak tytanicznego wysiłku woli wymagało od nastoletniej dziewczyny bębnienie w klawiaturę sześć czy osiem razy dłużej.

Dopiero po latach uświadomiłem sobie, że nie oszukiwała. Ona do niczego nie musiała się zmuszać. Po prostu lubiła ćwiczyć na fortepianie. Sprawiało jej to przyjemność.

Pamiętam doskonale moment, w którym przejrzałem jej tajemnicę. Personel biblioteki właśnie po raz kolejny wyrzucił mnie spomiędzy regałów, zamykając przybytek na noc. W szatni spotkałem kolegę z roku, który – szukając porozumienia – uskarżał się, jak nudne były teksty filozoficzne, które mieliśmy przeczytać na kolejne zajęcia. To były te same teksty, które mógłbym wertować z przyjemnością godzinami, gdyby tylko nikt mi nie przeszkadzał.

NIEOCZYWISTY ZWIĄZEK PRZYJEMNOŚCI Z NAWYKIEM opisuje Arystoteles w „Etyce nikomachejskiej”. Robimy chętnie to, co sprawia nam przyjemność. To, co robimy często, kształtuje nasze nawyki. Nawyki zaś decydują o tym, co dostarcza nam rozkoszy. Bycie w czymś dobrym przynosi dużo satysfakcji. Koło się zamyka.

Każdemu „sprawia przyjemność to, czego jest miłośnikiem, jak np. koń miłośnikowi koni, widowisko zaś miłośnikowi widowisk; tak samo też to, co sprawiedliwe, miłośnikowi sprawiedliwości”. Przyjemność decyduje o tym, w które miejsca powracamy, a których unikamy. Przyjemność różnicuje nas i upodabnia do siebie. Przyjemność sprawia, że nie jest nam wszystko jedno. Historia każdego człowieka jest historią przyjemności. Idziemy jej tropami, wydeptujemy ścieżki, powracamy na nie, żłobimy koleiny, z których nie sposób się potem wygrzebać o własnych siłach, jak to z nawyków.

A jednak, zgodnie z tym, co sugerował Filozof, podążając za przyjemnością wciąż zachowujemy zdolność doskonalenia się. Związek między przyjemnością i sztuką (w znaczeniu: robienia czegoś w doskonały sposób) nie był wprawdzie dla niego i jego współczesnych oczywisty, wydawało mu się jednak jasne, że nie tylko przyjemność kształtuje nas, ale też my kształtujemy swoje przyjemności. Wciąż poszukując czegoś więcej odkrywamy nowe ścieżki – nowe smaki, dźwięki, nowe opowieści i nowe rozkosze.

To jak dobór naturalny. Reprodukują i doskonalą się zachowania, które przynoszą rozkosz. Przyjemność jest więc źródłem powtórzenia. Najwyższym, pierwotnym prawem ludzkiego świata. Prawem arcyludzkim, bo obowiązującym tylko tam, gdzie w ogóle mamy cokolwiek do powiedzenia. Siła przyjemności skierowana jest przeciw ślepemu losowi, oporowi materii, przeciw temu wszystkiemu, co od nas nie zależy. O tyle zaś, o ile mamy wpływ na nasz los, zrobimy wszystko, by powtórzyło się raczej to, co przyjemne, niż to, co przykre.


Czytaj także: MIchał Paweł Markowski: Pochwała kolacji


Tak rozumiana przyjemność okazuje się siłą wręcz meta­fizyczną, skierowaną przeciw entropii i przypadkowości. Siłą, ze względu na którą w świecie społecznym wydarza się raczej coś niż nic.

A jednak ta wspaniała, twórcza siła ma swój mroczny rewers. Przyjemność pozostaje bowiem twórcza wyłącznie tak długo, dopóki działa przeciw jakiemuś oporowi, naginając nasze ścieżki i zmieniając ich bieg. Gdy nie występuje żaden opór, gdy brak siły równoważącej przyciąganie ku temu, co przyjemne, na płaszczyźnie naszego życia pojawia się nazbyt głęboka koleina, potem dół, lej, wreszcie – śmiertelna pułapka. Źródło wszelkiego poruszenia staje się przyczyną bezruchu.

KLATKA SKINNERA TO DOSKONAŁY MODEL DZIAŁANIA „ZASADY PRZYJEMNOŚCI” (została tak nazwana na cześć behawiorysty Burrhusa F. Skinnera). Szczur zamknięty w pudełku ma do dyspozycji dwie dźwignie. Jedna z nich uruchamia bodziec przyjemny, druga przykry. Zielony – dostajesz przekąskę. Czerwony – kopie cię prąd. Jak to w życiu. Dzięki zastosowaniu coraz bardziej pomysłowych wersji tego prostego mechanizmu przez lata możliwe było uczenie zwierząt laboratoryjnych coraz bardziej skomplikowanych sztuczek.

W latach 50. James Olds i Peter Milner wywindowali pomysł Skinnera na nowy poziom. Nie było już żadnych przekąsek, nie było kopania prądem ani denerwujących dźwięków. Była czysta przyjemność. Dźwignia w klatce uruchamiała elektrodę stymulującą bezpośrednio odpowiednie ośrodki w mózgu gryzonia.

Oddaję głos Davidowi J. Lindenowi, badaczowi mózgu z Johns Hopkins University i autorowi książki pod barokowym tytułem „The Compass of Pleasure: How Our Brains Make Fatty Foods, Orgasm, Exercise, Marijuana, Genero­sity, Vodka, Learning, and Gambling Feel So Good” („Kompas przyjemności. Jak nasze mózgi sprawiają, że uwielbiamy jedzenie, orgazmy, ćwiczenia fizyczne, marihuanę, hojność, wódkę, naukę i hazard”): „Wyniknął z tego najbardziej może dramatyczny eksperyment w historii behawioralnych badań nad mózgiem. Żeby stymulować mózgi, szczury naciskały dźwignię nawet 7 000 razy na godzinę”. Przerwę na chwilę. 7 tys. razy na godzinę, dwa razy na sekundę. Spróbuj przez chwilę stukać palcem w blat w tym tempie. Szybko, prawda?

„Seria kolejnych eksperymentów ujawniła, że szczury wolały stymulację ośrodka przyjemności od ośrodka pokarmu (nawet gdy były głodne) i wody (nawet gdy były spragnione). Stymulujące się samce ignorowały samicę w rui i były skłonne wciąż i wciąż przekraczać kopiącą prądem podłogę tylko po to, by dosięgnąć dźwigni. Samice opuszczały nowo narodzone szczurzątka, by bez pamięci oddać się wciskaniu dźwigni. (...) Wreszcie, by uniknąć zagłodzenia zwierząt, trzeba je było odłączyć od urządzenia. Wciskanie dźwigni stało się dla nich całym światem”.

Jeżeli zastanawiasz się, czy taki stan można wywołać u ludzi, odpowiadam, że można. I od razu mówię, że pacjenci, których przerażające historie Linden opisuje w swojej książce, zachowywali się z grubsza tak, jak nieszczęsne szczury. Bezpośrednia stymulacja ośrodka przyjemności działa silniej niż jakikolwiek narkotyk, który jesteśmy sobie w stanie wyobrazić.

Bum, bum, bum, bum. Dwa razy na sekundę, sto dwadzieścia na minutę, siedem tysięcy razy na godzinę. Szczur w szale łomoczący w dźwignię przyjemności. Ten obraz nie daje mi spokoju. Jeżeli przyjemność to niewidoczna siła rzeźbiąca historię naszego życia, to szczur znalazł się w dole. Spadł na dno wielkiego leja o stromych ścianach. I ze wszystkich sił zakopywał się jeszcze głębiej.

Gdy nie istnieje opór, który choćby minimalnie skrzywia nasze ścieżki, gdy nic nie staje między nami a dźwignią, przyjemność staje się przekleństwem. To wątek nieobcy Arystotelesowi, wielkiemu piewcy umiaru, i motyw kluczowy dla kultury starożytnej Grecji. Ale żyjemy w czasach, w których ostrzeganie przed lejem przyjemności stało się ważniejsze niż kiedykolwiek dotychczas.

HISTORIA LUDZKOŚCI JEST HISTORIĄ PRZYJEMNOŚCI. Opowieścią o rozkoszach odkrywanych, doskonalonych i porzucanych. Często przedstawia się ją jako wspinaczkę po stromych zboczach owej popularnej wśród psychologów piramidy Maslowa – ucieczce z królestwa tego, co fizjologicznie niezbędne, ku przyjemnościom coraz „wyższym”. Jest to nadmierne uproszczenie, jednak kryje się za nim istotna prawda i ważne pytanie.

Zostaliśmy ukształtowani tak, by poszukiwać soli, tłuszczu i cukru. Ewolucja, posługując się zasadą przyjemności, uczyniła nas – z różnych powodów – łasymi na określone substancje. Cóż jednak począć, kiedy tłuszcz, cukier i sól otaczają nas w nadmiarze? Kiedy nie ma nic łatwiejszego, niż sięgnąć po to, co sprawia nam przyjemność?

Oto problem przesytu. Specyficznie ludzka wersja owej szczurzej klatki – tym groźniejszej, że niewidzialnej, pozbawionej dźwigni, kabli, elektrod, a nawet ścian. Zagadnienie nadmiaru rozkoszy dostępnej na każde skinienie fascynowało i niepokoiło ludzkość, powracając jako mityczna opowieść o tych, którzy mogąc mieć wszystko, przestają pragnąć czegokolwiek. Nadmiar pomyślności czyni nieszczęśliwym. Po 2,4 tys. lat wciąż niewiele można dodać do tego, co pisał na ten temat Arystoteles: „zbytnia pomyślność losu jest nawet przeszkodą w szczęśliwości i może nie należy jej już nazywać pomyślnością; granicę bowiem pomyślności określa jej stosunek do szczęśliwości”.


Czytaj także: Justyna Bargielska: Z lodu, powietrza i ognia


Wygląda więc na to, że sens przyjemności wynika nie z jej doświadczania, lecz z mierzenia się z życiem. Zgodnie z tym, co powiedział Arystoteles: nie doznajemy przeszkód i ostatecznie udaje nam się zdobyć to, czego pragnęliśmy, ale tylko za cenę pokonania oporu. Przyjemność przynosi nam szczęście tam, gdzie wciąż jeszcze jest jakiś opór do pokonania, coś nowego do odkrycia.

JUDEOCHRZEŚCIJAŃSKA TRADYCJA CHĘTNIE SPYCHA PRZYJEMNOŚĆ w obszary tego, co grzeszne, i wiąże z ciałem, które – wzorem Platona – utożsamione zostaje z więzieniem duszy. W kulturowym DNA każdego z nas odłożone są potężne warstwy nieufności wobec niej.

Jeżeli jednak przyjmiemy proponowany tu model przyjemności jako niewidzialnej siły naginającej nasze ścieżki, otwarta niechęć, jaką nasi prawodawcy często okazywali przyjemności, okaże się szczególnie niepokojąca i perwersyjna.

W kulturze Zachodu przyjemności przypisuje się często związek z chaosem. Przyjemność (zwłaszcza ta seksualna, choć nie tylko) ma być niebezpieczna, bo rzekomo rozsadza porządek społeczny. Nic bardziej mylnego! Przyjemność odgrywa fundamentalną rolę w porządkowaniu świata. Gmach ludzkiego kosmosu wspiera się na zasadzie przyjemności. Chaos tymczasem rozciąga się poza ludzkim światem, poza światem w ogóle. Jest przestrzenią, w której rzeczy nie mają znaczenia. Istnieje więc nie tylko poza dobrem i złem, lecz przede wszystkim właśnie poza zasadą przyjemności. Jak w „Raju utraconym” Johna Miltona, gdzie pierwotny chaos, poprzedzający stworzenie świata, jest przestrzenią równie obcą i niebezpieczną dla Boga, jak i dla jego głównego adwersarza – Szatana. Czymś bardziej pierwotnym i groźnym od nich obydwu. Przyjemność porządkuje ludzki świat. To ona przezwycięża chaos sprawiając, że nie jest nam wszystko jedno.

Przyjemność leży także, w nieoczywisty sposób, u źródeł prawa. Po pierwsze dlatego, że popełniamy występki dążąc do przyjemności. Po drugie zaś dlatego, że roztopienie się w przyjemności prowadzi do ostatecznego bezruchu. Prawo pełni więc ważną funkcję oporu przeciw zasadzie przyjemności. Dąży do jej uregulowania przez wskazanie dozwolonego i zabronionego, posługując się konceptami umiaru, zasługi, arbitralnych świętych zasad, a wreszcie – całkowitego odrzucenia przyjemności. Prawo ogranicza przyjemność. A jednak bez przyjemności nie byłoby prawa. Nie miałoby ono racji bytu w świecie, w którym nikt niczego nie pragnie, bo każdemu jest wszystko jedno. To przyjemność prowadzi do ustanowienia reguł.

Bez przyjemności zasady nie miałyby sensu. Nie pożądalibyśmy ograniczonych dóbr, nie rywalizowalibyśmy o nie. Nasze ścieżki przecinałyby się jedynie przypadkowo. Gdyby Adam i Ewa nie mieli ochoty zjeść jabłka, nie miałby sensu pierwotny Boski zakaz. Zasada przyjemności nie jest więc zagrożeniem dla prawa, religii czy organizacji społecznej, lecz ich najgłębszym źródłem. Całe bogactwo zjawisk zgłębianych przez antropologów i socjologów daje się sprowadzić do kolektywnie uzgodnionych sposobów zarządzania przyjemnością.

CZY PRZYJEMNOŚĆ MOŻE BYĆ OBOWIĄZKIEM? Jakże ktoś miałby przymuszać mnie do przyjemności? Wywierać presję, bym czynił to, co właśnie z samej definicji chciałbym uczynić? Jednak idea przyjemności jako obowiązku nie polega na tym, że ktoś zmusza mnie do przyjemności, lecz na tym, że odczuwam wciąż nienasyconą potrzebę, by „cieszyć się życiem” jeszcze bardziej, jeszcze mocniej, by w pełni wykorzystać oferowane mi możliwości. Nawet gdy doświadczam przyjemności, nie doświadczam jej w pełni, wciąż bowiem słyszę ów głos pytający mnie, czy to dość, czy nie potrzebuję czasem więcej, czy aby na pewno na więcej nie zasługuję…

Przyjrzyjcie się reklamom napojów energetycznych, środków przeciwkacowych, kart kredytowych i chwilówek. „Nie pozwól, by ominęła cię przyjemność”. „Masz obowiązek wobec siebie”. Jak trudno być w takim świecie szczęśliwym! Ile pracy trzeba w to włożyć!

NIE JESTEM SMAKOSZEM. Omija mnie z tego powodu sporo przyjemności, co zgodnie z przedstawioną wyżej logiką bywa źródłem wyrzutów sumienia.

Niestety, zdaje się, że mam po prostu dość słaby smak i mierne powonienie. A przyjemność jest ściśle związana ze specyficznym typem rozdzielczości – zdolnością do rozróżniania smaków, faktur, dźwięków, materiałów… Trudno delektować się tym, co nierozróżnialne. Dlatego przyjemność czyni nasz świat bogatszym. Oznacza to zarazem, że bogactwo – w różnych tego słowa znaczeniach – wyznacza próg wejścia do królestw różnej przyjemności.

Rozmawiając ze smakoszami z pozycji tego, który próbuje rozumieć, szybko zauważyłem dwa na pozór sprzeczne wektory, którymi kierowali się w swym poszukiwaniu przyjemności. Z jednej strony poszukiwanie doskonałej kombinacji, perfekcyjnej formy, kuchnia przetworzona, molekularna, wysublimowana, a przeciw temu: nieustanne upraszczanie, delektowanie się tym, co najbardziej elementarne, szukanie prawdy kilku najprostszych składników. Przyjemność doskonałości kontra przyjemność prostoty.

Co ciekawe, większość smakoszy, z którymi rozmawiałem, nie miała problemu z docenieniem rozkoszy czekającej na nas na obydwu końcach tego spektrum. To czyni ich jednak wyjątkowymi, bo w dominującym nurcie naszej kultury rzecz wydaje się mieć inaczej. Pochwała prostoty wyraźnie zwycięża dziś nad zachwytem komplikacją. Zapewne wiąże się to w jakiś sposób z kultem natury przeciw technologii i nostalgią za „dawnymi, dobrymi czasami”, kiedy to – jak często słyszymy – „życie było prostsze”.

ROZMOWA Z PRZEDWCZORAJ. O nieoczekiwanym przejściu na edukację domową. „Twój syn cały dzień rozwiązywał zadania w układzie współrzędnych? Co z ciebie za ojciec?! Dałbyś mu porobić coś przyjemnego, a nie znowu katujesz dziecko matematyką!”.

Takie podejście jest kulą u nogi dla szkoły i kulą w łeb dla uniwersytetu. Nauka i przyjemność nie stoją w sprzeczności. Przeciwnie. Prawdziwa nauka – tworzona z wyobraźnią i polotem, poszukująca problemów i znajdująca najbardziej eleganckie rozwiązania – zaczyna się dopiero tam, gdzie poznanie podporządkowane zostaje zasadzie przyjemności.

Nikt nie pisał o tym piękniej niż fizyk Richard Feynman, którego zbiór esejów nie przypadkiem nosi tytuł „Przyjemność poznawania”. W tytułowym tekście czytamy m.in. o tym, dlaczego Nobel nie był dla Feynmana szczególnie ważny. „Ja już odebrałem nagrodę. Nagrodą jest przyjemność poznawania, porażenie odkryciem, świadomość, że ludzie wykorzystują [moją pracę]”.

Feynman tak bardzo kochał myśleć, że z łatwością mogę sobie wyobrazić, iż uprawiając fizykę był niemal jak szczur nieustannie wciskający ową nieszczęsną dźwignię rozkoszy. Na szczęście w naukę wpisany jest doskonały mechanizm samoregulujący. Nagroda wciąż nam ucieka. Zawsze jest do odkrycia coś nowego. Ciągle kusi cię, by podjąć wysiłek sięgnięcia po więcej.

Nie. Nauka nie jest nudnym przeciwieństwem przyjemności. Jest jedną z najczystszych form przyjemności dostępnych naszemu gatunkowi. Moim dzieciom (wszystkim dzieciom w ogóle!) życzyłbym szkoły, dla której to oczywiste. I świata, gdzie nikt nie uznaje wspólnego rozwiązywania zadań za tortury.

Oto same paradoksy! Przyjemne jest to, co proste, i to, co skomplikowane. Przyjemność bierze się z powtórzenia, ale powtarzanie może zabić przyjemność. Przyjemność jest czymś bardzo osobistym, ale zarazem nie ma nic bardziej społecznego niż nasze nawyki i upodobania. Jak świetnie pokazał francuski socjolog Pierre Bourdieu, w swych najbardziej intymnych zachwytach jesteśmy właśnie najbardziej przewidywalni i powtarzalni – ukształtowani przez swoją klasę społeczną, naród, pokolenie czy grupę etniczną.

Przyjemność jest zasadą poruszającą świat. To z jej powodu dzieje się raczej coś niż nic. Ale całkowite roztopienie się w rozkoszy sprowadziłoby na nas ostateczny bezruch; umieściłoby nas w punkcie, z którego nigdzie już nie pragniemy podążać. To za sprawą przyjemności życie rozsiadło się na owej wąskiej grzędzie między chaosem a bezruchem, między nonsensem ciągłej zmienności a bezsensem wiecznego trwania.

ZASADA SZEROKIEGO OPTIMUM. Oto jedna z zasad, do których jestem w życiu bardzo przywiązany. Nie jest to pogląd naukowy. Nie mam na to dobrych danych, nie mam wyniku badań na poparcie mojej tezy (chętnie wejdę w kolaborację badawczą, żeby ją zweryfikować). A jednak.

Jeżeli masz wąskie optimum, trudno ci będzie być szczęśliwym. Łatwiej ma w życiu ten, kto lubi i chłód, i gorąco; potrafi się cieszyć i z tego, że pospał długo, i z tego, że wstał o świcie; delektować się kawą i herbatą, Bachem i Zenkiem, Sørenem Kierkegaardem i Stiegiem Larssonem…

Staraj się poszerzać swoje optimum. Kształtujemy nasze nawyki, a one kształtują nas, jak uczył Arystoteles, ten najstarszy z wielkich coachów. Spaceruj wieloma ścieżkami i miej odwagę iść dalej od innych. Nie daj sobie narzucić przyjemności jako obowiązku, ale zawsze traktuj kwestię przyjemności poważnie. Oszukuj, kiedy tylko możesz – w grach, w których stawką jest wytrwałość, zwyciężaj pasją i zabawą.

Historia życia jest historią przyjemności. Nie ma to nic wspólnego z brakiem cierpienia – chodzi tylko o zidentyfikowanie siły, która kształtuje nasze losy. Przyjemność wydaje się ulotna, ale tylko tyle po nas pozostanie. Widziana z lotu ptaka mapa naszych utartych ścieżek, wytyczonych jej potężną siłą. ©

Marcin Napiórkowski TP maj 2020

 

 

 

 

 

SIOSTRY ŚNIĄ O SIEROCTWIE c.d.

 

Dzień II: „Pot kapie po całym ciele”

Sobota, 11 kwietnia. Godzina 5.30 – pobudka.

Na dole „pogorszyła się” jedna z podopiecznych. Niby „ujemna”, ale z objawami oddechowymi (po kilku dniach test potwierdzi zakażenie). Agnieszka podejmuje decyzję, by wezwać karetkę. – To był kolejny dzień, który zapamiętam na długo. Biegałam z oddziału na oddział. A to ktoś wzywał na piętro, a to potrzebna byłam na parterze.

 

W sobotę Agnieszka idzie po raz pierwszy na drugie piętro – do zakażonych. – Spędziłam tam jakieś pięć godzin – wspomina. – Ale nie miałam bezpośredniego kontaktu z chorymi. Skupiłam wszystkie siły na jednym: by porozkładać leki. Proszę to sobie wyobrazić: ciężko, duszno, nie można się niczego napić. Okulary zaparowują, pot kapie po całym ciele. Zaczął mi nawalać kręgosłup, bolała ręka. Byłam na nogach od 5.30, to było późne popołudnie. Gdy zeszłam, była 23. Przed snem wypiłam półtora litra wody.

 Najpierw po drugiej stronie słuchawki słyszały wsparcie: „Dolecz się”. Później coraz częściej przyciszony głos szefowej: „Nie mamy z kim pracować”.

 

Dzień III i IV:

Kolejne dwa dni Agnieszka znowu spędza głównie na dolnych oddziałach. Ale odwiedza też zakażonych z drugiego piętra – musi zrobić jednemu z pacjentów zastrzyk. W niedzielę boli ją ręka, odzywa się kręgosłup.

Ktoś przyniósł maski, ktoś inny kombinezon, pulsoksymetry.

Powoli przybywa też personelu. W poniedziałek zgłaszają się, bez nakazu pracy, dwie pielęgniarki.

– Kto zajmował się na bieżąco zakażonymi pacjentami z drugiego piętra? – pytam.

– Opiekunowie, też zarażeni. Myślę i o nich, i tych pracujących na dole jak o bohaterach. Młodsi, starsi, Polacy, Ukrainki. Mogli zrezygnować z tej pracy. Zostali.

Kilkadziesiąt tysięcy – tylu ich w Polsce jest. Myją, ubierają, zmieniają pampersy, karmią, piorą. Zmagają się z depresjami, czasem spotyka ich agresja. Zwykle za najniższą krajową.

– Mówi się o pielęgniarkach, lekarzach, o nas cisza – usłyszałem od kilkorga opiekunów w DPS-ach.  Pracujemy z osobami upośledzonymi intelektualnie, niektórzy są chorzy psychicznie. Ci ludzie nie mogą wychodzić, nikt ich teraz nie odwiedzi.… Moje koleżanki już mówią, że epidemia spowoduje długofalowe problemy psychiczne kadry.

 

Dzień V: „Jakby mi ktoś na klatce stanął”

Wtorek, 12 kwietnia.

– Po ciężkim poniedziałku poczułam się lepiej – wspomina Agnieszka. – Był lekarz. Najpierw wizyty, zlecenia, omówienie problemów pacjentów z dolnych oddziałów, potem razem poszliśmy na górę. Po powrocie do dyżurki poczułam się źle. Zrobiło mi się duszno, ciężko było złapać powietrze, jakby mi ktoś na klatce stanął. Powiedziałam o tym lekarzowi, pomógł mi wyjść poza oddział i bezpiecznie się rozebrać z kombinezonu. Gdy trochę doszłam do siebie, powiedziałam, że zejdę odsapnąć, napić się i sprawdzę stan pacjentki, o którą niepokoi się opiekunka.

Agnieszka słabnie, zostaje podłączona pod kroplówkę. Konsultuje się – w formie teleporady – z lekarzem. Ten wystawia zwolnienie. Ok. 19 pielęgniarka opuszcza Bobrowiecką. Jedzie do udostępnionego bezinteresownie przez życzliwą osobę mieszkania.

Sama narzuca sobie kwarantannę.

 


BOBROWIECKA Pod koniec kwietnia sytuacja wyglądała na opanowaną: większość zakażonych wyzdrowiała, na miejscu byli medycy. Ale jak to możliwe, że ponad 40 ciężko schorowanych ludzi zostało wcześniej bez stałej, fachowej opieki?

 

 CAŁY TEKST NIŻEJ

 

SIOSTRY ŚNIĄ O SIEROCTWIE  Tygodnik Powszechny - maj 2020

 

Ciążą mi górnolotne słowa – powie pod koniec rozmowy.

– Jakie?

– Na przykład „bohaterka”. Nie jestem nią, a takie słowa słyszę. Bohaterów widziałam tam. Opiekunowie i opiekunki, zdrowi i zakażeni. Byli przy tych ludziach dzień i noc.

– Ciąży mi też to, jak to wszystko się skończyło – doda.

Przeddzień: „O zwolnieniu nie myślałam”

Czwartek, 9 kwietnia, tuż przed dwudziestą drugą – dzwonek do drzwi.

– To był dzielnicowy. Na dokumencie było napisane, że w ciągu 12 godzin muszę się skontaktować z nowym miejscem pracy.

Agnieszka (imię zmienione), lat 53. Przez lata w szpitalu, przez ostatnich kilkanaście – w prywatnej przychodni. Przez dekady zdążyła do wielu rzeczy przywyknąć. Do sterylnej czystości, do procedur. Strzykawka, środek dezynfekcyjny – w tym samym miejscu. Hydrokortyzon, adrenalina, wapń – w szpitalu sięgała po nie odruchowo.

– Kiedy w przychodni zastała nas epidemia, też był porządek – wspomina. – Pojawiły się fartuchy, środki dezynfekcyjne. Przeszliśmy częściowo na teleporady.

9 kwietnia wieczorem wie już o dramatach placówek. I o nakazach pracy.

– Przeszło pani przez myśl: „wezmę zwolnienie”?

– Nie. Mogłam zadzwonić do kardiologa, że odezwała się arytmia, na którą cierpię. Ale pomyślałam: na wejściu ktoś oceni, czy mogę pracować w takim miejscu.

RYZYKO Bobrowiecka 9: najbardziej znany warszawski adres medialnych doniesień kwietnia. Kilkupiętrowy budynek – Zakład Opieki i Rehabilitacji. Pacjenci głównie starsi, schorowani, leżący. Często z demencją, czasem bez świadomości.

Pod koniec marca zakaża się pierwsza pacjentka. 3 kwietnia: potwierdzenie dodatniego wyniku testu u 17 pacjentów i jednego pracownika. 8 kwietnia, gdy ośrodek opuszcza dyrektorka, pracująca w roli pielęgniarki nieprzerwanie od końca marca, sytuacja jest już bez precedensu. Instytucja – i to lecznicza, choć spełniająca też podobną rolę jak dom pomocy społecznej – nie ma na stałe nikogo z personelu medycznego.

Warszawski ZOiR jest wówczas jedną z kilkudziesięciu zakażonych placówek. Wszyscy się boją scenariusza włoskiego lub hiszpańskiego: masowe problemy kadrowe, śmierci w samotności. Są ku temu podstawy. Gromadzone przez Polskie Forum Osób z Niepełnosprawnościami dane pokazują, że chorzy w placówkach to kilkanaście procent wszystkich zakażeń. A ryzyko zachorowania i śmierci jest tu kilkudziesięciokrotnie wyższe niż w normalnych warunkach.

Dzień I: „Weszłam do pokoju. Zaczęłam płakać”

Piątek, 10 kwietnia, tuż przed dziesiątą.

– Myślałam, że na miejscu lekarz obejrzy moją dokumentację. Przeprowadzi wywiad. W razie czego uspokoi. Tak było w przypadku niektórych koleżanek, tak mówią przepisy.

Ale pani Agnieszki nikt nie bada – lekarza brak.

– Mogła się pani odwrócić i wyjść?

– Tylko na jakiej podstawie? Nakazy mają natychmiastową wykonalność. Można się odwoływać, ale do czasu rozpatrzenia trzeba pracować – mówi pielęgniarka (dziś Urząd Wojewódzki zapewnia, że z nakazami wręczane są formularze, których wypełnienie pozwala na szybszą ścieżkę odwoławczą, ale 9 kwietnia takiego druku nie było).

Na parterze mokotowskiego ZOiR-u pielęgniarka zastaje niecałą dziesiątkę pacjentów – to ci z testami ujemnymi i bez objawów. Na piętrze pierwszym 12 kolejnych: też „ujemnych”, ale już z objawami (temperaturą, kaszlem, problemami oddechowymi). Piętro drugie to 24 zarażonych.

Dla ponad czterdziestki musi wystarczyć kilkoro opiekunów (dla porównania: w DPS-ach musi być pół etatu na mieszkańca). Od piątku ośrodek będzie odwiedzał lekarz. Ale na stałe personelu medycznego nie ma. Przynajmniej do jej przyjścia.

– Jaką ochronę dostała pani na wejściu? – pytam.

– Fartuch flizelinowy i rękawiczki. Maseczkę miałam własną, przyłbicę też… Tak wyposażona zostałam wpuszczona na oddziały.

– Jak sobie pani radziła?

– Na zakażony oddział nie byłam w stanie pierwszego dnia wejść, tyle miałam pracy z pozostałymi pacjentami. Pomogli mi opiekunowie, jestem im ogromnie wdzięczna. A sprawy medyczne: dokumentacja, historie chorób, leki, sprzęt? Nie miał kto mnie w to wdrożyć. Pozostawał kontakt telefoniczny, ale tylko teoretycznie: aparat non stop przy twarzy to najprostsze źródło zakażenia… Po południu przyszedł lekarz, też delegowany przez wojewodę. Zrobiliśmy obchód na dwóch oddziałach, omówiliśmy zlecenia. To był ciężki dzień. Miałam na terenie ośrodka pokój, o który poprosiłam, żeby nie przynieść wirusa do domu. Weszłam, usiadłam na łóżku, zaczęłam płakać. A potem sen: kilkugodzinny, rwany, nerwowy.

SNY Dr Agata Giza-Zwierzchowska, psycholożka i psychoterapeutka: – Jest w nich jeden powtarzający się motyw. Kilku pielęgniarkom, z którymi rozmawiałam, śniła się utrata rodziców.

Od kilku tygodni pracuje interwencyjnie w szczecińskim szpitalu jednoimiennym. Rozmawia z pielęgniarkami, które muszą poddać się izolacji (mają objawy albo miały niebezpieczny kontakt z kimś chorym).

– Widzę podczas tych rozmów lęk. Czasem obezwładniający, atawistyczny – mówi Giza-Zwierzchowska. – Lęk, który wysyca ciało. Niektóre z kobiet już po kilku dniach pracy w sytuacji zagrożenia miały objawy psychosomatyczne: bezsenność, ból głowy, kłopoty gastryczne. Czuły, że mają gorączkę, choć termometr pokazywał 36,6. Rozmawiam głównie z pielęgniarkami, które nie pracują bezpośrednio z chorymi na COVID-19. Do szpitala jednoimiennego przychodzą też inni ludzie: na dializy, na SOR. Tam paradoksalnie stres jest większy, bo na „zakaźnym” znają wroga. Są procedury, mechanizmy obronne. A kobiety, z którymi rozmawiam, nie są na to gotowe.

– A ten sen? To lęk dosłowny, że zarażą własnych rodziców?

– Można go też czytać symbolicznie. Jako utratę opieki, poczucia oparcia. Te pielęgniarki bywają osieroconymi dziećmi systemu, który nie zawsze daje bezpieczeństwo.


Dzień II: „Pot kapie po całym ciele”

Sobota, 11 kwietnia. Godzina 5.30 – pobudka.

Na dole „pogorszyła się” jedna z podopiecznych. Niby „ujemna”, ale z objawami oddechowymi (po kilku dniach test potwierdzi zakażenie). Agnieszka podejmuje decyzję, by wezwać karetkę. – To był kolejny dzień, który zapamiętam na długo. Biegałam z oddziału na oddział. A to ktoś wzywał na piętro, a to potrzebna byłam na parterze.

Tego dnia Agnieszka zaostrza na oddziałach reżim sanitarny. – Co robić, gdy się wchodzi do sali pacjentów, jak postępować przy wyjściu – wylicza. – Jak się dezynfekować, jak się zachowywać wchodząc i wychodząc z sali pacjenta, co robić przy przechodzeniu na inny oddział albo wychodząc po dyżurze do pokoju hotelowego.

– Kierownictwo placówki było na miejscu?

– Byliśmy w kontakcie telefonicznym.

– Wiem o brakach w sprzęcie. Zgłaszała je pani?

– Nie chcę o tym w tej chwili mówić: sprawa zostanie na pewno zbadana. Radziliśmy sobie, jak mogliśmy, w warunkach, w jakich przyszło nam pracować…

W sobotę Agnieszka idzie po raz pierwszy na drugie piętro – do zakażonych. – Spędziłam tam jakieś pięć godzin – wspomina. – Ale nie miałam bezpośredniego kontaktu z chorymi. Skupiłam wszystkie siły na jednym: by porozkładać leki. Proszę to sobie wyobrazić: ciężko, duszno, nie można się niczego napić. Okulary zaparowują, pot kapie po całym ciele. Zaczął mi nawalać kręgosłup, bolała ręka. Byłam na nogach od 5.30, to było późne popołudnie. Gdy zeszłam, była 23. Przed snem wypiłam półtora litra wody.

WINA Z historii zapamiętanych przez Gizę-Zwierzchowską: 60-letnia Zofia i 50-letnia Anna (imiona zmienione). Zofia płacze, że nie może zostać w izolacji, bo w domu czeka chora mama. Anna krzyczy, że nie pozwoli się zamknąć: jej córka zaraz rodzi.

– Inne kobiety biorą na siebie winę za własne zakażenie – opowiada Giza-Zwierzchowska. – Na przykład młoda pielęgniarka z DPS-u. Pracowała po kilkanaście godzin, a teraz płacze, że „zostawiła” koleżanki. Albo pielęgniarka z „COVID-owego”: też rozpacza, że „zawiodła”. Te kobiety nie powinny tego na siebie brać, nie one.

Dorota Uliasz, psycholożka zaangażowana w pomocową infolinię Naczelnej Izby Pielęgniarek i Położnych, zapamiętała rozmowę z kobietą, której niedawno zmarł mąż: – Pojawił się u niej lęk: „Co będzie, jak zachoruję?”. Dziecko pyta: „Mamo, czy ty na pewno wrócisz z pracy?”. Pyta, bo tata kiedyś nie wrócił.

Epidemia, mówią psycholodzy, stworzyła pole wewnętrznych konfliktów na nieznaną dotąd skalę. Te historie będą się przenosić na pracę zespołów: – Relacje w wielu miejscach już się posypały. „Ty nie masz styku z zakażonymi” – słyszą niektóre pielęgniarki. Albo: „Siedzisz w domu, a my pracujemy”. Czują się winne. Najpierw po drugiej stronie słuchawki słyszały wsparcie: „Dolecz się”. Później coraz częściej przyciszony głos szefowej: „Nie mamy z kim pracować”.

– Co pani mówi? – pytam Dorotę Uliasz.

– Że mają prawo do emocji. I nikt nie ma prawa oceniać: „Twój lęk jest mniejszy, mniej ważny”. To często zadaniowcy, ludzie rzadko myślący o sobie. Teraz będą się musieli zaprzyjaźnić ze swoimi emocjami.

Dzień III i IV: „Mąż zrobił wiele dobrego”

Sobota i niedziela, 11-12 kwietnia.

– Pracownicy wychodzili z Bobrowieckiej na noc? – pytam.

– Jedni zostawali, inni wychodzili…

Kolejne dwa dni Agnieszka znowu spędza głównie na dolnych oddziałach. Ale odwiedza też zakażonych z drugiego piętra – musi zrobić jednemu z pacjentów zastrzyk. W niedzielę boli ją ręka, odzywa się kręgosłup.

W tych dniach dowiaduje się, że jej mąż zaalarmował media. Odpowiedzialność za wysłanie i porzucenie jego żony – mówił – spoczywa na wojewodzie mazowieckim. Zdrowie żony się załamuje, i jeśli nie będzie wsparcia, może się stać coś złego.

– Gdybym wiedziała o planach męża, chyba bym się na to nie zgodziła – mówi Agnieszka. – Choć wiem, że tym alarmem zrobił dużo dobrego. Nastąpiła mobilizacja ludzi: ktoś przyniósł maski, ktoś inny kombinezon, pulsoksymetry.

Powoli przybywa też personelu. W poniedziałek zgłaszają się, bez nakazu pracy, dwie pielęgniarki. – Jedna przyszła też we wtorek i w kolejne dni przez ponad tydzień. Pracowała do godz. 15, ale to było duże wsparcie, także psychiczne.

– Kto zajmował się na bieżąco zakażonymi pacjentami z drugiego piętra? – pytam.

– Opiekunowie, też zarażeni. Myślę i o nich, i tych pracujących na dole jak o bohaterach. Młodsi, starsi, Polacy, Ukrainki. Mogli zrezygnować z tej pracy. Zostali.

SAMI Kilkadziesiąt tysięcy – tylu ich w Polsce jest. Myją, ubierają, zmieniają pampersy, karmią, piorą. Zmagają się z depresjami, czasem spotyka ich agresja. Zwykle za najniższą krajową.

– Mówi się o pielęgniarkach, lekarzach, o nas cisza – usłyszałem od kilkorga opiekunów w DPS-ach. Jeden z nich (pracuje w placówce w Wielkopolsce, na razie „czystej”) opowiadał mi o lekturze artykułu z internetu.

– Przechodziły mnie ciarki. Do środka wchodzi wojsko, a tu pusto. Nie było nikogo z personelu! A mieszkańcy? Część w łóżkach, już nie żyli. To było o jednym z domów w Hiszpanii, ale pomyślałem: „A co by było, gdyby coś takiego stało się u nas?”. Zapytałem nawet koleżanek i kolegów: „Kto się odważy zostać w razie czego?”.

– Co pan usłyszał?

– Że jedni zostaną, a inni nie. Jedna koleżanka ma dziecko z nowotworem, inna z chorobą neurologiczną…

– A pan?

– Rozmawiałem z żoną. Ustaliliśmy, że zostanę. Ale powiem panu szczerze: to mówienie o czymś abstrakcyjnym. Pracujemy z osobami upośledzonymi intelektualnie, niektórzy są chorzy psychicznie. Ci ludzie nie mogą wychodzić, nikt ich teraz nie odwiedzi. I te medialne doniesienia… Moje koleżanki już mówią, że epidemia spowoduje długofalowe problemy psychiczne kadry.

Dzień V: „Jakby mi ktoś na klatce stanął”

Wtorek, 12 kwietnia.

– Po ciężkim poniedziałku poczułam się lepiej – wspomina Agnieszka. – Był lekarz. Najpierw wizyty, zlecenia, omówienie problemów pacjentów z dolnych oddziałów, potem razem poszliśmy na górę. Po powrocie do dyżurki poczułam się źle. Zrobiło mi się duszno, ciężko było złapać powietrze, jakby mi ktoś na klatce stanął. Powiedziałam o tym lekarzowi, pomógł mi wyjść poza oddział i bezpiecznie się rozebrać z kombinezonu. Gdy trochę doszłam do siebie, powiedziałam, że zejdę odsapnąć, napić się i sprawdzę stan pacjentki, o którą niepokoi się opiekunka.

Agnieszka słabnie, zostaje podłączona pod kroplówkę. Konsultuje się – w formie teleporady – z lekarzem. Ten wystawia zwolnienie. Ok. 19 pielęgniarka opuszcza Bobrowiecką. Jedzie do udostępnionego bezinteresownie przez życzliwą osobę mieszkania.

Sama narzuca sobie kwarantannę. W środę rano zgłasza ją sanepidowi, po ponad tygodniu zostanie jej pobrany wymaz. – W tym czasie dzwoniła do mnie pani z fundacji, by zapytać, jak się czuję – mówi Agnieszka. – Instytucje się mną nie zajmowały: nikt nie kontrolował, czy jestem w izolacji. Na początku kwarantanny przyszła od wojewody decyzja w sprawie odwołania, które podczas mojego pobytu na Bobrowieckiej napisał mąż. Zostało rozpatrzone pozytywnie.

– Dostała pani po wszystkim propozycję wsparcia psychologicznego z urzędu wojewody?

– Nie.


BOBROWIECKA Pod koniec kwietnia sytuacja wyglądała na opanowaną: większość zakażonych wyzdrowiała, na miejscu byli medycy. Ale jak to możliwe, że ponad 40 ciężko schorowanych ludzi zostało wcześniej bez stałej, fachowej opieki?

Warszawski ZOiR nie należy do systemu pomocy społecznej, a więc nie podlega miastu. Będąca częścią systemu ochrony zdrowia instytucja prowadzona jest przez Fundację Nowe Horyzonty i podlega nadzorowi wojewody. Fundacja i urząd przedstawiają dwie – częściowo różne – wersje zdarzeń. Wojewoda zawiadomił organa ścigania (badają możliwość narażenia mieszkańców na niebezpieczeństwo utraty życia lub zdrowia). Urzędnicy mówią, że jeszcze przed epidemią kontrolowali placówkę, i już wtedy brakowało kadry – jej uzupełnienie było częścią zaleceń pokontrolnych. W kwietniu zaś zobowiązali Fundację do zapewnienia opieki, a gdy to okazało się niemożliwe, urząd zaczął rozsyłać nakazy pracy, kierując też do placówki środki ochrony. Zarządzający Fundacją twierdzą, że o sytuacji alarmowali od 30 marca – przez tydzień bez odzewu, sami zaś nie byli w stanie uzupełnić topniejącej kadry.

Dlaczego stopniała? – Opowiadano i pisano: personel „opuścił”, „porzucił” pacjentów – mówi Agnieszka. – Łatwo wydawać sądy. Każdy ma prawo się bać. My, pielęgniarki, zwykle boimy się nie o siebie, ale o bliskich. Wiem, że jedna z pracownic się zaraziła. Historii pozostałych nie znam, ale wiem też, że pielęgniarki rzadko są zatrudniane w placówkach na etat. Większość jest dochodząca. Każda pielęgniarka jest świadoma tego, w jaki sposób przenosi się wirus SARS-CoV-2, jakie ma środki ochrony osobistej oraz gdzie pracuje. Ta świadomość sprawia, że często nie chce i nie może narażać innych. Proszę mi wierzyć: to nie są łatwe wybory.

Telefony Nowych Horyzontów w ostatnich dniach milczą.

KWARANTANNA Z Agnieszką rozmawiam w drugim tygodniu po jej wyjściu z Bobrowieckiej. Nie możemy się połączyć przez Skype’a – na kwarantannie nie ma nawet laptopa, który by to umożliwił.

Mówi o poczuciu winy: – Dwa dni po wyjściu przepłakałam.

– Pięć dób w zagrożonym miejscu: bez wsparcia i ochrony. Z czego to poczucie wynika?

– Przez lata przywykłam, że gdy jest zadanie, trzeba je wykonać, choćby nie wiem co. Ten zawód to też powołanie. Sama go wybrałam.

– Myślała pani o psychologu?

– Cały czas zajmuję czymś głowę, inaczej bym się zadręczała. Koleżanka powiedziała mi, że są dostępne bezpłatne porady. Na razie z nich nie skorzystałam.

PS. 27 kwietnia pani Agnieszka otrzymała negatywny wynik testu i wróciła do domu. ©℗

 

 

 

 

 

 

 

Piosenka

Wszystko w końcu przemija/ wszystko odchodzi w dal/ a po każdym grudniu/ nadchodzi znów maj.

 

3 MAJA

 DLACZEGO DZIŚ ŚWIĘTUJEMY?

 

 

 

 

 


                    24 KWIETNIA     /

          KWIECIEŃ           /  

            KONTAKT    

              Darmowy licznik odwiedzin


 

KRAKÓW STOLICĄ POLNYCH KWIATÓW

                chaber                              groszek                                 jaskier                          goździk                       len

   

                 mak                                nachyłek                         nagietek                           niecierpek                   wiesiołek

 

         wyka                          czarnuszka                       dziurawiec                 rumianek                              szałwia

  

    koniczyna                     rzepik                                ogórecznik                          facelia            gryka jak śnieg biała

 

W parkach i wzdłuż szos trwa wysiew 600 kg nasion tych 20 kwiatów.

Facelia i gryka specjalnie dla pszczół.

 

 

 

 

 

Z BALKONU: JESZCZE NIGDY NIE WIDZIAŁEM SKAŁEK TAK WYRAŹNIE

3 km na rowerze

Ze szczytu tej skarpy zrobiłem zdjęcie będące u samej góry tłem tytułu ZADOMOWIENIE.

Na prawym brzegu widać na nim mój dom z oknem pośrodku. Tam jest też balkon, z którego sfotografowałem te Skałki.

 

 

 

 

 

JAK PRZETŁUMACZYĆ ŚPIEW ZIĘBY?

 

W mieście, na wiosnę, oprócz stałych bywalców, gołębia, kruka, wrony czy sroki, można jeszcze zobaczyć któregoś z tych pięciu ptaków:

KOS, DROZD, ZIĘBA, PIERWIOSNEK, KAPTURKA.

Sam widziałem tylko kosa na trawniku obok naszego kościoła i nad Wilgą a drozda kilka razy słyszałem w Skałkach. Pierwiosnka - ptak a nie kwiatek - i kapturki rodzaju żeńskiego, nie znałem nawet z nazwy.

 

Rozejrzę się za ziębą.

Najpierw warto poznać jej śpiew.

Wychwalany przez ornitologów Przewodnik Collinsa tak go opisuje:

"zit-zit-zit-zit-set-set-set-czat-cziteriidia.

Cztery "zity", trzy "sety", jeden "czat" i "cziteriidia".

Tu można : porównać ten przekład na język ludzi z ptasim oryginałem.


Ja usłyszałem jak powtarza cztery frazy po sobie, ale ich zakończenie zapisałbym raczej jako pipipi-tju a nie cziteriidia.

A na końcu jeszcze kilka dodatkowych zitów.

Ponieważ opisano lokalne dialekty śpiewu zięby, więc ta różnica, to może stąd, że piosenki pochodziły z dwóch regionów. Przełożono też jej śpiew na zrozumiały język i brzmi on ponoć tak: czekaj, czekaj, coś zrobiła, a widzisz.

 

Pozostałe cztery ptaki tak śpiewają:

 

WIĘCEJ: w Szwecji wychowałem cztery małe kosięta      

 

 

 

 

 

Z BALKONU - 4 km na rowerze

 

 

 

 

 

 

 

W SŁOŃCU

Jacek Dehnel (pisarz i malarz), Weeping in Full Sun (Płaczący w pełnym słońcu).

 

WIĘCEJ: Gałązki jabłoni w wazonie   

Rozdzielenie wód

 

"Mój święty Antoni, na którego palec wsunąłem swojego czasu sygnet, jest biedniutki i prymitywny. Stoi w małym, zniszczonym kościółku pomiędzy szarymi kamienicami, wśród nieuporządkowanych po zniszczeniach wojennych ulic śródmieścia Neapolu, w kościele biedaków. Prawie nikt tu nie przychodzi, w niedzielę na mszy widać pięć, sześć osób.

Przez trzy lata w tym kościółku czasami coś znajdowałem i otrzymywałem".

 

Sandor Marai, Dziennik tom II rok 1952 s.192   

 

 

 

 

 

 

WIDAĆ CO BYŁO NIEWIDOCZNE

 

Nauczyłem się imion wszystkich DRZEW, które widzę za oknem aż do samego lasu na SKAŁKACH, ale codziennie rano i wieczorem podziwiam tylko mój dąb. Dotychczas zawsze był "naszym dębem", myślę jednak, że tym razem może być tylko mój. Za każdym razem widzę go jakby pierwszy raz w życiu.

Jego gałęzie bez składu i ładu wypełniają każdą najmniejszą wolną przestrzeń. Wiją się, tańczą i rozpychają jak żywe istoty. Mógłby go namalować Jackson Pollock i Jan Matejko też, zamiast Bitwy pod Grunwaldem.

 

Teraz codziennie będzie zmieniał kolory. Zaczął od oliwkowego a zakończy ciemną zielenią. Zasłoni ulice, samochody i ludzi. Siedząc bez przerwy w domu, dopiero tego roku, pierwszy raz po jedenastu latach zauważyłem, że przesłaniał mi też inne drzewa.

 

 

Na przykład dwa wyrastające ponad czteropiętrowe bloki, świerki.

Jeden daleko po lewej stronie a drugi po prawej bliżej, przyprószony bielą kwiatów i brzozy.

 

Na pewno też zauważę kiedy jerzyki wrócą z Afryki, bo codziennie widzę, że ich jeszcze nie ma. W poprzednie lata nagle któregoś dnia w maju zjawiały się i czarnymi nożyczkami cięły niebo na kawałki.

Muszą już być pewnie gdzieś w Europie. Kiedyś, gdy kamery będą lekkie jak piórko, może obejrzę jego podróż. Selma Lagerlof w "Cudownej podróży" zamieniła krnąbrnego chłopca w krasnoludka i siedząc na grzbiecie lecącego do Laponii gąsiora, mógł poznawać Szwecję.

 

Gotycki kościół Bożego Ciała na Kazimierzu przygotowuje się na ich przylot odsłaniając otwory, by mogły się w nich zagnieździć. Wabić ma je stary telefon komórkowy, w którym rano i wieczorem odzywa się budzik. Sygnałem jest nagrany gwizd jerzyka jak diamentem po szkle, na granicy ultradźwięków.

 

 

Teraz widać to, co było niewidoczne.

 

 

 

 

 

WIDZIAŁEM "DANUTĘ W."

 

Książki nie czytałem, bo wydawało mi się, że znam już wszystkie fakty.

I rzeczywiście znałem, ale to nie to samo, co usłyszeć o nich w jeden wieczór z komentarzem pani Danuty.

 

Gdy w roku 80. Wałęsa odprawił wspaniały show w Malmo, pamiętam tylko, jak zażartował, że musi się o coś żony zapytać, czy mu pozwoli?

Potem ludzie zaczęli wychodzić i przy drzwiach zrobił się straszny tłok. Stałem tam i widzę jak tłum napiera na filigranową żonę Wałęsy. Rozłożyłem ręce, by ją chronić i mówię:

- Pani Danuto, proszę się nie bać.

 

Jej życie jest niesamowite.

Takie opowieści słyszy się tylko w bajkach.

Dziewczyna z biednej wsi wpada w oko cyklonu i walczy aż do utraty przytomności.

Gdy ją w szpitalu odratowano mówi, że wtedy się "obudziła dla siebie". Wcześniej nigdy nie myślała o sobie, żyła tylko dla męża, swojej jedynej wielkiej miłości. Rodziła mu dzieci, najpierw czterech chłopców pod rząd, a potem cztery dziewczynki. Czasem czuła się jak przedmiot, który przerzucają z miejsca na miejsce.

Jednym z najczęstszych zwrotów, obok ciągle powtarzanego: "mój mąż" - nigdy inaczej - był: "on mi nigdy nic nie mówił". (Dobrze to, czy źle?).

 

Z wielu najważniejszych zdarzeń nic nie pamięta, nie docierały do niej, wykraczały poza jej wyobraźnię (i naszą też). Na przykład nierzeczywisty obraz gdy "jej mąż" stojąc nad bramą Stoczni przemawia do tłumów.

 

Jedno wydarzenie, za które podziękowała "swojemu mężowi", że ją tam wysłał, opisała szczegółowo. To odbiór Nagrody Nobla. Bardzo ładnie odczytała mowę ani razu nie odrywając wzroku od kartki.

W tej świątyni zastygłych rytuałów i pompy, był to świeży wiatr z innego świata.

 

 

I jeszcze sto innych zdarzeń.

 

Ja też tam byłem, miód i wino piłem...

 

 

 

 

 

W serdecznościami wielkimi

 

Krystyna Piotrowska  

 

 

 

 

 

KOSMICZNE LATARNIE

 

W 1971 roku zauważono gwiazdę, która z odległości 5 miliardów lat świetlnych pulsowała w naszym kierunku jak morska latarnia, dlatego nazwano ją blazarem.

Dziś wiemy, że nie jest to światło gwiazdy tylko strumienie plazmy. Wyrzuca je 800 milionów razy bardziej masywna niż Słońce, czarna dziura. Jest to ta część materii, która zasysana przez grawitację z krążących wokół galaktyk, nie mieści się w niej i z ogromną energią zostaje odbita w kosmos.

Teleskop Fermiego zarejestrował już kilka tysięcy blazarów, widocznych niekiedy aż z jednego krańca Wszechświata na drugi.

 

                                    rysunek                                                               fotografia

 

Blazar 3C 279 można obserwować na zdjęciach, które wykonał Teleskop Horyzontu Zdarzeń.

(wideo: https://www.youtube.com/watch?v=7_RQ6ciaD9g&feature=emb_logo),

Składa się na niego osiem radioteleskopów, które w różnych miejscach kuli ziemskiej, zsynchronizowane, rejestrują te same zdarzenia. To tak, jakby czasza teleskopu miała rozmiar Ziemi. Dane, których jest zbyt dużo na obserwację online, zapisane na setkach twardych dysków, przetwarzane są w obserwatoriach MIT - USA i Maxa Plancka w Niemczech.

 

 

 

 

 

ODPORNOŚĆ ZAMIAST OCHRONY

 

Podczas gdy wszystkie kraje starają się chronić swoich obywateli przed zarażeniem nowym wirusem,

Szwedzi przyjęli odmienną strategię wyjścia z epidemii.

Ponieważ nie wiadomo, kto roznosi tę chorobę i nie da się odizolować chorych od zdrowych, więc lepiej, by wszyscy się na nią uodpornili.

 

 

Dzieci chodzą do szkoły, na ulicach pełno ludzi (wyżej, Sztokholm 25 marca), na stokach narciarskich trwa sezon. Jedynie nie wolno organizować spotkań dla więcej niż 50 osób.

 

Nawet jeśli większość się zarazi, organizm sam ma pokonać chorobę i zyskać odporność, której teraz nam brak. Tym, którzy walkę z wirusem będą przechodzić bardzo ciężko, trzeba pomóc specjalistyczną opieką w szpitalach. W ogromnej hali targów w Sztokholmie, armia przygotowała szpital polowy na kilkaset łóżek intensywnej terapii. Na razie nie był potrzebny.

 

Jeśli to takie logiczne i proste, dlaczego inne państwa nie stosują tej metody?

Jest jeden niezbędny warunek techniczny a drugi taktyczny.

Trzeba mieć odpowiednio przygotowaną służbę zdrowia, która będzie w stanie przyjąć wszystkich ciężko chorych i po drugie tych, którzy będą potrzebować respiratora, nie może być zbyt wielu w tym samym czasie. Czyli liczba zarażeń powinna się rozkładać równomiernie. Ponieważ Szwedzi, jak mało który naród, żyją na dystans, więc te założenia mogą się spełnić.

 

Przy okazji ujawnił się jeszcze jeden charakterystyczny rys tego kraju. W wywiadzie dla gazety premier Lovgren powiedział, że trzeba się liczyć z "tysiącami ofiar śmiertelnych". Pytany o tę wypowiedź główny epidemiolog Tegnell odparł, że "nie zgadza się z taką oceną" i to on odpowiada za całą strategię. W Szwecji urzędy państwowe są niezależne od rządu.

 

60 procent Szwedów popiera te działania.

 

 

 

 

 

O MILCZENIU

 

 

"Ortega pisze o tym milczeniu, na którym - oprócz mowy i działania - upływa nam życie: o tym, w jaki sposób milczymy wobec świata o sobie samych. Na życie składa się nie tylko to, co czynimy i o czym mówimy, lecz także to, co przemilczamy. Milczenie jest także uczynkiem, podobnie jak mowa czy działanie. Ale nie wystarczy milczeć. Trzeba jeszcze wiedzieć, o czym milczymy.

A wtedy można nawet mówić".

Wg: Sandor Marai, Dziennik tom I. s.370     

 

"Każda mowa była dla nich zwyrodniałą formą milczenia; o ile bardziej czcza jest poezja będąca zwyrodniałą formą mowy! …Wobec literatury wykazywali tę samą prymitywną inteligencję, jaką niekiedy widać w oczach psa... Gdy pracowali, milczenie ich trzech stanowiło jedyne ziarno sensu w świecie przechwałek, wymówek i retoryki". 

                                                               WIĘCEJ: Thorton Wilder, Most San Luis Rey - fragmenty

W powieści tej biedny franciszkanin szuka odpowiedzi na pytanie dlaczego właśnie tych pięciu ludzi przechodziło przez most nad rzeką w Limie i gdy ten pękł na pół, oni jak "pięć trzepoczących się mrówek" spadli w przepaść?   

CAŁA POWIEŚĆ: Most San Luis Rey - Pobierz pdf z Docer.pl      

 

"Każdemu daj śmierć jego własną, Panie.

Daj umieranie, co wynika z życia,

gdzie miał swą miłość, cel i biedowanie..." - R.M. Rilke

 

 

 

 

 


                   31 MARCA        /

          LUTY              /  

            KONTAKT    

              Darmowy licznik odwiedzin


 

PAŃSTWO ADMINISTRACYJNE

 

Bez przerwy słyszymy o uchwalanych w dzień i w nocy nowych regulacjach prawnych. Obecnie najczęściej dotyczą one obrony przed pandemią. Nie wiem jak obszerne są wszystkie ustalenia o ochronie naszego zdrowia.

W Dzienniku Ustaw Stanów Zjednoczonych jest to ponad 10 tysięcy stron .

Licząc, że na każdej stronie jest około tysiąca słów, w sumie wychodzi, że

 

na program opieki zdrowotnej w USA użyto 11 milionów słów.

Zapis Konstytucji Stanów Zjednoczonych to 4543 słów

a Deklarację Niepodległości zapisano przy pomocy 1458 wyrazów.

 

Podobnie jest tam w innych dziedzinach. Na legislację umowy Partnerstwa Transpacyficznego potrzebowali 5554 stron i dwa miliony wyrazów, co po wydrukowaniu daje stos o wysokości jednego metra.

 

drzewo wielopniowe (wielopienne)   

Tak działa państwo administracyjne (biurokratyczne).

 

Nikt oprócz paru wtajemniczonych prawników, nie jest w stanie rozeznać się w tych labiryntach?

Ten, kto ma pieniądze, może ich sobie wynająć i w tym gąszczu znajdą odpowiednie kruczki na korzyść swojego klienta.

 

A najgorsze, że skoro dziś odwaga, dzielność, prawdomówność... mniej się liczą, nie ma nikogo, kto by wiedział, czym zastąpić ten prawny słowotok.

 

WIĘCEJ: Niall Ferguson, Rynek i Ratusz        

 

 

 

 

 

PLANOWANIE TO SNUCIE DOMYSŁÓW I HIPOTETYCZNE PRZYPADKI

 

Przez ponad 20 lat prawie codziennie planowałem kilka lekcji na dzień następny. Ponieważ nie miałem żadnego programu do realizacji, jedynym ograniczeniem były moja wiedza i wyobraźnia. Poznałem nowoczesne metody, pisałem o wpływie teorii językowych na sposoby nauczania, eksperymentowałem z internetem (PEDAGOGIKA). Najbardziej jednak fascynowało mnie wychodzenie poza wszelkie hierarchiczne i przestarzałe ramy.

 

Wiadomo, że najczęściej uczymy tak, jak nas uczono a jeśli zmiany wprowadza odgórnie państwowe ministerstwo edukacji, to stworzy taki system, jaki panuje w jego kręgu. Rewolucje pedagogiczne zapoczątkowali pojedynczy geniusze jak Freinet czy Montessori.

 

Dlatego zaskoczyło mnie dość niepoprawne określenie planowania przez Henry Kissingera, który kierował ogromną biurokratyczną machiną ministerstwa spraw zagranicznych USA. Jest ono oderwane od rzeczywistości a tymczasem jego autor dobitnie wpłynął na realny kształt dziejów.

 

"Planowanie, to snucie domysłów o przyszłości i opracowanie hipotetycznych przypadków. Oni zaś są tak zajęci przypadkami rzeczywistymi, że nie w głowach im teoretyczne".

 

Snucie domysłów, hipotetyczne a nie rzeczywiste przypadki, przecież to "bujanie w obłokach". Może i tak być, ale to jedyny sposób, by nie dreptać wstecz po tych samych pruskich ścieżkach. Zob. niżej.

 

Rok 1957. Elisabeth Eckford jako pierwsza próbowała przełamać rasistowską barierę idąc do High School w Little Rock. Wejście do szkoły zablokowała jej Gwardia Narodowa.

 

WIĘCEJ: lekcja przewidywania. Jak działają superprogności?

 

 

 

 

 

NASZ SYSTEM SZKOLNY CIĄGLE JESZCZE NAŚLADUJE PRUSKIE METODY

 

W XIX wieku Niemcy odnosili duże sukcesy w nauce i w przemyśle. Nic więc dziwnego, że inne kraje zaczęły przyjmować ich sposoby kształcenia młodzieży. Te z kolei były wzorowane na pruskiej armii a więc w istocie było to przysposobienie wojskowe.

 

W gimnazjach chłopców sadzano według wyników w nauce. Na przedzie ci najlepsi, a na końcu słabi.

Podobnie zresztą było jeszcze w moim liceum gdzie, choć nikt nam nie wskazywał które miejsca mamy zająć, w pierwszych ławkach zawsze siedzieli prymusi.

 

W sławnych niemieckich uniwersytetach w Getyndze, Heidelbergu czy Jenie profesorowie tyranizowali studentów jak wojskowi służbiści. Wybitny socjolog Max Weber nie mogąc znieść koszarowego systemu, załamał się nerwowo.

 

 

Bezwzględnie wpajana hierarchia, dyscyplina i posłuszeństwo kształtowały doskonały materiał na żołnierzy. Co jakiś czas musieli oni gdzieś wyładować tę swoją długo tłumioną agresję

i z entuzjazmem szli na rzeź.

 

W I. wojnie światowej wzięło udział 70 milionów ludzi.

We Francji i w Niemczech mundur przywdziała jedna piąta wszystkich obywateli i aż 80 procent dorosłych mężczyzn.

 

Na frontach II. wojny światowej walczyło 110 milionów mężczyzn.

Od 16% ze Związku Sowieckiego, 18% z USA, do 25% z Wielkiej Brytanii. Zginęło 30 milionów. Całe jedno pokolenie młodych ludzi poprowadzono na śmierć.

Jeszcze większe były straty wśród ludności cywilnej.

 

WIĘCEJ: Niall Ferguson, Rynek i Ratusz    

 

WIĘCEJ: Zawsze nas bili.     

 

 

 

 

 

BEZ DOMU ŁATWIEJ

 

Według L. po wojnie pozostały w Europie dwa typy ludzi: ci, którzy zachowali domy, i ci, którzy je stracili. Ja należę do drugiej grupy. Jesteśmy wielką rodziną. Bo dom to co innego niż mieszkanie.

A jednak nie opłakuję go. Może wyjadę z kraju, a może zostanę tu i umrę.

Obie te rzeczy łatwiej będzie zrobić bez domu.

 

Sandor Marai, Dziennik tom I. s.283. Pierwszy rok po wojnie.    

 


Trzeba mi grodzić sad, 
  Trzeba mi zboże młócić! 
    Przyszedłem na ten świat 
  I nie chcę go porzucić!   

                                                                          Leśmian W słońcu

 

 

 

 

 

SŁOŃCE NA DACHU

 

   

 

Moje okna wychodzą na zachód, dlatego często oglądam zachody słońca.

Ale czasem zdarza się, że słońce pojawi się także wcześnie rano, albo przed południem.

Nigdy jednak nie widziałem tak pięknego jak dziś - foto 1- niestety, to nie to.

Promienie były tak wyraźne jak w złotej monstrancji i mogłem patrzeć wprost bez mrużenia oczu.

Pojawiało się na moment i natychmiast znikało. WIDEO: słonko na dachu   

 

Kiedyś wracając z kościoła wieczorem, zobaczyłem słońce na ławce w parku i było to tak dziwne, że nie mogłem uwierzyć własnym oczom.

 

PS.

W powieści Thorntona Wildera "Most San Luis Rey", którą Sandor Marai zabrałby ze sobą jako jedną z pięciu na bezludną wyspę, przeczytałem hiszpańską pochwałę pięknej kobiety: "Do protegowanych doni Clary należał kartograf De Biasiis (swe Mapy Nowego Świata dedukował on marquesie de Monemayor; jakąż uciechę sprawiało jej rodakom w Limie czytanie, że jest ona "podziwem swego miasta i słońcem wschodzącym na zachodzie").

A w tej powieści biedny franciszkanin szuka odpowiedzi na pytanie dlaczego właśnie tych pięciu ludzi przechodziło przez most nad rzeką w Limie i gdy ten pękł na pół, oni jak "pięć trzepoczących się mrówek" spadli w przepaść. "Albo żyjemy z przypadku i umieramy z przypadku, albo żyjemy według planu i umieramy według planu".

 

 

 

 

 

JESZCZE DINOZAUR CZY JUŻ PTAK?

 

W Birmie znaleziono głowę dinozaura zatopioną w bursztynie sprzed 99 milionów lat.

Był mniejszy od najmniejszego dziś kolibra hawańskiego, który ma 6 cm długości.

I był drapieżnikiem, w jego dziobie naliczono 30 ostrych jak igły ząbków.

W miejscu oczodołów przylegają zewnętrzne kościane płytki z małymi otworami, przez które wpadało niewiele światła, więc zapewne musiał polować tylko w dzień. Oczy umieszczone po obu stronach głowy, nie pozwalały mu też na widzenie stereo.

 

Nazwano go Oculu-dent-avis.

Jest to zbitka trzech słów: oka, zęba i ptaka.

 

Część paleontologów uważa go za dinozaura, podczas gdy inni mówią, że to już ptak.

 

Mamy tu znany językoznawcom problem granicy pojęć jak w przykładzie: czy szklany pojemnik już jest wazą, czy jeszcze szklanką,

lub kubkiem?

 

WIĘCEJ:  "Nature"    

 

 

 

 

 

 

ETNOGRAFIA W RODZINIE

 

W książce "How to Do Things whith Words?" ("Jak działać słowami?") J. L. Austin podaje przykłady jak bardzo słowa wpływają na rzeczywistość. Gdy umawiamy się na spotkanie, albo składamy przysięgę ślubną, stwarzamy wszystko to, co wydarzy się w przyszłości.

 

Tym samym tropem podąża Charles Taylor. Powieści Dostojewskiego otworzyły przed nim nieznany świat i zachowania ludzi wcześniej niedostępne.

Nasze działania zaczynają się od intuicji, którą musimy sformułować i rozwinąć, dopiero na końcu w pełni zobaczymy, czy o to nam chodziło.

 

Islandia - domy torfowe    

 

Podobnie jest z poznawaniem drugiego człowieka, które nazywa etnograficznym. I nie chodzi mu o obce plemiona mówiące językiem PIRAHA. Nawet najbliższych sobie ludzi nigdy nie zrozumiemy do końca i każda głębsza rozmowa zaczyna się od "czegoś o tobie nie rozumiem".

 

WIĘCEJ: DWOJE MŁODYCH FILOZOFÓW ROZMAWIA Z TAYLOREM       

 

 

 

 

 

8 MARCA

 

 

 

TU BĘDZIE PARK

 

Rozbierają blaszane garaże, bo w tym miejscu będzie park kieszonkowy, na który głosowaliśmy w ramach obywatelskiego budżetu. Nasz dąb, pomnik przyrody nie będzie już rósł na śmietniku.

 

WIĘCEJ: DRZEWA        

 

 

 

 

 

    WĘDROWNY ZAKŁAD FOTOGRAFICZNY

 

Młoda warszawianka podczas wakacji przez pięć lat jeździła starym transporterem po wsiach wzdłuż naszych wschodnich granic i na Dolnym Śląsku.

Rozmawiała z ludźmi a w zamian za opowieść proponowała zrobienie zdjęcia portretu.

Myła się w wodzie ze studni, jadła to, co jej dali, dostawała też przetwory, domowe alkohole, suszone zioła, przepisy kulinarne i rady na życie.

Wróciła z historiami o uzdrowicielce, o wojnie i o przesiedleniach.

Przekonała się, że jest odważna i wytrwała, że można żyć bez planu, wystarczy otwartość na ludzi.

 

O jednej ze swoich rozmówczyń napisała: żałowała nas bardzo, a ja jej, bo czułam, że niedługo umrze i że o tym wie.

 

WIĘCEJ: książka i zdjęcia Agnieszka Pajączkowska, Wędrowny zakład fotograficzny.pl        

 

 

 

 

 


                      20 LUTEGO       /        STYCZEŃ          /       KONTAKT         Darmowy licznik odwiedzin


 

SKĄD NA ZIEMI WODA?

 

Człowiek z natury jest ignorantem. Najczęściej ignorantem do kwadratu, bo nawet nie wie o tym, że nim jest.

 

Od zawsze fascynowała mnie woda. Wydawało mi się, że wiem o niej wszystko. Wielokrotnie pisałem tutaj, zamieszczałem piękne fotografie i GIFy. Każdego dnia - i dziś też - patrząc jak leci z kranu, podziwiam, że mam źródło w domu. W jednym z opowiadań starałem się opisać jej cudowność poprzez doświadczenie niewidomego, który poznaje ją tylko dotykiem.

 

 

I po tylu latach, po raz pierwszy zadałem sobie pytanie, skąd ona się wzięła na Ziemi?

 

Okazało się, że badający naturę też tego nie wiedzą na pewno. Ale to co innego niż ignorancja, bo mają dwie odpowiedzi. Gdy wydawało mi się, że już nic mnie nie zdziwi bardziej niż to, że dwa niewidoczne gazy połączone razem stają się, płyną, lecą, ciałem stałym, płynnym, lub lotnym, dowiaduję się, że to, czym tak beztrosko szastam codziennie w kuchni i w łazience, pamięta czasy gdy jeszcze nie było Słońca ani Ziemi a więc sprzed 4,6 miliardów lat.

 

Wodór został wytworzony zaraz po Wielkim Wybuchu a więc prawie 14 miliardów lat temu, natomiast tlen wyprodukowały w swoich wnętrzach wielkie gwiazdy, które świeciły na długo przed Słońcem. Gdy jako supernowe eksplodowały, rozsiały w Kosmosie węgiel, azot, siarkę i tlen. W obłokach molekularnych tlen łączył się z wodorem w H2O i powlekał cienką warstwą lodu drobiny minerałów. Z takiego obłoku wyłoniły się Słońce i Ziemia. A z odrobinek lodu mamy oceny, morza, rzeki, jeziora i herbatę w szklance na moim stole.

 

WIĘCEJ: Torgny Lindgren, Woda - opowiadanie     

CDN

 

 

 

 

 

ZOBACZYĆ ZIEMIĘ Z KOSMOSU

 

30 lat temu, 14 lutego 1990 roku zrobiono zdjęcie Ziemi z odległości 6,4 miliarda kilometrów.

Sonda Voyager 1 przed opuszczeniem Układu Słonecznego po raz ostatni skierowała swój obiektyw w naszą stronę.

Kropka wielkości 0,12 piksela, którą widzisz w samym środku tego zdjęcia, to Ziemia.

 

 

Spójrz ponownie na tę kropkę.

To nasz dom.

To my.

Wszyscy, których kochasz, których znasz, i o których słyszałeś.

Każdy człowiek, który kiedykolwiek istniał, przeżył tam swoje życie...

Carl Sagan, Niebieska kropka.        

 

W 30. rocznicę wykonania tego zdjęcia, ponownie przetworzono zarejestrowane dane i obraz jest teraz bardziej wyraźny od poprzedniego.

 

Voyager 1 jest już o wiele dalej - 22,2 miliarda kilometrów. Jego generatory będą działać do roku 2025. Później będzie jak butelka rzucona w nieskończone przestworza. Na pozłacanej płycie niesie wiadomości o nas i o Ziemi.

 

Za 300 lat dotrze do obłoku Oorta, w którym krążą biliony komet. Spotkanie z najbliższą gwiazdą czeka go za 40 tysięcy lat. Minie wtedy czerwonego karła Gliese 445 w gwiazdozbiorze Żyrafy.

 

 

 

 

 

ZOBACZYĆ ALPY W SUDETACH!

 

Najpierw napisał program, który oblicza jak daleko można widzieć w zależności od temperatury i ciśnienia powietrza.

Czasem, podczas wyżu, pojawia się warstwa ciepłego powietrza i temperatura wraz z wysokością zamiast spadać, rośnie. Jest to tak zwana inwersja, podczas której następuje silniejsze ugięcie światła,  co pozwala widzieć dalej niż zwykle.

 

Do dalekich obserwacji konieczna jest także przejrzystość powietrza, która zależy od tego, skąd wieje wiatr. Powietrze kontynentalne z południa i wschodu niesie mnóstwo pyłów, dlatego najlepsze jest arktyczne.

 

Sprawdzając wysokość gór, można się przekonać, że jest w Polsce miejsce, z którego teoretycznie można zobaczyć Alpy. To Śnieżnik (1434 m) w Sudetach. Z jego szczytu w dogodnych warunkach powinno być widać alpejski Schneeberg (2076 m) - nomen omen - Śnieżną Górę.

 

Mając te dane Krzysztof Strasburger czekał na odpowiednie warunki pogodowe.

Pojawiły się 2 stycznia. Sprawdził jeszcze widok z czeskich kamer na Śnieżce i o 16.00 był na Śnieżniku. Niestety, zobaczył wyraźnie kilka słowackich szczytów, bliżej, Białe Karpaty, ale Alp nie było widać. Wiedział, że o zachodzie widoczność może się poprawić i rzeczywiście, gdy Słońce zaczęło się obniżać, dostrzegł ciemną smugę, której wcześniej tam nie było.

 

Był to odległy o 281 km Schneeberg, a na lewo od niego jeszcze dalszy Rax - 292 km. :

TU Schneeberg z bliska - 65 km na południe od Wiednia

 

NAJDALSZE OBSERWACJE Z POLSKI

- 229 km z Salomina (lubelskie) - Tatry.

- 257 km z Tarnicy w Bieszczadach - rumuński szczyt Vladeasa.

 

REKORD EUROPY

- 440 km z Pirenejów - Alpy Delfinackie we Francji.

 

 

 

 

 

 

KSIĘŻYC, BALON I LATARNIA NA ULICY TWARDOWSKIEGO

Odległość z Ziemi do Księżyca 384 400 km.

 

 

 

 

 

POLICZONO JAK SIĘ WLECZE CZAS I PRZESTRZEŃ

 

Ciągle zmieniamy miejsce w przestrzeni, natomiast sama przestrzeń pozostaje nieruchoma.

Takie jest nasze doświadczenie i tak głosi teoria Newtona. Co innego wynika z obliczeń Einsteina.

Jeśli jakaś masa na przykład wiruje, to porywa ona za sobą otaczającą przestrzeń jak łyżeczka wodę gdy mieszamy herbatę. Podobnie Ziemia obracając się wokół swej osi, wlecze za sobą nie tylko chmury czy powietrze, ale także samą przestrzeń i czas.

 

Aby to zmierzyć potrzeba jednak kosmicznych wielkości.

Dlatego obserwowano stygnącą gwiazdę (biały karzeł), która mimo iż nie jest o wiele większa od naszej planety, to jest od niej 300 tysięcy razy bardziej masywna i wykonuje kilka obrotów na minutę.

Wokół niej z dużą prędkością krąży wirująca wokół własnej osi 150 razy na minutę gwiazda neutronowa (pulsar) a więc w ciągu minuty 150 razy docierają do nas jej fale radiowe.

 

pulsar na orbicie białego karła wlecze czasoprzestrzeń (układ inercjalny)

 

Obserwując to zjawisko przez 20 lat, wyliczono spowolnienie czasu i zmianę kierunku osi obrotów (precesję) pulsara dokładnie tak, jak przewiduje teoria Einsteina.

WIĘCEJ: "Science"   

 

 

 

 

 

ZA OKNEM KOSMOS

 

 

 

 

 

 


                    27 STYCZNIA/        GRUDZIEŃ          /       KONTAKT         Darmowy licznik odwiedzin


 

ANTOŚ, JAŚ I KUBUŚ

 

W ubiegłym roku znów na świat najwięcej przyszło Antków - aż 8550.

Bardzo bym chciał wiedzieć dlaczego rodzice wybrali to imię?

Moja mama modliła się przed figurką św. Antoniego u Reformatów w Jarosławiu i dlatego tak mnie nazwała. Lubię tego franciszkanina, który gdy miał poślubić panią Biedę, to najbardziej żal mu było książek.

PADWA - bazylika i grób św. Antoniego

Dawno temu jechałem do Padwy autostopem. Padał deszcz. Zatrzymał się tir i do miasta, w którym jest grób świętego, przyjechałem w nocy. Poszedłem do parku, by się przespać na ławce, ale natychmiast przyplątał się jakiś podejrzany typ. Miałem przy sobie wojenny sztylet. Wyjąłem go i powiedziałem - arrivederci amigo i amigo odszedł.

 

Również dzisiaj, do czytania w "Biegunach", wypadł mi rozdział p.t. Sprzedawcy imion.

W pewnym dalekowschodnim mieście, w malutkich sklepikach sprzedaje się imiona. Po wielu zawiłych zabiegach i medytacji, pisarz siada przy biurku nad ryżowym papierem i z pędzelkiem w ręku czeka aż mu się objawi imię. Czasem spada ono nagle jak kleks, kiedy indziej marudzi i trudno je zamknąć w słowach a gdy w końcu się zjawi bywa, że rodzice nie są zadowoleni. Woleli by to był "Blask Księżyca", albo "Nieustraszony" a tymczasem otrzymali "Pętlę", bo tak nazwał swojego syna Budda.

Zawsze jednak mogą spróbować jeszcze raz i kupić imię u innego sprzedawcy.

 

PS. 1-Zuzia, 2-Julcia, 3-Zosia.

       1-Antoś, 2-Jaś, 3-Kubuś.

 

 

 

 

 

KSIĄŻKI, DZIEWCZĘTA I SERIALE

 

Przyszedłem po książki. Siedzę na krześle w zagraconym pokoju. Nie mogę go opisać, bo język, nawet taki jak nasz, w którym wyrazy stawiamy gdzie nam się podoba, porządkuje i rzecz natychmiast staje się rzeczownikiem, z którym robi coś czasownik a ozdabia przymiotnik. Wszystko łączy spójnik i wyrównują liczby, rodzaje i przypadki.

 

Tymczasem ten bałagan był tak wielki, że nic nie zostało nawet nazwane. Jak przez mgłę widziałem zawalone papierami, ciężkie, starodawne biurko. Z sąsiedniego pokoju wyszły dziewczyny i mówią, że książki jeszcze nie są gotowe. Jedna, którą dobrze zapamiętałem, poszła to sprawdzić i nagle przed sobą widzę stos tomów różnej wielkości i kształtów, związanych szarym sznurkiem. Ucieszyłem się, że nie ma wśród nich książki bez tytułu, którą będę mógł sobie natychmiast przeczytać.

 

W międzyczasie opowiadałem im o serialu "Babilon Berlin". Nie obchodzi mnie jego treść, bo wszystkie te motywy widziałem już wcześniej wiele razy. Jest w nim natomiast dokładnie pokazane miasto, w którym lęgnie się nazizm. Mali chłopcy porządkują jakiś park a dwóch innych w mundurkach ze swastyką na ramieniu, strzela do nich z łuku. Za chwilę jeden ze sprzątaczy celuje do tarczy i mówi, że to ciekawsze niż zbieranie śmieci.

 

I wtedy się obudziłem.

 

Próbuję teraz znaleźć w rzeczywistości to, co mi się śniło.

 

Najłatwiej jest z serialem, bo tak ostatnio oglądam Netfixa. Pokazują niezwykle ciekawe realia w różnych krajach, natomiast treść przenoszą z miejsca na miejsce prawie niezmienioną, bo musi być potworne morderstwo, które detektyw lub policjantka - najczęściej ona - przez kilkanaście godzin stara się rozwiązać. Sprawdzili, że tego chce widownia na całym świecie.

 

Książki u introligatora wzięły się stąd, że wczoraj znalazłem na półce tomik wierszy Transtromera, który sam skleiłem.

Składa się on z kartek ksero. Druk jest tylko po jednej stronie, więc na tej czystej zapisywałem przekład.

Tak było najwygodniej gdy tłumaczyłem go po kryjomu na konferencjach dla nauczycieli.

TRZY STROFY

I

Rycerz i jego żona
skamieniali lecz szczęśliwi
na wieku trumny unoszącym się poza czasem.
II
Jezus uniósł monetę
z profilem Tyberiusza
profil bez miłości
władza w obiegu.
III
Ociekający miecz
gładzi wspomnienia.
W ziemi rdzewieją
trąbki i bandolety.

 

Książka bez tytułu to "Przyjemność. Dlaczego lubimy to, co lubimy?" Paula Blooma, którą teraz czytam. W rzeczywistości jest ona ebookiem i pewnie dlatego nie było jej we śnie wśród papierowych. Profesor na wydziale psychologii w Yale wyjaśnia dlaczego każdy chce obejrzeć oryginał Mony Lisy, choć przecież kopie jej są doskonałe? Podaje to jako jeden z wielu dowodów, iż jesteśmy esencjalistami. Nawet dzieci wiedzą, "że jest coś wewnętrznego i niewidocznego co, oprócz siusiaka, odróżnia chłopców od dziewczynek".

 

Bałagan w biurze, to u informatyków, którzy niedawno naprawili mój komputer i potem długo szukali go na półkach w kilku pokojach.

 

A dziewczyny są wszędzie, u Buczka, w Empiku, w restauracjach i w kiosku warzywnym,

choć żadna z nich nie przypomina tej ze snu.

 

 

 

 

 

POMÓŻ ZBUDOWAĆ DOM DLA TYCH DZIECI

 

Agnieszka, córka mojej przyjaciółki Ewy, mieszka we Włoszech i od roku 2013 podczas urlopu pomaga w prowadzeniu domu dziecka w Kenii.

Ponieważ sierociniec stracił prawo najmu, zaczęli budować własne pomieszczenia.

Muszą zdążyć do końca stycznia 2020 roku.

Każda pomoc jest na wagę złota.

 

KONTO DLA DARCZYŃCY:

https://www.majaprzyszlosc.org.pl/eksmisja-walczymy-z-czasem-by-ukonczyc-dom-dziecka/  

 

WIĘCEJ: https://pomocafryce.org/projekt-xxi/  

 

 

 

 

 

SKOCZOGONKI

 

Pierwszy raz przypadkowo znalazłem je i opisałem prawie dziesięć lat temu.

Teraz dowiedziałem się jeszcze, że na brzuchu mają cewkę (kolofor) służącą im do picia lub do pielęgnacji ciała. Aparat gębowy jest schowany w puszce głowowej i wysuwa się gdy pożerają bakterie, mikroskopijne grzybki, nicienie i szczątki organiczne w lasach. Na Ziemi pojawiły się przed owadami, do których mylnie je zaliczano. Żyją też na Antarktydzie i Arktyce, odnaleziono je w gruzińskiej jaskini na głębokości do 2. tysięcy metrów.

 

I u nas można spotkać Hypogastrura jak podskakuje sobie na śniegu.

 

 

 

 

 

 

STARSZY NIŻ ZIEMIA

 

Ten kawałeczek skały ma 7 miliardów lat.

Jak to możliwe, że jest on na Ziemi, która istnieje tylko 4 miliardy lat?

 

węglik krzemu

 

To są resztki gwiazdy, która ginąc, wyrzuciła w kosmos mnóstwo materii. Cząsteczki te krążyły w naszej galaktyce łącząc się z drobinami, z których później uformował się Układ Słoneczny.

W roku 1969 spadły w Australii jako meteor.

 

Skąd wiemy, że ten węglik krzemu ma aż tyle lat?

Pył gwiezdny, który krąży w kosmosie, jest bombardowany kosmicznym promieniowaniem. Powoduje to powstawanie nowych pierwiastków. Im dłużej pozostaje pod wpływem tych promieni, tym więcej pierwiastków zawiera. Wiek tej drobiny, mierzącej 8 mikrometrów (milionowych części metra), ustalono badając zawartość izotopów szlachetnego gazu neonu.

 

WIĘCEJ: w najnowszym wydaniu tygodnika "PNAS" 

 

 

 

 

 

U SĄSIADÓW: SŁOŃCE W HOTELU i MGŁA NA WAWELU

 

hotel Sheraton                        

       

 

 

 

 

 

CIĄG DALSZY "TRZECH SPOSOBÓW MÓWIENIA" - początek zob. niżej.

 

Teologię negatywną można rozumieć na dwa sposoby.

Pierwszy, że wszystkie zaprzeczenia Dionizego służą oczyszczeniu ludzkiego obrazu Boga. Mówiąc, czym Bóg nie jest, tym mocniej wskazują, że on JEST.

 

W drugim przypadku, odwołując się do logiki widzimy, jak Dionizy w każdym zdaniu miesza ze sobą dwa różne poziomy językowe. Powoduje to zapętlenie podobne do tego, gdy powiemy: "to zdanie jest fałszywe". Jeśli ta wypowiedź jest fałszywa, to znaczy, że nie jest prawdą, że jest fałszywa, ale równocześnie nie może być prawdziwa, skoro mówimy, że jest fałszem.

Twierdzenie, które równocześnie jest prawdziwe i fałszywe traci swój sens.

 

 Escher

 

Gdyby Dionizy znał pracę Tarskiego o semantycznej teorii prawdy (1), wówczas każdą swoją myśl ująłby w dwóch różnych zdaniach.

Na przykład:

1- Bóg nie jest wyobrażeniem.

2- Jest prawdą, że "Bóg nie jest wyobrażeniem".

Pierwsze zdanie powstało na poziomie przedmiotowym i stwierdza pewien fakt.

Natomiast zdanie drugie nic nie mówi o Bogu, jest tylko oceną zdania pierwszego a więc należy do metajęzyka.

3- I na końcu warunek prawdy: zdanie drugie jest prawdziwe tylko wtedy, jeśli prawdziwe jest pierwsze zdanie przedmiotowe.

 

Mieszanie tych poziomów uniemożliwia porozumienie, bo jak pokazałem powyżej na przykładzie zapętlenia, takie zdania tracą swój sens.

Trzecie zdanie, ponieważ orzeka o zdaniu drugim, należy już do meta-meta języka.

A na którym poziomie znalazłoby się zdanie powyższe?

 

(1) WIĘCEJ:  Alfred Tarski, Prawda i dowód. Studia filozoficzne 1984, nr 2.      

PS

Warto przypomnieć, że językiem podstawowym dla ludzi wierzących nie są filozoficzne rozważania, tylko modlitwa.

"...pełny rozwój osobowości ludzkiej polega na jej zatraceniu się w osobowości Boga".

       - R. Garrigou - Lagrange                     

 

 

 

 

 

TRZY SPOSOBY MÓWIENIA

 

O Bogu można mówić na trzy różne sposoby: metaforycznie, teoretycznie lub w sposób negatywny.

 

 

 

 

   Gdy mówimy, że Bóg jest naszym ojcem,

   to wychodząc od tego, co dobrze znamy,

   przenosimy cechy rodzica na Stwórcę.

   Tylko w dzieciństwie wyobrażamy Go sobie jako człowieka,

   później zostają niektóre atrybuty ojca

   takie jak na przykład w przypowieści

   o Synu Marnotrawnym,

   bezwarunkowa akceptacja swojego dziecka.

 

 

 

 

 

Rembrandt

 

Ciało natomiast zostaje zastąpione przez abstrakcyjne teorie filozoficzne.

Kiedyś podstawą była tu wywodząca się od Arystotelesa, filozofia tomistyczna.

 

Trzeci sposób mówienia oparty jest na założeniu, że ludzki język fałszuje prawdę o Bogu i dlatego trzeba zaprzeczać wszystkiemu, co można o Nim powiedzieć.

 

Pseudo-Dionizy Areopagita - VI w - w swojej "Teologii mistycznej" pisze: "Bóg nie jest ani duszą, ani intelektem, ani wyobrażeniem, ani mniemaniem, ani rozumem, ani pojmowaniem, ani słowem.... ani synostwem, ani ojcostwem, ani niczym innym, co jest nam znane.."

Opuściłem tu kilkanaście podobnych zaprzeczeń, które podkreślają, że prawda o Bogu jest niewysłowiona.

Po co więc mówić, skoro trzeba zaprzeczać wszystkiemu, co można powiedzieć?

Uzasadnienie podaje Damazjos - VI w - pisząc, że "w każdym z nas jest jakiś element niewysłowienia". A więc skoro wiemy, że pewnych doświadczeń nie da się ująć w słowa, więc rozumiemy, co znaczy, że Bóg jest Tajemnicą.

 

CD wyżej.

WIĘCEJ: Bartosz Brożek, Marzenie Leibniza. Rzecz o języku religii. 2016

 

 

 

 

 


                      26 GRUDNIA       /           LISTOPAD          /          KONTAKT


PIĘĆ LAT TEMU ZMARŁ STANISŁAW BARAŃCZAK

Jeżeli porcelana, to wyłącznie taka,
której nie żal pod butem tragarza lub gąsienicą czołgu;
jeżeli fotel, to niezbyt wygodny, tak aby
nie było przykro podnieść się i odejść;
jeżeli odzież, to tyle, ile można unieść w walizce,
jeżeli książki, to te, które można unieść w pamięci,
jeżeli plany, to takie, by można o nich zapomnieć,
kiedy nadejdzie czas następnej przeprowadzki
na inną ulicę, kontynent, etap dziejowy
lub świat:

kto ci powiedział,

że wolno ci się przyzwyczajać?

kto ci powiedział, że cokolwiek jest na zawsze?
czy nikt ci nie powiedział, że nie będziesz nigdy
w świecie
czuł się jak u siebie w domu?

 

 

 

 

 

 

24 grudnia

R

 

 

WIĘCEJ: wszystkie życzenia świąteczne od roku 2009    

 

 

 

 

 

 

OLGA TOKARCZUK - NOBEL 2019

 

 

Widocznie brakowało mi jakiegoś genu, który sprawia, że gdy tylko przystanie się na dłużej w jakimś miejscu, zaraz zapuszcza się korzenie. Wiele razy próbowałam, ale moje korzenie zawsze były płytkie i wywracał mnie byle jaki podmuch wiatru...

 

Moja energia bierze się z ruchu - z trzęsienia autobusów, z warkotu samolotów, z kołysania promów i pociągów.

 

Jestem poręczna, nieduża i dobrze spakowana. Mam mały żołądek, niewymagający, mocne płuca, zwarty brzuch i silne mięśnie ramion. Nie biorę żadnych leków, nie noszę okularów, nie używam hormonów. Strzygę włosy maszynką, raz na trzy miesiące, prawie nie stosuję kosmetyków. Mam zdrowe zęby, może niezbyt równe, ale całe, tylko jedną starą plombę, bodaj w dolnej lewej szóstce. Wątrobę mam w normie. Trzustkę - w normie. Nerkę prawą i lewą w wyśmienitym stanie. Moja aorta brzuszna jest w normie. Pęcherz moczowy - prawidłowy. Hemoglobina - 12,7. Leukocyty - 4,5. Hematokryt - 41,6. Płytki krwi - 228... i tak dalej. Moje IQ - jeśli się w to wierzy - 121; wystarczy.

 

Olga Tokarczuk, Bieguni 2007

 

      

 

 

 

 

 

 

 

4 - STAŁO STADŁO W STAJNI...

 

Zob. niżej 1-JAK W RODZINIE 2-GENDERLEKTY 3-PIRAMIDY

 

Gdybym porównał moją wiedzę na temat różnych języków i kultur a potem narysował wykres, to najwyższy słupek, powiedzmy 10 centymetrów, przypadłby angloamerykańskiej.

Następnie 7 cm zajęłaby Skandynawia gdzie mieszkałem przez 32 lata. Po 5 cm dałbym francuskiej, włoskiej, niemieckiej i rosyjskiej.

A ile zajęłaby kultura, o której czytałem w książkach historycznych, odwiedzałem jej zabytki, pracowałem z nauczycielami tego języka i prawie codziennie czytam o niej w wiadomościach?

Chodzi o świat arabski.

Słupek mojej wiedzy na ten temat, proporcjonalny do poprzednich o ile w ogóle byłby widoczny, to wznosiłby się na wysokość (raczej nizinę) ułamka milimetra.

 

Czytam esej o języku arabskim i nie mogę uwierzyć, że nic nie wiem o niezwykłym sposobie w jaki powstają w nim nowe słowa. Niejednokrotnie pisałem tu o ciekawych przypadkach etymologii naszego języka np. że razem z moimi licealistami znaleźliśmy ponad 70 wyrazów pochodzących od słowa "stać". Do rdzenia STA/STO dodawaliśmy różne przy- lub przedrostki i tak powstawały nowe wyrazy - jeden z nich jest także w tym zdaniu.

 

ALFABET ARABSKI

 

Natomiast w języku arabskim rdzeń stanowią dwie lub trzy spółgłoski (wszystkich jest 28),

do których, lub między nie, dodaje się samogłoski (jest ich tylko trzy: a-i-u, długie lub krótkie)

i otrzymujemy nowe słowo.

 

Na przykład -M-M to rdzeń, który znaczy "iść", "prowadzić".

Jeśli poprzedzimy go samogłoską U będzie UMM czyli "matka", a gdy zakończymy głoską A, to UMMA oznacza "naród" (macierz), "lud", lub "światową wspólnotę muzułmanów".

IMAM - nie trzeba tłumaczyć.

 

G-R-B = zejść. ALGARB (AL - rodzajnik określony) - zachód słońca. Dlatego zachodnią część muzułmańskiego świata nazywamy MAGHREB. Angielski Trafalgar Square - zachodni skwer.

H-B-B = mądrość. HABIB - ukochany.

U-M-D = chwalić dziekować. MUHAMMAD (Mahomet) - chwalony.

J-H-D = walczyć, trudzić się. JIHAD - walka a MUJAHIDUN - wojownik.

J-Z-R = odciąć. ALJAZIRA -wyspa, Algeria, stacja TV.

K-B-R = wielki, wspaniały. ALLAHU AKBAR - Bóg jest największy.

K-L-F = zmienić. KALIFA - następca Mahometa.

S-L-M = być bezpiecznym, poddać się. SALAM - pokój, ISLAM - poddanie się Bogu, MUSLIM.

 

Ze słownika arabskiego wybrałem tu kilka wyrazów, które powstały z paru spółgłosek i mogą się nam jakoś kojarzyć. W naszym języku mamy ich więcej. Na przykład z rodzajnikiem AL: ALchemia, ALkohol, ALgorytm, ALgebra, ALkaliczny, ALlah, Algeria,  a w formie zmienionej ELiksir, Arsenał, Azymut, Hazard, Adobe (cegła suszona, lub IT), a także cukier, kawa, kuskus, jaśmin, materac, szyfr, zenit, zero, itp.

 

WIĘCEJ: Gaston Dorren, Babel - w dwadzieścia języków dookoła świata  2019   

 

 

 

 

 

 

3 - PIRAMIDY

 

Język japoński to dwa równoległe dialekty, jeden dla kobiet a drugi dla mężczyzn, ale istnieje kraj, w którym takich dialektów jest aż pięć. Dwa z nich różnią się od siebie tak bardzo, jakby były obcymi językami.

 

Najpierw dzieci uczą się mowy NGOKO. Można w niej wyrazić każdą myśl a słowa stylistycznie są neutralne. Jednak nie wolno tak mówić poza domem. W miejscu publicznym trzeba używać języka KRAMA. Tysiąc wyrazów tego pierwszego ma swoje specjalne synonimy w drugim. Wyrażają one posuniętą do granic uległości, uprzejmość. To tak, jakbyśmy do każdej osoby mówili: "jaśnie wielmożny pan raczy zauważyć, co ja niegodny sługa pozwolę sobie napomknąć".

 

Między NGOKO a KRAMA sytuuje się dialekt pośredni MADYA. Oprócz tego drugi i trzeci z tych poziomów mają jeszcze dwie odmiany, WYSOKĄ i UNIŻONĄ. Pierwsza zawiera blisko trzysta słów wywyższających zwanych honoryfikatorami, a druga trzydzieści modestywnych, które podkreślają uniżenie mówiącego.

 

Piramidę Gunung Padang budowano przez kilka tysięcy lat.

 

W XIV i XV wieku na wyspie Jawa istniało potężne królestwo Majapahit z wysoko rozwiniętą kulturą, która oddziaływała na archipelag indonezyjski i Półwysep Malajski. Po roku 1500 wojny i masakry doprowadziły do klęski głodu i migracji. Gdy tereny te podporządkowała sobie Holenderska Kompania, w rządzeniu posługiwała się ludźmi z dawnych wyższych sfer. A ci upokorzeni przez obcokrajowców, odbijali sobie to stosując wyszukane formy poniżania gorzej sytuowanych rodaków. 

Obecnie zamiast reformować dawną mowę, większość przyjmuje język malajski, w którym nie ma KRAMY. Jedynie 12 procent matek z klasy średniej rozmawia z dziećmi po jawajsku.

 

WIĘCEJ: Gaston Dorren, Babel - w dwadzieścia języków dookoła świata  2019    

 

 

 

 

 

 

2 - GENDERLEKTY

 

Język jak powietrze i woda powinien być dostępny każdemu według jego potrzeb. I ze mną tak było. Nigdy nie brakowało mi kogoś do rozmowy czy książek do czytania. Jednak dopiero w Szwecji dowiedziałem się ile zabrała nam dyktatura ciemniaków. Na przykład najlepsze czasopismo: "Kultura" paryska, najmądrzejszych pisarzy: Miłosz, Gombrowicz, Herling-Grudziński, Bobkowski i piszących prawdę historyków jak Pobóg-Malinowski.

Takie ograniczenia zawsze kiedyś się kończą, dlatego bardziej bezwzględni dyktatorzy sięgają głębiej i gwałcą sam język.

 

Najbardziej drastyczne przykłady można znaleźć w Azji.

 

W Japonii kobiety i mężczyźni mówią dwoma różnymi genderlektami. Język kobiet powinien być uprzejmy i łagodny dlatego wybierają one wyrazy archaiczne i formy dłuższe. Pani domu zamiast "siądźmy do kolacji" powie: "zasiądźmy do wieczerzy". Mówiąc o sobie użyje zaimka "ja" = ATASHI podczas gdy wyraz BOKU zarezerwowany jest dla mężczyzny. Może on też w zdaniu "to jest pająk" opuścić "jest", czego nie wolno robić kobiecie. Będzie szczebiotać używając przeznaczonych tylko dla niej słówek wyrażających zachwyt i niepewność. Obie płcie różni także wymowa. Wszystko to ma stwarzać z jednej strony wrażenie ogłady i wdzięku, z drugiej, brawury i siły.

 

Różnice te sięgają okresu Heian (794-1185 - poniżej makieta stolicy Heian-kyo, dziś Kioto). 

 

Wtedy to zakazano kobietom używać słów chińskich, które podobnie jak u nas łacina, miały świadczyć o wykształceniu i wiedzy. Zgodnie z normą konfucjańską, paniom wolno było mamrotać cicho pod nosem nie kończąc zdań, ponieważ "kobieta odzywająca się bez pozwolenia, może zniszczyć porządek rodziny i społeczeństwa". Prowadziło to do powstania specyficznych genderlektów, "mowy dam dworu" a w czasach nam bliższych, "mowy uczennic".

 

Obecnie normy te nieco się rozluźniły, ale w księgarniach internetowych można znaleźć ponad siedemdziesiąt podręczników dobrych manier a w nich takie rady: kobieta może przydać sobie powabu posługując się językiem swojej płci, wtedy będzie postrzegana jako elegancka, mądra, piękna, szczęśliwa i kochana.

 

WIĘCEJ: Gaston Dorren, Babel - w dwadzieścia języków dookoła świata  2019     

    

 

 

 

 

1 - JAK W RODZINIE

 

Niedawno pisałem jak Szwedzi zaczęli mówić do siebie per "ty" (sierpień 2019).

Tymczasem w niektórych językach azjatyckich zaimki osobowe "ja" i "ty" mają kilka różnych form.

 

 

Wietnamczycy zwracają się do siebie tak, jakby wszyscy byli jedną wielką rodziną, a wybór zaimka zależy od płci, statusu drugiej osoby, a przede wszystkim od różnicy wieku. Jeśli jest ona zbyt duża, to mówią: ciociu - CHAU, lub wujku - BAC, siostrzenico, bratanku, czy wnuczko. Równolatki są dla siebie "bratem" i "siostrą", ewentualnie z dodatkiem "starszy"/"starsza". Nawet najbardziej neutralna forma TOI używana jest tylko przez przyjaciół, inaczej mogłaby być odebrana jako wywyższanie się.

Ponieważ to samo słowo znaczy zarówno "ja" jak i "ty", więc jego konkretne znaczenie zależy od kontekstu.

 

Tak więc zanim się coś powie, najpierw trzeba dokładnie ustalić z kim ma się do czynienia.

 

Doświadczyłem tego na pielgrzymce z Warszawy do Częstochowy, gdzie wszyscy mówią do siebie "siostro" lub "bracie". Nie wiedziałem o tym i gdy pierwszy poznany pielgrzym powiedział:

- to ja odwiedzę brata w Szwecji - zapytałem go, w którym mieście mieszka jego brat?

 

WIĘCEJ: Gaston Dorren, Babel - w dwadzieścia języków dookoła świata  2019

 

WIĘCEJ: Pielgrzymka Warszawska     

 

 

 

 

 

 


                  18 LISTOPADA          /           PAŹDZIERNIK          /          KONTAKT


 

Z BALKONU

 

 

 

 

 

 

BARANEK BOŻY

 

Zapytałem kogoś, kto dobrze zna Biblię, dlaczego mówimy: Baranku Boży, który GŁADZISZ grzechy świata...skoro po szwedzku jest:: Baranek Boży, który ZABIERA (tar bort) grzechy świata?

 


 

JEGO ODPOWIEDŹ:
 

...zacznę od łaciny: "Agnus Dei, qui tollis...",  tollo = podnosić, usunąć, oddalić.

W wersji greckiej to "airon" - czyli imiesłów czynny = oddalający, zabierający.

W Ewangelii wg św. Jana w wersji ang. mamy: "takes away" = zabiera, odbiera.

Problem jednak w tym, że Jan Chrzciciel powiedział to po aramejsku.

 

Sądzę że "gładzić' jest skróconą formą od "zgładzić", a to z kolei oznacza "zabić, unicestwić".

O ile pamiętam, w Biblii jest "zgładził ostrzem miecza".

 

ZNÓW JA:

...to znaczenie jest wojownicze, dalekie od ducha Ewangelii i od przekładów w innych językach.

Może "gładzisz" użyto jako "WYRÓWNUJESZ", skoro "grzech" wywodzi się z prasłowiańskiego: "krzywizna", "odchylenie"? Potwierdzałby to cytat z Izajasza, którego używał Jan Chrzciciel:

 

PROSTUJCIE ścieżki dla Niego!

Każda dolina niech będzie WYPEŁNIONA,

każda góra i pagórek ZRÓWNANE,

drogi kręte niech się staną PROSTYMI,

a wyboiste drogami GŁADKIMI!

                                                          Łk 3,4

 

"Prawdziwy Bóg jest zwierzęciem. Jest w zwierzętach tak blisko, że aż go nie dostrzegamy. Codziennie się za nas poświęca, wielokrotnie umiera, karmi nas swoim ciałem, odziewa nas w swoją skórę, pozwala na sobie testować lekarstwa, żebyśmy mogli żyć dłużej i lepiej. Tak okazuje nam przywiązanie, obdarza nas przyjaźnią i miłością...

- Dowód znajduje się w Gandawie.

- Każdy go może zobaczyć - powiedziała Aleksandra. - W środku miasta stoi katedra a tam, w ołtarzu jest wielki piękny obraz... "Adoracja Baranka".

Olga Tokarczuk, Bieguni 2007    

 

Jan van Eyck, Adoracja Baranka 1425-1429    

 

 

 

 

 


        19 PAŹDZIERNIKA            /            WRZESIEŃ                /       KONTAKT 


 

U SĄSIADÓW

 

NASZ DĄB

drzewa

 

 

 

 

 

SĄSIADKA NA OBIEDZIE

 

Stałym gościem mojej siostry jest Fela, jamnik sąsiadów. Już pierwszego dnia była z nami całe popołudnie. Potem pomagała przy sadzeniu drzewek. Zawsze przynosi mi kamyk, bo wie, że mogę się tak bawić z nią bez końca. Dla niej, być może, to ciągle jeszcze jest praca. Albo jedno i drugie.

 

Teraz przybiega tylko czasem zaproszona na obiad.

 

Wczoraj jadła sos z resztkami mięsa, a ja stałem obok z aparatem. Nagle przerwała ucztę i zaczęła szukać kamyka. Gdy go przyniosła, rzuciłem na drogę, a ona szybko znalazła i położyła przede mną. Po trzech razach jednak znów wróciła do miseczki z jedzeniem. Gdy skończyła, siostra stanowczym głosem rozkazała:

- Fela, wracaj do domu!

I jamniczka natychmiast posłusznie podreptała na swoje podwórko.

 

 

 

 

 

JESIENNY GOŚĆ

 

 

"...życie, jakim jesteśmy,

jest przez nas określone w pewien sposób raz na zawsze

przez każdy moment naszego istnienia.

Ten moment przeminął - powiadamy.

Cóż z tego? On przeminął, ale to, żeśmy przeżyli go w pewien sposób,

nie przeminie już nigdy."

Stanisław Brzozowski, "John Henry Newman" 1915        

 

 

 

 

  

 

2 WRZEŚNIA

 

 

 

   

    

ZA OKNEM

 

CZWARTEK  4  CZERWCA 2009

tak pisałem:

 

"Od rana pada deszcz. Chwilami mży i wtedy szyba, pokryta tysiącami kropelek, przypomina kryształ. Niektóre krople klucząc między tymi, co już nieruchome, osuwają się w dół i jakby się ścierały stają się coraz mniejsze, aż w końcu zatrzymują się i one. Tylko te największe prują prosto i zbierając po drodze inne, giną u dołu okiennej ramy. 

Poi si torno all'eterna fontana - Potem się wraca do wiecznego źródła. C. S. Lewis, Smutek.

 

Widziałem podobną instalację w Bunkrze Sztuki. Na wystawie były dzieła korzystające ze zjawiska chaosu, tzn. procesów niemożliwych do przewidzenia. Każdy ślad spadającej kropli jest inny, ponieważ ciągłe najmniejsze, nawet niewidoczne zmiany, wpływają (dosłownie) na ich ruch".

 

Potem skojarzyłem to z naszą sytuacją w zmaganiach z oszustami, z którymi przez 6 lat walczyliśmy o nasze mieszkania.

 

Powyższy GIF nie jest dokładną ilustracją tamtego opisu ponieważ co sekundę się powtarza a więc spadanie kropel można przewidzieć. Jest też dość ciemny a wtedy świeciło słońce i krople naprawdę były podobne do kryształów.

Fotografowałem z ręki, dlatego w ruchach aksamitek widać jak oddycham.

 

 

 

 

 

 

 

PORZUCONA

 

Siedziała przy ogródku działkowym nad Wilgą. Gdy się zatrzymałem, by jej zrobić zdjęcie, rozciągnęła się i kilka razy obróciła z boku na bok a potem podeszła do mnie.

 

Z bliska wyglądała okropnie. Chuda, sierść wyliniała, ale najbardziej przejmujące było jej miauczenie. Słabe, skrzekliwe, bez żadnego wyrazu i zupełnie monotonne.

 

Nie patrzyła na mnie i nie podchodziła bliżej jakby wiedziała, że jej nie przygarnę, ale jeszcze gdzieś głęboko miała zapisaną pamięć, że do człowieka można się zbliżyć.

 

Z naprzeciwka wyszła dziewczyna z dużym psem. Przywołała go do siebie i przypięła na smycz.

- To przed kotem? spytałem.

- Tak, odpowiedziała, on lubi ścigać koty.

 

 

 

 

           

 

 

Z BALKONU - słonko na dachu           

 

 

Godzina 5.40 rano na zachodzie                         

  

 

 

 


25 MAJA          /            KWIECIEŃ       /     BLOG 2009-2016         /          KONTAKT


          

CÓRKA TRANSTRöMERA

 

Kiedyś, dawno temu przetłumaczyłem 20 wierszy Tomasa Tranströmera,

Wczoraj byłem na filmie o nim.

Ponieważ doznał urazu mózgu, przez ostatnie lata życia nie mógł mówić. Na pytania odpowiadała jego żona a on tylko zaprzeczał lub potwierdzał czy to właśnie chciałby powiedzieć.

 

Pytano go o wieloletnią pracę psychologa w zakładzie karnym.

- Czy kontakty z psychopatami wpłynęły na jego widzenie świata? Nie potwierdził.

- Mając tak wyczerpującą pracę i rodzinę, kiedy znajdował czas i miejsce by pisać? W każdej wolnej chwili notował pomysły wierszy na kartkach papieru a później łączył je w jedną całość.

 

Zamierzał być muzykiem i gra na fortepianie zawsze była dla niego ważna.

Muzyka jest tematem wierszy "C-dur", "Allegro" czy poematu "Gondola żałobna".

 

 

Gdy stracił władzę w prawej dłoni, znajomi kompozytorzy pisali dla niego utwory tylko na lewą rękę.

 

Dawniej z żoną wiele podróżowali do miejsc, których nikt nie odwiedza.

Na filmie pokazano jak wspierany przez nią z trudem chodzi po lesie.

 

W pomieszczeniu gdzie miał być wyświetlony ten film, młoda kobieta siedząca obok ostrzegła mnie, że będzie tłumaczyć tekst na język angielski więc może przeszkadzać. Gdy dowiedziała się, że mieszkałem w Szwecji i przekładałem Tranströmera, zaczęła mnie namawiać bym porozmawiał z jej sąsiadką, bo będzie to córka poety. Nie chciałem jej przeszkadzać, ale widziałem jak co chwilę ociera łzy.

 

Potem poszliśmy do dużej sali na koncert i znów zobaczyłem córkę Tranströmera. Siedziała samotnie obok pod ścianą. Podszedłem, opowiedziałem o sobie i, nie wiem dlaczego, dotykając jej twarzy, otarłem łzę.

 

poeta z żoną i z córkami

 

 

 

KWIECIEŃ I CISZA

 

Wiosna leży odłogiem

Aksamitnie mroczny rów

pełznie przy moim boku

nie odbijając żadnego obrazu.

 

Jedynie żółte kwiaty

świecą.

 

 

Jestem niesiony w swoim cieniu

jak skrzypce

w czarnym futerale

 

A to jedyne co chcę powiedzieć

lśni poza zasięgiem

jak srebro

w lombardzie.

 

                Tomas Tranströmer

 

"Pięknoduchy sądzą, że poezja rodzi się wtedy, gdy w codziennych zjawiskach poeta dostrzeże coś więcej, wizję.

To podejście sentymentalne, platoniczne.

Poezja rodzi się wtedy, gdy poeta z siłą wizjonerskiego talentu ujrzy

w zjawiskach rzeczywistość".

 

Sandor Marai, Dziennik IV s. 359

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 
                                                  BLOG

          

2009  6 7 8 9 10 11 12  

 

2010  1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12

 

2011  1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12

          

2012  1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12

 

2013  1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12

 

2014  1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12

 

2015  1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12

 

2016  1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12

 

2017  1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12

 

2018  1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12

 

2019  1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12

 

2020 1 2 3 4

_________________

 

 DRAMAT NASZEGO OSIEDLA

 You Tube

__________________________________

 

MOJA HISTORIA OSIEDLA

__________________________________

 

PRELEKCJE

historia  religia  filozofia

__________________________________

 

OPOWIADANIA

__________________________________

 

ESEJE

__________________________________

 

WIERSZE

__________________________________

 

_PEDAGOGIKA

__________________________________

 

TŁUMACZENIA

__________________________________

 

REBUSY  

__________________________________

 

 PRZEPISANE

__________________________________

 

FRANCISZEK

 Misericordiae vultus  Laudato si

__________________________________

 

SKAŁKI

__________________________________

 

PSY

__________________________________

 

DRZEWA

__________________________________

 

DAWNO TEMU

W MOJEJ RODZINNEJ WSI

__________________________________

 

 

PIRAHA

najprostszy język świata

 

SPÓJNOŚĆ I KOHERENCJA TEKSTU

 

TAYLOR O JĘZYKU

ROZMOWA

________________________________

 

JĘZYKI

w wietnamskim wszyscy są rodziną

w japońskim kobiety swój język mają

jawajski ma kilka stopni uprzejmości

w arabskim rdzeniem są spółgłoski

________________________________

 

NOWE

ZAWSZE NAS BILI

________________________________

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

ZąDOMOWIENIE                                      www
Darmowy licznik odwiedzin